Nieoszlifowane diamenty

Szaleniec szałem życia ogarnięty – Benny Safdie, Josh Safdie – „Nieoszlifowane diamenty” [recenzja]

Nieoszlifowane diamenty to kolejna już pełnometrażowa produkcja braci Safdie. Młodzi, zaledwie trzydziestoparoletni twórcy, raz jeszcze stworzyli obraz dynamiczny, nigdy nietracący tempa, nigdy też i niedający szansy widzom złapać jednego większego oddechu. Jak dotąd Josh i Benny Safdie każdą swoją produkcję umieszczali w tej samej lokalizacji – Nowym Jorku. W przypadku Nieoszlifowanych diamentów nie jest inaczej. Jedno z najczęściej wykorzystywanych w popkulturze miast stanowi istotną część składową reżyserskiej narracji i – w pewnym sensie – intensyfikuje jeszcze bardziej całą opowieść. Bardziej zainteresowani personami braci mogą zajrzeć do jednego z odcinków The A24 Podcast: Seduce And Destroy with Josh Safdie, Benny Safdie & Paul Thomas Anderson. Okołofilmowe historie urozmaica obecność w tymże zacnym towarzystwie samego Paula Thomasa Andersona.

A jak to z tymi Nieoszlifowanymi diamentami właściwie jest? Czy faktycznie należą one do grona jednych z najlepszych filmów obecnie dostępnych na Netflixie? I co takiego wyczynia w produkcji Adam Sandler, czego wyczyniać nie miał w zwyczaju, a może właśnie miał? O tym wszystkim poniżej.

Nieoszlifowane diamenty przytłaczają. Męczą. Przeciążają zmysły. Sprawiają, że ponad dwugodzinny seans może stanowić nie lada wyzwanie i szybko zaczniemy dzielić go na pomniejsze części. Bohater jest irytujący. Początkowo wręcz wzbudza niemałą antypatię. Głośna, wdzierająca się na plan pierwszy muzyka (przez pierwsze dziesięć minut filmu), zagłusza go, sprawia wrażenie prawie że przypadkowego kakofonicznego zespołu dźwięków. Odpycha. To wszystko jednak ma swój cel, w żadnym razie nie jest przypadkowe. Podobny zabieg zwiększania głośności ścieżki dźwiękowej, ze sporym rozmachem przekraczającej średnią, a nawet i wyższą linię, bracia Safdie zastosowali już w Good Time – ten neonowy kryminalno-psychologiczny obraz, poprzetykany braterską estetyką, która widoczna jest i w Nieoszlifowanych diamentach dostępny jest również na Netflixie. Sam opisywany dzisiaj film powstawał przez blisko dziesięć lat, a scenariusz w międzyczasie ulegał zmianom, wprowadzano nowe postacie, wątki. Widoczne jest to w strukturze produkcji, która jest całością o niesamowicie spójnej narracji, gdzie każdy element, każdy fragment bardzo dobrze zazębia się z kolejnym. Ciężko i tutaj o fałsz – w jakiejkolwiek formie. Postacie są tak wyraziste, emanujące tak intensywną życiową energią, swobodą oraz autentycznością, że można mieć wrażenie, że grają siebie samych. Co w pewnych przypadkach jest założeniem zgoła celnym.

Akcja Nieoszlifowanych diamentów ulokowana jest w 2012 roku. Niedawno zażegnany został światowy kryzys gospodarczy, niektóre przedsiębiorstwa przegrały tę bitwę i zakończyły swój żywot, niektóre uparcie stają na nogi, a sam Diamentowy Dystrykt – po którym przechadza się większa część filmu – wydaje się, że nie za wiele sobie robi z całej dopiero co zabandażowanej i pośpiesznie opatrzonej sytuacji. To właśnie słynna ulica 47 (a dokładniej przestrzeń pomiędzy 6 a 7 aleją) stanowi główną powierzchnię fabularną Nieoszlifowanych diamentów, a jednocześnie odgrywa rolę jednego z bohaterów. To dzielnica handlu diamentami, biżuterią i innymi błyskotkami, które potrafią sponiewierać głowy przeciętnych obywateli tego świata nie tylko natężeniem kolorów, ale i cenami, z jakimi dumnie się obnoszą. Na tym terenie znajduje się ponad 2 tysiące różnorodnych sklepów jubilerskich – to wszystko tętni życiem, pośpiechem, nieustannym pędem. Jak cały Nowy Jork, cały film Safdich i sam główny bohater. Howard Ratner to uosobienie antybohatera. Chytry, egoistyczny, odpychający, ale i tak rozbudowany, przepełniony treścią oraz charyzmą, że nie można oderwać od niego wzroku. Ogromna w tym zasługa samego Adama Sandlera. Aktora, scenarzysty i producenta kojarzonego z pokracznymi i niestrawnymi komediami, prawie że rokrocznie nominowanymi do Złotych Malin. Nie zmienia to jednak faktu, że Sandler utalentowanym człowiekiem jest – co pokazał już między innymi w Lewym Sercowym, Funny People czy Opowieściach o rodzinie Meyerowitz (utworach wybranych). Wydaje się też, jakby rola Howarda była ukształtowana specjalnie dla niego. Nie znający odpoczynku i spokoju jubiler z Nowego Jorku, ciągle brodzący w długach, wiecznie szukający nowych okazji do postawienia kolejnego zakładu, przegrywający, wygrywający, uzależniony od adrenaliny; to charakter, w którego stworzenie Sandler wtłoczył całego siebie.

