W poprzedniej części mojej relacji z tegorocznych Nowych Horyzontów skoncentrowałem się na filmach głośnych i znanych, laureatach najważniejszych nagród. Festiwale filmowe są jednak często jedyną okazją, by jakąś pozycję obejrzeć. Oprócz kolejnych dwóch pozycji z sekcji Sezon, biorę na tapetę tytuły mniej znane, które warto wyróżnić – część to prawdziwe odkrycia, inne już ze względu na swoją ekscentryczność zasługują na wspomnienie.
Romeria (r. Carla Simon, Hiszpania, 2025) – sekcja Sezon
Romeria to trzeci film najsłynniejszej katalońskiej reżyserki. Elementy dramatyczne w jej filmach są przesuwane na drugi plan, a zamiast tego skupia się ona na ludziach samych w sobie. Bohaterowie jej filmu nie ograniczają się więc wyłącznie do postaci tragicznych, którym dzieje się krzywda. W Lecie 1993 przedstawia dzieci z każdej strony, niczego nie upiększa, a dramat jest tu minimalistyczny, aczkolwiek emocjonalnie rozbrajający. Alcarras (za które została wyróżniona Złotym Niedźwiedziem) przedstawia natomiast całą minispołeczność kilku rodzin, ich tradycje i sposób życia, jednak brakuje tu większego zarysowania bohaterów z osobna, przez co okazał się filmem odrobinę nudnym i rozczarowującym.
W najnowszym filmie Carla Simon jak zwykle skupia się na rodzinie, jednak tym razem część dramatyczna wydaje się być bardziej na powierzchni. Przedstawiona jest dość tradycyjna historia powrotu w rodzinne strony oraz odkrywania tajemnic swojego pochodzenia. Reżyserka ponownie jest bardzo blisko emocji swoich bohaterów, a dodając formę kina drogi, ale na łodzi (kina morza zatem?) oraz widoki na Hiszpanię jest to film solidny, przyjemny, jednak nie wyróżniający się oryginalną perspektywą jak poprzednie. Na dodatek, nadal historia jest tutaj dość skromna, a Romerię w dużej mierze starają się załatać małe historie drugoplanowych postaci i wspomnienia. Tylko że główny dramat nie dotyczy jednak ich wszystkich, a bardziej samej głównej bohaterki i zmarłego ojca, więc większość z nich okazuje się nie być istotna. Jest więc w tej formie narracji pewna sprzeczność. Całość ostatecznie prowadzi do jednej prostej prawdy, którą ukrywano. Jest ona na tyle wcześnie wyjawiona, że w ostatecznym rozrachunku film nie wzbudził we mnie większych emocji ani zaskoczenia.
Doceniam jednak, że reżyserka nadal kocha swoich bohaterów, film/statek bardzo przyjemnie płynie, a Llucia Garcia w tytułowej roli spisuje się dobrze. Nie zaskakuje jednak swoimi wnioskami odnośnie tabu i uprzedzeń, męczy też głos protagonistki tłumaczącej wszystko z góry. Trzeba wziąć natomiast pod uwagę to, że jest to semi-autobiograficzny film Carli Simon, dlatego też trzeba mieć do Romerii peiwen dystans.
Ocena: 6/10
Harvest (r. Athina Rachel Tsangari, Wielka Brytania, 2024) – sekcja Sezon
Nic dobrego nie spodziewałem się od filmu greckiej reżyserki (i anglojęzycznego debiutu zarazem). Aż trudno mi uwierzyć, że można zrobić w jednym życiu bełkotliwy i nudny zarazem Attenberg oraz świetne kino, za jaki uznaję Harvest. Reżyserka oczywiście nadal ma swoją wizję – dalej oryginalną, ale nie ekscentryczną (w najgorszym tego słowa znaczeniu).
Trudno chyba zrobić bardziej folkowy film. Jego rozmach i precyzyjność są aż rzadko spotykane. Odpowiednia paleta barw, pełna odcieni żółci i brązu, dużo ziaren, siana, zwierząt oraz jedzenia, które muszą sobie zrobić sami (jeśli akurat nie panuje nędza). Sporo słyszałem dobrych słów o kostiumach Kirsty Halliday. Dołączam się do nich. Wszystko to (jeszcze wraz ze świetną muzyką) tworzy unikatowy klimat i sprawia, że film Tsangari jest wręcz immersyjny. Nie wiem, czy pod tym względem nie prześciga nawet Midsommara Ariego Astera.
Film opowiada historię społeczności, która jednocześnie jest rozbrajana przez żądnych zysków właścicieli ziem i imploduje przez wewnętrzne konflikty. W dużej mierze są one planowane, prowokowane, a mieszkańcy padają ofiarą rozmaitych manipulacji. Momentami oglądało się to jak Dogville (który zresztą bardzo lubię). Reżyserka nie umieszcza historii w konkretnym miejscu, czy czasie, przez co ukazuje uniwersalne mechanizmy, jak los kilkudziesięciu osób, może zależeć od relacji zaledwie kilku, stojących nad nimi. Mogą się podobać też niejednoznaczne postaci, toksyczne zależności między nimi, postawy tchórzliwe, oportunistyczne, ale jest i skazanie na pogardę tak naprawdę z obu stron konfliktu. Po seansach Pilliona i Łobuza zaskoczyło mnie to, jak dobrze poradzili sobie w zupełnie różnych rolach Harry Melling i Frank Dillane. Tylko Arinze Kene wypadł bardzo sztucznie, a wręcz parodystycznie.
