W trakcie dwudziestej szóstej odsłony festiwalu Nowe Horyzonty obejrzałem 27 filmów trwających łącznie 45 godzin i 56 minut. Pierwsza część mojej relacji poświęcona była głośnym filmom, o których nie pisaliśmy wcześniej na łamach Głosu Kultury. W drugiej z kolei przedstawiałem projekty szczególnie niespotykane i oryginalne. Jak zwykle bywa na festiwalach, były też rozczarowania i brutalnie mówiąc, filmy które absolutnie mnie nie obeszły, a ich oglądanie było męczarnią. Kilka filmów nawet obejrzanych wcześniej pozostawiłem na ostatnią, trzecią część. To dzieła najlepsze, jakie przyszło mi obejrzeć i które szczególnie wbiły mi się w pamięć. Jest też zwycięzca tegorocznego Grand Prix, od którego zacznę.
Spadający liść (r. Alexandre Koberidze) – zwycięzca Grand Prix
Trudno mi do na wskroś oryginalnego projektu Gruzina nie żywić pewnego rodzaju szacunku i sympatii. Jury w pięcioosobowym składzie wybrało na najlepszy film sekcji konkursowej festiwalu przeszło trzygodzinny, fabularyzowany dokument (a zarazem film drogi wiodące przez boiska piłkarskie), nakręcony telefonem na klawisze.
Najciekawszy Spadający liść był w momentach, w których wchodził w dialog z widzem. Protagonista w pewnym momencie spytał się niewidocznego pasażera (co tym bardziej wskazuje na naruszanie czwartej ściany), czy zasnął i wskazał, że chyba za długo tu jest. Świetny timing, bo akurat zasypiałem. To podręcznikowy przykład przestrzelonego slow cinema, które swoją wartość pokłada na paru narracyjnych i wizualnych ciekawostkach. Historia poszukiwania córki jest tutaj mocno pretekstowa, oklepana i istnieje tylko po to, by jakkolwiek popchać film do przodu.
Zamiast tego mamy chaotyczne, rozpikselowane ujęcia zwierząt i roślin oraz niemal identycznych wsi, na których kiedyś były boiska do piłki nożnej. Koberidze zafascynowany jest swoim nowatorskim sposobem na przedstawienie rzeczywistości w sposób malarski, impresjonistyczny, jednocześnie regresując obrazy do prostych brył. Ufa widzowi, że po czasie przyzwyczajając się do tempa i swego rodzaju prymitywizmu uwrażliwi się na najprostsze bodźce zaoferowane przez reżysera. Zachęca do spojrzenia na wszystko naiwnymi oczami dziecka, które zachwyca się każdym drzewem i które pierwszy raz widzi krowę, osła i owcę. Nie wie jeszcze, co to grzywa, co to ogon, nie pojawiło się to w jego świadomości. Widzi słupek, ale nie zna rdzy na nim, która spowodowana jest niemiłosiernie upływającym czasem. Niuansem filmu jest obdzieranie z niuansów, co powoduje złudną idylliczność.
Wierzę, że komuś się Spadający liść podobał i nawet się cieszę. To kino ma zdecydowanie pewne zdolności relaksujące, terapeutyczne i hipnotyzujące. Ale jest to też kino, które wielu może odrzucić i bliżej mi do drugiej grupy. W momencie, w którym spędzam trzy godziny na film, muszę po seansie wyraźnie czuć, że było to tego warte. Dużo w tym projekcie serca, mądrego przesłania (choć prostego, to poprzedzonego taką elipsą, że zaskakuje), ale pomysłu w gruncie rzeczy za mało. Brakuje mi wyraźniejszego kształtu, jakiejś zaskakującej sceny (nawet bez zmiany całej wizji) i… lepszej ścieżki dźwiękowej, bo trudno mi było słuchać przez 186 minut kilku fatalnych motywów na krzyż. Uznaję gruziński film za ciekawostkę, która jednak w efekcie końcowym rozczarowuje.
Ocena: 5/10
Metamorfoza ptaków (r. Catarina Vasconcelos, Portugalia, 2020) – sekcja Pokazy Specjalne
Zdecydowanie bardziej do mnie trafił zwycięzca festiwalowego Grand Prix z 2020 roku. Metamorfoza ptaków to quasi-dokumentalny hołd dla własnej rodziny, medytacja nad życiem, przemijaniem i relacją człowieka z naturą.