Przez cały seans Nieoszlifowanych diamentów ma się wrażenie, jakby Howard miał zaraz wybuchnąć, rozpaść się na cząsteczki. Tak się jednak nie dzieje. Dla tego człowieka, prezentującego sobą istną mieszankę charakterologiczną rozciągniętą od jednego krańca po drugi, pęd i chaos są czymś niezbędnym do życia. Ratner się tym żywi, dzięki temu może sięgać po więcej i więcej; paradoks w tym jednak taki, że bohater nigdy nie będzie w pełni usatysfakcjonowany. Za każdą przegraną czy wygraną stoi nałóg, który nie odpuszcza. Wszystko musi być mocniej, silniej, bardziej ryzykownie – a jeśli coś takie nie jest, nie jest i warte uwagi Ratnera. Nieoszlifowane diamenty zbudowane są zupełnie jak Howard. Zagłuszająca początkowe fragmenty filmu muzyka, chaos narracyjny, wieczny i nieustający harmider, postacie rozpychające ekran swoim ciągłym, irytującym ruchem i działaniem czy nieobliczalność ich zachowań oraz bodźce atakujące z każdej ze stron. Wszystko to można przyrównać do nałogu Howarda, tego w jaki sposób funkcjonuje, działa i myśli. Jednocześnie można powiedzieć, że ta dynamiczna, tętniąca życiem forma staje się powoli znakiem rozpoznawczym braci Safdich, których poprzedni film – Good Time – został ułożony w podobny sposób. Nie można też i przejść obojętnie obok tego, jak Benny i Josh Safdie podeszli do kwestii zobrazowania w swojej produkcji Nowego Jorku – miasto to, podobnie jak sam Howard, nigdy nie zasypia. Co istotne, reżyserzy stanowczo odgradzają się od powszechnego obrazowania metropolii. Próżno szukać tu charakterystycznych punktów miasta, tych turystycznych elementów, które idealnie odnajdą się na pocztówkach z dalekiej podróży. Safdie skupiają się na tej „ludzkiej” strefie – Nowy Jork ukazany jest nie z lotu ptaka, nie z góry fascynujących swoim rozmiarem i rozmachem wieżowców, a z dołu. Od strony zimnych, surowych chodników, zarośniętych i okupowanych przez ludzi w wiecznym biegu; ruchomy kocioł, w którym każdy zarabia, każdy kupuje, każdy coś traci, coś zyskuje – starzy zastępowani są nowymi, młodsi – jeszcze młodszymi.

Nieoszlifowane diamenty, choć nie są produkcją, przynajmniej początkowo łatwą w odbiorze, zaskakują w wielu aspektach. Już początkowe sceny prezentujące nam przejście kamery przez wnętrze znalezionego – i stanowiącego główną oś całej fabuły – diamentu, a zaraz potem sprawną i efektowną transformację diamentowego wnętrza we wnętrze organizmu ludzkiego i następujące po tym wyjście przez… jelito grube bohatera, zapowiadają seans nietypowy. W pewnym momencie filmu, w trakcie jednego z licznych słowotoków Howarda, ten wypluwa z siebie: Mówią, że w opalach widać cały świat. Takie są stare. Te słowa zresztą zaraz znikają, zaraz zastąpione zostają przez armię nowych, wyskakujących w niekończącej się opowieści płynącej z ust bohatera. Można pokusić się o interpretację, że diamenty stanowią tutaj symbol nieskończoności i bogactwa, a samo jelito grube bohatera symbolizuje kruchość ludzkiego żywota i jego skończoność. Cały film zresztą sprytnie balansuje pomiędzy tymi dwoma biegunami. Opal, który w końcu dociera do rąk Ratnera, momentalnie go urzeka. Jego sile i „nieludzkiej” mocy ulega również i Kevin Garnett… grany przez Kevina Garnetta. Kamień przedstawiany jest niczym swoisty talizman, zbiera ku sobie całą uwagę, hipnotyzuje, nie pozwala oderwać wzroku. Świetnie jest to zresztą ukazane już poprzez samą pracę kamery – szybkie zbliżenia na twarze bohaterów, ich niecierpliwe, nerwowe ruchy, rozbiegane spojrzenie – w tym przoduje Adam Sandler. Surowe obrazy podbijane są ciągłym ruchem, chaotycznością, dynamicznymi skupiskami ludzi czy kamerą z ręki, która dba o większą immersję widza w filmie. Co może wydawać się interesujące, bracia Safdie tworzyli Nieoszlifowane diamenty pośród prawdziwych lokacji w Diamentowym Dystrykcie. Przy tym zatrudnili ponad setkę statystów, których zadaniem było odwrócenie uwagi autentycznych przechodniów w momencie, gdy ci rozpoznali występującego właśnie w jednej ze scen Sandlera. Z racji na mały budżet, produkcji nie było stać na to, aby wyłączyć ulicę lub chociażby jej część z użytku; zresztą w takim miejscu, mało którą produkcję byłoby stać na taki krok.