Sam szkielet filmu jest dość skromny i składa się z wielu wątków. Nie wszystkie do końca angażują, jest ogólnie za długi oraz mozolny, w szczególności na samym początku. Gdyby go skrócić o około pół godziny, impact emocjonalny byłby mocniejszy. Zwłaszcza, że sporo scen sprawia wrażenie wstawionych na siłę, dla samego obrazu, nie posuwając filmu naprzód. Warto było jednak pokonać somnolencję na starcie, gdyż Harvest się rozwinął w satysfakcjonujący sposób, tworząc unikalny kolaż opowieści, który prowadzi do zguby.
Ocena: 7/10
Bouchra (r. Oriam Barki, Meriam Bennani, USA, 2025) – sekcja Front Wizualny
Żywię szczególną sympatię do projektów taki jak ten i mają specjalne miejsce w moim sercu. Bouchra to film osobisty, terapeutyczny, prosty jeśli chodzi o tematykę, ale jeśli chodzi o warstwę audiowizualną odważny i szalony. Animacja, której akcja ma miejsce w Maroku z homoseksualnymi, robotycznymi kojotami w rolach głównych zdecydowanie nie była w moim festiwalowym bingo. I dodajmy do tego, że jest to film w filmie, a równolegle przedstawiane są dwie perspektywy…
W Bouchrze matka toczy pokrętny dialog z córką, humorystycznie pochylając się nad międzypokoleniowym niezrozumieniem i problemem braku komunikacji. Problematyka nie należy może do szczególnie oryginalnych – coming out, poszukiwanie własnej tożsamości i miłości. Jest w tym wszystkim też trochę Najgorszego człowieka na świecie, kiedy tytułowa bohaterka angażuje się w zgubne, ryzykowne relacje nie prowadzące do niczego. Za sprawą jednak świetnej muzyki i formy animacji (wyjątkowo ekspresyjnej i pełnej kolorów zresztą) film ucieka od klisz. Przymknąć oko można na spory chaos fabularny, który pod koniec zaczynał trochę męczyć.
Był to niewątpliwie jeden z ciekawszych i najbardziej sympatycznych seansów, z którego finalnie płynie prosta mądrość – trzeba więcej rozmawiać i nie jest tak, że jedna strona jest w 100% winna niezrozumienia. Chciałbym, by pojawił się w szerszej dystrybucji. Może pojawi się na tegorocznym Ars Independent?
Ocena: 7/10
Za zwycięstwo! (r. Valentin Vasyanovych, Ukraina, 2025) – sekcja Fale
Z ukraińskim reżyserem spotykam się po raz drugi. W wizualnie fascynującej Atlantydzie z 2019 roku przedstawił kilka różnych obrazów powojennych traum. Problemem jednak był dość spory chaos, a film ostatecznie był lepszy w częściach, niż jako całość.
Za zwycięstwo! ma w sumie podobne problemy, jednak czuję, że był to film odrobinę bardziej spójny i przemyślany. Jak wiele słusznych filmów festiwalowych dłuży się w nieskończoność, ale sam przedstawiony obraz kraju po wojnie (przemyślanie nie doprecyzowując, czy jest ona wygrana i przegrana) jest w filmie Vasyanovycha dość intrygujący. Czy bardziej –jego podejście do kraju, z którego niewiele zostało. Opowiada zarazem o sobie i o swojej twórczości, nie popadając zarazem w wyniosłość i samouwielbienie. Wręcz przeciwnie – jest do bólu samoświadomy.
Szczególnie interesująca i celna jest teza odnośnie tego, że tylko z gruzów można zbudować coś zupełnie na nowo. Kiedy już pogodzimy się ze zgliszczami, jaka zostawia wojna, jest w końcu miejsce na emocje inne niż strach i smutek. Jeśli rzeczywistości nie ma, należy ją stworzyć zupełnie od nowa. Metanarracyjność nawet tu działa, a Vasyanovych stawia pytanie, o czym tak naprawdę warto robić filmy. a mówiąc wprost – co się sprzedaje. W dalszym ciągu ma swoje prywatne problemy, odchodzących bliskich i syna do wychowania. A także niespodziewanie: nuta homoerotyzmu.
Był to jeden z cięższych seansów. Za zwycięstwo! ma swoje momenty, podchodzi do tematu z ciekawej strony, potrafi wzbudzić uśmiech, ale z drugiej strony sporo scen nie prowadzi do niczego. Nie pomagały w tym przydługie ujęcia, choć na niektórych działają w hipnotyczny sposób. Mimo wszystko czekam na kolejne projekty Ukraińca, gdyż czuć, że jest to reżyser z wieloma pomysłami w głowie.
