norymberga

Nazista też był człowiekiem – James Vanderbilt – „Norymberga”

Jako że nazizm bardzo słusznie został całkowicie potępiony we współczesnym świecie, to trzeba wiele odwagi, aby portretując ich przedstawicieli wykroczyć poza czarno-biały schemat rywalizacji dobra ze złem. To oczywiste, że czyny hitlerowców muszą się spotkać z surową krytyką, tyle że patrzymy na to jako jeden wielki mechanizm. Ogromny walec, który w latach 1939-1945 rozjechał prawie cały świat. Tym ciężkim sprzętem operowali jednak ludzie, którzy mieli rodzinę i przyjaciół, pasje i słabości. Byli po prostu ludźmi. I już teraz domyślam się, że u części z was pojawia się tu oczywisty zgrzyt: ale jak to, brzmi to prawie jakbym chciał ich wybielić, a że słowa te przytaczam przy okazji filmu Norymberga, to pewnikiem chcę powiedzieć, że Hermann Göring to był klawy gość, tylko trafił do złego towarzystwa. James Vanderbilt w swoim najnowszym filmie chce co prawda pokazać go jako człowieka, ale nie dlatego, że w związku z tym należy mu się współczucie czy wybaczenie – raczej dlatego, że potwory mogą się kryć w kimś, kto na pierwszy rzut oka nie wygląda groźnie.

Przygotowując się do obejrzenia Norymbergi, zrobiłem sobie krótką powtórkę historii o marszałku Trzeciej Rzeszy, chcąc jednocześnie weryfikować, na ile film stara się manipulować faktami. Podstawowe dane biograficzne głównego bohatera tego spektaklu były gorszące tym bardziej, że ówczesne przekazy z przygotowywanego procesu zbrodniarzy wojennych sugerowały, że Göring zaiste jest twardym orzechem do zgryzienia, który swoją ogładą i przyjaznością zbił z tropu niejednego badacza. Wcielający się w niego Russell Crowe wybitnie spełnił się w tej roli, wprawiając mnie tym w zakłopotanie. Hermann Göring jest bowiem na ekranie człowiekiem łagodnym, kulturalnym, dowcipnym, wręcz sympatycznym. Wydawało się więc tylko kwestią czasu, kiedy renomowany psychiatra Douglas Kelley podda się jego urokowi.

Rami Malek stara się nadać swojej postaci blasku, ale przy tak usposobionym aktorze prowadzącym, jego postać jedynie stara się zwrócić na siebie uwagę. Osobiście mam z tym aktorem ogromny problem od kiedy wcielił się w rolę Freddiego Mercury’ego; mam wrażenie, że samą mimiką nic nowego nie potrafi od siebie dać. Ma trochę wyniosłych monologów, sam epilog wydaje się natomiast najbardziej charyzmatycznym momentem w wykonaniu Rami Maleka. Charyzmy nie brak natomiast Russellowi Crowe, który przy każdym pojawieniu się przed kamerą zdaje się całkowicie panować nad publicznością. Każdy gest, każde wypowiedziane słowo hipnotyzuje i sprawia, że nie można od jego wersji Göringa odciągnąć oczu.

Aż łapiemy się w nieprzyjemną pułapkę zastawioną przez reżysera, w której zaczynamy współczuć temu człowiekowi. Nadchodzi moment wahania, w którym nie jesteśmy pewni, czy ten człowiek faktycznie był zły. Może rzeczywiście nie miał p0jęcia o tym, co dzieje się poza murami Reichstagu? Oglądając Norymbergę nie mogłem znieść myśli, że współczuję jego żonie i córce, o którą tak bardzo się troszczył. Nie mogę też nie docenić autentycznego szoku, którego doznał marszałek Trzeciej Rzeszy, gdy podczas procesu pokazano film obrazujący makabryczne zbrodnie mające miejsce w obozach zagłady. Wtedy jednak przychodzi kontra, gdy widzimy niezłomnego Göringa, wierzącego w wizję świata Adolfa Hitlera i uważającego działania nazistowskich Niemiec jako koniecznych i wybaczalnych w imię wyższego dobra (sic!).

Tego typu filmy nie zaskoczą nas nieprzewidywalną fabułą czy też zakończeniem, które wyrwie nas z kapci (bamboszy, klapków, ciapów – wybierzcie podług swego regionu). I mimo, że wiedziałem jak skończą się losy Hermanna Göringa podczas procesu, to i tak Norymberga trzymała mnie w napięciu do końca, a kulminacyjna scena, czyli przesłuchanie marszałka po uzyskaniu cennych informacji od psychiatry w pewnym momencie sprawiła, że zapomniałem jak się oddycha. Precyzyjnie przygotowane ataki prokuratora i trzeźwość umysłu Göringa to pokaz wyśmienitej sceny sędziowskich obrad i lekcja dla innych filmów, jak takie dialogi powinny wyglądać.

W kwestii skuteczności Douglasa Kelleya w rozgryzieniu swego przeciwnika nie jestem w stanie stwierdzić, na ile film podkoloryzował jego udział w pokonaniu zastępcy Adolfa Hitlera, film jednak zdaje się sugerować, że bez jego podpowiedzi proces norymberski zakończyłby się farsą. Można ironią nazwać to, że Hermann Göring okazał się być tylko człowiekiem, który również ma swoją wytrzymałość. Faktem jest, że wraz z wydłużającym się czasem trwania procesów, podupadał on na zdrowiu psychicznym, jak i fizycznym. Bardzo żałuję, że James Vanderbilt, nie zdecydował się również pokazać postępującego cielesnego marazmu marszałka, który wyraźnie źle znosił przedłużające się aresztowanie. Jego zdrowotne problemy widzimy tylko na początkowym etapie znajomości z psychiatrą, kiedy to doznaje zawału serca, a Kelley sugeruje mu wziąć się za siebie. Po chwili widzimy zawziętego Göringa robiącego pompki – może więc jego szczupła sylwetka byłaby w tym kontekście źle odebrana? Wygląda na to, że skoro próbuję się czepiać aż takich trywialnych szczegółów, to Norymberga jest filmem w którym ciężko znaleźć jakieś konkretne wady. Możliwe nawet, że ten film stanie się w pewnym momencie drugowojennym klasykiem.

Fot.: Monolith Films

PS. Na film wybraliśmy się dzięki Cinema City.

zwierzogród 2

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *