Jak co roku, największy polski festiwal filmowy ma miejsce nie tylko we Wrocławiu. Część z filmów w repertuarze można również oglądać online od 23 lipca w domowym zaciszu. Wiele z nich to zeszłoroczne głośne tytuły, o których nie pisaliśmy na łamach naszego portalu. Jak mówi przysłowie – lepiej późno niż wcale. Nowe Horyzonty to doskonała okazja, by nadrobić zaległości i ocenić, które z nich faktycznie słusznie zdobyły uznanie, a które okazały się sporym rozczarowaniem.
Uwzględniając bloki filmów krótkometrażowych, do wyboru z katalogu online mam aż 104 pozycje. W pierwszej części mojej quasi-relacji z Nowych Horyzontów przyglądam się filmom z sekcji Sezon. Znajdują się w niej tytuły, który można było obejrzeć przed kilkoma miesiącami w kinach, jednak ze względu na różne ograniczenia, nie udało mi się tego zrobić.
Pillion (r. Harry Lighton, Wielka Brytania, 2025)
Pillion to świetny przykład, jak wielka różnorodność jest filmów, które można oglądać nawet w sieciówkach. O dziele Lightona, będącym adaptacją książki Box Hill mówiono sporo. Spotkałem się z opiniami, jakoby był to film momentami niekomfortowy i ciężki do oglądania. Trudno zresztą, żeby film koncentrujący się na homoseksualnej relacji BDSM był inny. Oczywiście w najmniejszym stopniu mnie to nie odstraszyło – wręcz przeciwnie.
Czy z takimi głosami się zgodzę? Niekoniecznie. Film w znacznej mierze koncentruje się na psychologii głównego bohatera, w którego świetnie wcielił się Harry Melling (można go kojarzyć chociażby z roli wkurzającego Dudleya Dursleya w Harrym Potterze). Zależy to jednak oczywiście od wrażliwości widza, ale, Lighton to nie von Trier i w przedstawianiu tematu idzie na kompromisowość. Nie jest to rzecz jasna nic złego. Cała emocjonalność filmu choć jest wygładzona i uproszczona, to jej obraz jak najbardziej celny, co świadczy o dobrym rozumieniu tematu. Najbardziej prowokacyjne nie są tutaj poszczególne sceny, a paradoksalnie wygładzenie kontrowersyjnej relacji, która opiera się na dominacji i uległości. Zaskakująco film unika sztywnej dydaktyki oraz moralizowania, cały czas pozostając z bohaterem bez oceniania go zarazem. Werdykt zależy więc od widza.
Owa kompromisowość, choć momentami nadmiernie widoczna, pozwala na rozwinięcie chociażby wątku rodzinnego, czy wplatanie akcentów komediowych. Sprawia to, że Pilliona oglądało mi się znakomicie. Spora w tym zasługa także ścieżki dźwiękowej, czy zmysłowej kinematografii. Ma świetne sceny, które się wyróżniają, a połączenie Melling i Lighton, portretujących bohaterów, których przeciwieństwa się przyciągają wypada bardzo dobrze. Nie jest to jakieś arcydzieło – ma dłużyzny, nierówne tempo, sporo fabularnych uproszczeń i karykatur. Sprawia wrażenie filmu dość wykalkulowanego i syntetycznego, co widać zwłaszcza po mocnych zmianach tonu między ostrym, a waniliowym i po motocyklowej estetyce. W gruncie rzeczy, końcowo Pillion opowiada o nie aż tak obcych uczuciach. O alienacji, samotności, o potrzebie przywiązania oraz znalezienie swojego miejsca na świecie. Relacja sadomasochistyczna to jedynie efekt końcowy. Zdecydowanie warto dać szansę.
Ocena: 7/10
Łobuz (r. Harry Dickinson, Wielka Brytania, 2025)
Po debiucie Dickinsona naszła mnie pewna gorzka refleksja. Twórcy boją się rozwijać swoje postaci i nadać im unikalny charakter. Przez to też Urchin (tytuł oryginalny) zostawił mnie ze sporym niedosytem, nawet jeśli obiektywnie jest przyzwoity i niepozbawiony mocnych stron. Chciałbym, by główny bohater był kimś więcej niż archetypem narkomana i przestępcy, na dodatek z nie do końca jasną życiową historią. Szkoda, że przez to Dickinson nie wychodzi poza porządnie utarte już fabularne szlaki.
Aktor i nowonarodzony reżyser nie ryzykuje tam, gdzie powinien, a z drugiej strony wplata toporne, arthouse’owe sekwencje. Są to jednak jedynie nietrafione momenty, a w zdecydowanej większości Łobuz to przyzwoity coming of age i kino społeczne zarazem. W rolę Mike’a wciela się świetny Frank Dillane, a kamera słusznie nie opuszcza bohatera ani na moment, towarzysząc mu w ciężkim procesie wychodzenia na ludzi. Jest blisko jego emocji, cały czas daje mu życiowe szanse, które sam zresztą w dużym stopniu marnuje. Koniec końców nie jest postacią w stu procentach dobrą, ani złą. Jest realistyczny, ale… odrobinę nijaki. Szkoda też skrótowości części wątków i nieszczególnego rozwinięcia postaci pobocznych. Miałem wrażenie, jakby Dickinson jedynie odhaczał to, co powinno się w filmie znaleźć.
Widać, że Dickinson szuka swojego języka filmowego. Jego dzieło utrzymuje bardzo dobry dystans z bohaterem, jednak jest odrobinę zbyt zachowawczy. Mimo tego, Łobuza oglądało mi się dobrze i odczułem w nim jakąś specyficzną magię. Zawsze lubię oglądać proste, terapeutyczne obrazy dobrych i złych decyzji, wzlotów i upadków, wrażliwość, na którą nie ma na świecie miejsca, zawiłą drogę do wzięcia odpowiedzialności za samego siebie. Doceniam też dobrą dynamikę filmu i świetne zdjęcia, które sprawiły, że był to całkiem angażujący seans.
Ocena: 6/10
Głos Hind Rajab (r. Kaouther Ben Hania, Tunezja, 2025)
Wyczynem jest całkowicie oddzielić ocenę jakości filmowej od własnych emocji. W szczególności jednak tyczy się to filmów takich jak te, które mają zwracać uwagę, manifestować, docierać do człowieka. Używają do tego wszystkich dostępnych środków. Ta misja filmowi Ben Hani (znanej min. ze świetnych Czterech córek) się jak najbardziej udała. Nawet jeśli nieumyślnie zdradziłem sobie przed seansem historię sześcioletniej Hind Rajab, film mnie powalił na kolana. Za sprawą autentycznych zapisów rozmów z dziewczynką, reżyserka oddaje hołd jej oraz wszystkim Palestyńczykom. Film obezwładnia swoim bezsensownym okrucieństwem i bezgraniczną bezradnością. Wstrząsający film, po którym trudno było od razu wrócić do życia i po którym przez dłuższą siłę siedziałem mocno roztrzęsiony, nie potrafiąc wykrztusić słowa.
Co do samych filmowych środków mam pewne zastrzeżenia. Pomysł wykorzystania filmowych rozmów i przedstawienie historii z pozycji dyspozytorów ratunkowych brzmi wprawdzie dobrze, jednak film popada w nadmierną dramatyczność i swego rodzaju pompatyczność (a przecież już sama historia jest bardzo mocna). Na dodatek pogłębiane jest to przez agresywny montaż i częste zbliżenia. Napięcie nie jest budowane. Jest ono po prostu przez cały czas, co w pewnym momencie męczy, a ostateczny przekaz się momentami rozmowa, co jednak nadrabia nokautująca końcówka. Mógłby to być pewnie po prostu dokument, mógłby to być krótki bądź średni metraż. To wszystko nie jest jednak najważniejsze. Najważniejszy jest tu głos przeciwko wojnie. I ten właśnie głos powinien każdy usłyszeć.
Ocena: 7/10
Sirat (r. Olivier Laxe, Hiszpania, 2025)
Pora na prawdopodobnie najsłabszy film nominowany do Oscara w tym roku – i to w dwóch kategoriach. Co ciekawe, z jedną nominacją się jak najbardziej zgadzam. Konkretnie chodzi o dźwięk. Bez niego Sirat by nie był tak intensywnym, immersyjnym przeżyciem, a rave łączy się z pustynnym klimatem świetnie. To jednak chyba jedyna rzecz, jaka Olivierowi Laxe się udaje. Nawet ekscentryczność i absurdalność konceptu nie jest wielkim problemem. Bywały dziwniejsze pomysły niż trance na pustyni, na której panuje wojna i nierzadko takie projekty wychodziły. Tu jednak tak się nie stało.
Kiedy przychodzi do budowania jakiejkolwiek dramaturgii, Sirat ponosi sromotną porażkę. Punktem wyjścia jest teoretycznie poszukiwanie córki. Bohaterowi jednak chyba niezbyt zależy, bo wspomina o niej może ze trzy razy. Film za to mozolnie, ale nagle przechodzi do bezpardonowego szantażowania widza dość idiotycznymi dramatami poszczególnych postaci. Z jednej strony jest więc ogrom dłużyzn, nieszczególne rozwinięte postaci, historia prowadząca donikąd, a z drugiej brak budowania jakiegokolwiek momentum i historii opartej na innym schemacie niż bohater-wpadka-tragedia. Ja do tego autobusu z głównymi bohaterami nie wsiadam i pozostaję tam, gdzie cały film się zaczął – na pustyni, tańcząc w najlepsze. Może trochę jak w Climax Noego. Wielka szkoda nieźle zagranych bohaterów, muzyki oraz świetnych zdjęć, które sprawiły, że temperaturę panującą w filmie naprawdę dało się odczuć. Kończy się na nużącym, apatycznym kinie drogi bez mądrego pomysłu na siebie i niezostawiające widza z niczym po seansie. Co ciekawe, Hiszpańska Akademia Sztuki Filmowej doceniła bardziej film Niedziele Alaudy Ruiz de Azúi. Wielka szkoda, że zwycięzca nagrody Goya nie został zgłoszony przez Hiszpanię do Oscarów, gdyż jest to film po prostu lepszy i dojrzalszy.
Ocena: 4/10
Miłość, która zostaje (r. Hlynur Palmason, Islandia, 2025)
Mam wrażenie, że najnowszy film Hlynura Palmasona, reżysera przecież bardzo znanego i szanowanego przez polskich widzów przeszedł bez większego echa. Ostatnim filmem Islandczyka był Godland z 2022 roku. To film niewątpliwie piękny, mający swoją temperaturę, jednak z bardzo skromną fabułą i szczerze mówiąc dość nudny. Tym razem jednak Palmason stworzył film mniej skrojony pod nagrody, którego główną siłą jest to, że jest… cóż, islandzki. Wydaje się w nim być mniej wizualnej pokazówki, czerpania z tego, co z natury wzbudza zachwyty widza, a więcej serca i błyskotliwości w pisaniu historii.
Witajcie w naszej rodzinie. Fabuła w Ástin sem eftir er (tytuł oryginalny) nie ma jednego, konkretnego rdzenia. To zbiór małych historii każdego z członków rodziny, za którą idzie cały spektrum emocji. Radość i bliskość, smutek i odrzucenie, nadzieja i zawód, piękno i brzydota. I wszystko pomiędzy tym. Palmason zachęca widza do obserwacji, nie wprowadzając syntetycznej dramaturgii. Trzeba jednak zaznaczyć, że brak fabularnego rdzenia wraz powolnym tempem może odstraszać. Miłość, która zostaje przyciąga magią i swego rodzaju poezją rzeczywistości. Nadal jest to film z ładną stroną wizualną, jednak reżyser koncentruje się bardziej na tym, co tworzy unikalną codzienność każdego człowieka, aniżeli na środowisku. Mowa tu o pieczarkach, mowa tu o rybach, mowa tu o zdechłym ptaku, którego należy godnie pożegnać.
Jeśli chodzi o warstwę humorystyczną, to jest różnie. Bywa on błyskotliwy i naturalny, jednak momentami (szczególnie w towarzystwie siermiężnych metafor) męczył i wybijał z rytmu. Powtarzające się pianino w tle, które usilnie próbuje nas przekonać, że jest to bardzo miły i sympatyczny film również nie jest tu potrzebne. Wolne tempo z kolei natomiast nie jest szczególnym problemem i mnie zaczęło męczyć dopiero w za długiej końcówce.
Nie jest to więc film doskonały i równy. Wraz ze znakomitym aktorstwem i świetnymi konwersacjami jest to po prostu ładny, autentyczny, ludzki, czuły obraz codzienności pełnej różnych problemów i nadziei na dodatek z wieloma interesującymi rozwiązaniami formalnymi. Wszystko jest kruche i niepewne, a jedyne co zostaje to miłość i sentyment.
Ocena: 7.5/10
Fot: Nowe Horyzonty