Ocena: 6/10
Macdo r. Racornelia (Meksyk, 2025) – sekcja Front Wizualny
Feliz navidad. Tu miłość zdecydowanie nie zostaje. Seans Recornelii Ezell był prawdopodobnie najbardziej niepokojącym, jaki oglądałem na tegorocznym festiwalu. Macdo jest stylizowane na tradycyjne nagranie rodzinnego spotkania na kasety VHS.
Można tu wyróżnić dwie części. Pierwsza to spotkanie rodziny przy wigilijnym stole – bardzo realistyczne i dobrze zagrane. Dialogi jak to bywa na takich uroczystościach są o wszystkim i niczym zarazem. Atmosfera jednak stopniowo gęstnieje, pojawiają się wzajemne, na początku ciche wyrzuty. Meksykanka błyskotliwie i subtelnie przemyca całą gamę różnych emocji. Od (przynajmniej udawanego) ciepła i życzliwości, po niechęć i obrzydzenie. Pojawia się swego rodzaju dominacja, z pozoru niewinne, ale kąśliwe, dyskredytujące żarty, uwydatniają się kompleksy i niewypowiedziany strach. Przypomina to kino Cristiego Puiu w nieco ostrzejszej wersji.
Głównym jednak powodem mojego niepokoju były postacie dzieci. Lgną one najchętniej do wszystkiego co najciekawsze, a zarazem co najbardziej dla nich szkodliwe. Przedstawiając ich seksualizację reżyserka niebezpiecznie stąpa po linii i wzbudza mocny dyskomfort. Proces rozpijania dzieci i powolnego przyzwyczajania ich do alkoholu jest szczególnie realistyczny i przekonujący.
Nie jestem jednak przekonany co do dalszych twórczych decyzji. Reżyserka wydaje się bardziej zwracać uwagę na własne pomysły, niż na bohaterów. W połowie filmu postanawia umieścić… niebieską planszę, nieprzyjemny dźwięk i losowe litery. Dalej to już około 30-40 minutowa ekspozycja, pokaz przemocy fizycznej, seksualnej i wyrzutów w stosunku do żony. A ja wolę kino Cristiego Puiu, niż Gaspara Noego. Jeśli chodzi o poruszane problemy, role płciowe, seksualizację Macdo wpada w pułapkę łopatologii i koniec końców za dużo mówi wprost.
Niewątpliwie interesujący projekt z paroma mocnymi stronami, ale widać koniec końców pewną sztuczność tej słusznej dydaktyki. Nie czuję, by patriarchat został tutaj rozliczony wyjątkowo błyskotliwie. Choć nie wszystko tu zadziałało, film Racornelii zdecydowanie się wyróżnił.
Ocena: 6/10
Moja żona płacze (r. Angela Schanalec, Niemcy, 2026) – sekcja Mistrzynie, mistrzowie
Słyszałem, że CIA w celu wymuszenia zeznań od terrorystów prezentuje im całonocne pokazy Angeli Schanalec. To kino najbardziej oszczędne, minimalistyczne, powolne i subtelne, jakie można sobie wyobrazić. Na początku mamy sześciominutowe ujęcie mężczyzny siedzącego na tanim krześle na tle białej ściany, który słucha rozmów. O tym chociażby, czy kolega jego żony powinien sobie kupić psa albo rozmyślań, ile lat ma pracujący za oknem dźwig.
Dalej nie jest wcale aktywniej. Ale czy ciekawiej? Udało mi się przywyknąć do wolnego tempa (cięcie jest średnio co około minutę), po czym wsłuchiwałem się w konwersacje… bądź ich brak. Niemka pokazuje nie tylko to, co jest, ale próbuje zobrazować to, czego brakuje. Zasygnalizować pustkę na ekranie. Wypadek bohaterki stanowi początek uwydatniania się problemów z komunikacją w związku. Paralelnie przedstawione są perspektywy żony (która wprawdzie nie płacze, ale mówi dużo rzeczy) i dość uległego męża.
Było w tym filmie niewątpliwie coś intrygującego, co trudno jest do końca rozszyfrować. Sądzę, iż reżyserka pochyla się nad problemem braku umiejętności, szczerości oraz odwagi w przekazywaniu emocji i uczuć. Są one jakby uwięzione, bohaterowie nie mają do nich dostępu. Stąd też dwie główne postacie nie wydają się być w pełni ludźmi, a swoje wypowiedzi ograniczają do niezbędnego minimum. Przypominają zresztą bardziej strumienie świadomości.
Są tutaj zalążki czegoś ciekawego, są momenty, w których film mnie zainteresował. Wśród tego są jednak dość pretensjonalne, raczej nic nie znaczące ujęcia. Są spójne z całością, ale nie wprowadzają treści, która finalnie zostawiłaby mnie z czymkolwiek po seansie. Ciężkie, osobliwe doświadczenie. Widać w tym trochę Bressona, czy chociażby Rohmera. Temat komunikacyjnego impasu ma potencjał i choć od filmu się lekko odbiłem, to z odpowiednim nastawieniem sprawdzę poprzednie filmy Angeli Schanalec.
Ocena: 5/10