Nieoszlifowane diamenty

Świat w Nieoszlifowanych diamentach trawi gorączka. Howard to bohater tragiczny, który stanowić mógłby personifikację lisa – jest „śliski”, szybki, działa tu i teraz, emocjonalnie podchodzi do wszystkiego, co go otacza. Uzależniony od ryzyka, kłamliwy, cały czas na chodzie; marazm czy zastój nie są dla niego. Tu wszystko musi się ruszać, ruszać, ruszać. I to w zastraszającym tempie. Howard nie widzi innej drogi, adrenalina jest jego napędem i pożywieniem. Mimo tego, kiedy przychodzi chwila względnego spokoju, a tempo łagodnieje, stając się mniej ostre w wyrazie, Ratner ukazuje swoją drugą – łagodniejszą – twarz. Nawet po licznych perturbacjach, przepychankach czy porwaniu jest w stanie skupić się całym sobą na przedstawieniu córki, śledzić je z uwagą i wykazywać podziw. Howard kocha i chce być kochany. Okazuje się, że miłość do rodziny, wobec bliskich stanowi jego kolejny motor napędowy. Adam Sandler operuje przy zobrazowaniu swojej postaci całą paletą kontrastów – w ruchu, w spojrzeniach, w słowie. Jego charakter rozpycha każdy kadr, generuje emocje i napięcie, jakie rzadko zobaczyć można na współczesnym ekranie.

Nieoszlifowane diamenty to swoiste zaprzeczenie wyróżników slow cinema. Trzymające się nisko, autentyczne, choć przepełnione akcją i – mimo braku dodatkowych zabiegów estetycznych, atrakcyjnych zagrywek montażowych – sprawiające wrażenie wykonanego z rozmachem.  Kino Safdich skupia się na losach tych, którzy nie wiedzą, nie chcą lub po prostu nie potrafią odetchnąć. Zatrzymać się w miejscu. Odpocząć. Wiecznie i nieustępliwie prą, prą i prą naprzód. Do utraty tchu. I wtedy jednak nie rezygnują, nie cofają się, tylko rzucają wszystko na jedną kartę i ryzykują – albo los okaże się łaskawy, albo takowym nie będzie. Tyle że im bardziej ryzykownie się robi, tym potencjalne konsekwencje stają się o wiele większe. Nieoszlifowane diamenty to kino niezmiernie niedocenione. Obok Historii małżeńskiej (z redakcyjną recenzją można zapoznać się tutaj) najlepsza produkcja Netflixa, a Adam Sandler zasługuje na nie jedną, nawet nie parę nominacji, za rolę tak treściwą i bogatą charakterologicznie. Balansującą pomiędzy wywoływaniem u widza irytacji, a zaraz – przekornie – sympatii połączonej z trzymaniem kciuków za kolejne, coraz bardziej szalone podrygi bohatera. Howard Ratner to uosobienie żydowskiego bohatera (co bracia Safdi podkreślali w wielu wywiadach); wiecznie pragnie wyjść z niedoli, balansuje na cienkiej granicy między gwałtownym upadkiem a skokiem w górę. W tej walce, w jego mniemaniu, wygrywa tylko ten, kto ma pieniądze – nieszczęścia te ciągną się za bohaterem jak plagi egipskie, które to zresztą, wytypowany przez rodzicielkę, odczytuje w trakcie Paschy. Nieoszlifowane diamenty to kino męczące, przybijające swoją intensywnością, ale i porywające. Momentami odpychające, jak sam bohater, chwilami się do nas uśmiechające, jak i sam Ratner, nieustannie kuszące nas do odkrycia kolejnej ryzykanckiej karty, jak adrenalina, od której najbardziej charyzmatyczny jubiler w Diamentowym Dystrykcie jest uzależniony. Jednocześnie jest to kino specyficzne, które pomimo swoich zalet, może odrzucać swoją stylistyką. Tak czy siak, warto. Dla historii, dla tej młodzieńczej, szalonej, ale i pieczołowicie przemyślanej narracji i dla odsłuchu klasycznego już w światku filmowym L’Amour Toujours od Gigi D’Agostino w trakcie napisów końcowych.

Fot.: Netflix

Nieoszlifowane diamenty

Write a Review

Opublikowane przez

Magda Przepiórka

Psychofanka Cate Blanchett, Dario Argento, body horrorów Davida Cronenberga, Rumuńskiej Nowej Fali i australijskiego kina. Muzyka to beztroskie, ale i mocniejsze polskie brzmienia – przekrój dekad 70/80 – oraz aktualne misz-masze gatunkowe w strefie alternatywy. Literacko – wszystko, co subiektywnie dobre i warte konsumpcji, szczególnie reportaże podróżnicze. Poza popkulturą miłośniczka wojaży wszelakich.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.