W idealnym świecie mam na tyle duże mieszkanie, że mogę sobie wydrukować każdą piękną klatkę z tego filmu i nakleić na ścianie. Jest to tytuł wymagający mocnego skupienia, cierpliwości, by móc pochłonąć w pełni zarówno jego poetycką treść, jak i imponującą warstwę wizualną. Mnóstwo jest tu kadrów pomysłowych, niejednoznacznych, niebezpośrednich. Vasconcelos opowiada o relacjach międzyludzkich, bez jednej sceny, w której byłyby dwie postacie. Zamiast tego używa rzeźb, kwiatów i drzew. Portugalska reżyserka celuje wprawdzie w jednoznacznie sentymentalne, smutne tony i m0żnaby pewnie dyskutować, czy nie jest przypadkiem za długi i za wolny. Jednak tak naprawdę nie mogę powiedzieć, że powinien.
Tym razem jednak hipnoza, w przeciwieństwie do Spadającego liścia zadziałała. Przemyślanie i imponujące realizacyjnie, ze świetną, ale nie kiczowatą paletą kolorów, kostiumami i scenografią sprawiają wrażenie, że dom rodzinny jest zarazem domem jak ze snu. Oczy mi się szkliły (co jest rzadkością), a Metamorfoza ptaków wywołała u mnie ogrom myśli. Wiele mądrości niebezpośrednio tutaj pada. Vasconcelos bardziej niż o samych członkach rodziny, opowiada o ich obrazach przepuszczonych przez filtry wyobraźni i pamięci. O tym, jak ich obraz dalej jest obecny, przebijając się przez granice przestrzeni i czasu. Jest to również rozprawa o nierozłączności przyrody i człowieka. O tym, jak ta jest w nas, a my w niej, jak mali jesteśmy wobec świata i jego zasad. O tym, jak nam o wszystkim przypomina, a dusze bliskich to zarazem korzenie, na których budowana jest przyszłość. Widać w pewnych momentach narracyjnie szwy. Zatrzymałbym się ponadto na dłużej na temacie dojrzewania i młodszych członkach rodziny. Jestem w stanie jednak to wszystko wybaczyć, gdyż koniec końców jest to kino wrażliwe, intensywne i bardzo rzadko spotykane.
Ocena: 8/10
Ciało do życia (d. Angelo Madsen, USA, 2025) – sekcja Front Wizualny
Dokument Angelo Madsena zdecydowałem się wyróżnić ze względu na to, jak złożony, trudny i zupełnie obcy mi temat udało się przekazać w dość czytelnej formie, unikając bełkotu i pretensjonalności. Należy podkreślić, że jest to tytuł, którego oglądanie może być dla niektórych bolesne i niezręczne. Przedstawia historię artysty Fakira Musafara i całego ruchu, którego rytuały opierają się na praktykach BDSM, ekstremalnym piercingu, eksperymentowaniem na własnym ciele i sprawdzeniem jego granic bólu.
Z jednej strony Madsen jest brutalnie szczery i w przedstawianiu tematów, a niektóre archiwalne zdjęcia aż bolą. Unika jednak taniej prowokacyjności oraz szoku. Wrzuca na głęboką wodę (w pierwszej scenie mamy chociażby podwieszającego się nastolatka), ale jak się później okazuje – jest to w pełni uzasadnione. Mnogość tematów, takich jak poezja, religia, rytuały, HIV, szamanizm, etyka zaskakująco w ogóle nie męczy. Wszystko płynnie wiąże się tu z drugim, tworząc sensowny obraz. Amerykańskiemu reżyserowi udało się w przekonujący sposób temat abstrakcyjny i kontrowersyjny przybliżyć na tyle, że stał się koniec końców logiczny i zrozumiały. Wszyscy bohaterowie po stu minutach przestają być quasi-kosmitami i da się w pełni zrozumieć ich zachowania.
Rzecz jasna nie jest to film łatwy, ale wykonany pod każdym względem bardzo solidnie. Ciało do życia ciut słabiej działa jako biografia, gdyż w gąszczu różnych motywów i bohaterów, postać Fakira Musafara trochę się gubi. Doceniam muzykę, dźwięk i pomysły montażowe, jednak w pewnym momencie było ich trochę za dużo. Mimo tych wad, wytrzymałym zdecydowanie polecam. Sporo jest tu mądrych linijek, spostrzeżeń ciała jako poezji, jako stanu duszy i jego płynności. Ciało jest gliną, z której można coś ulepić i uciec od świata. To też historia o ludziach, idących w kierunku zupełnie innym od tego narzuconego przez świat. Nawet mimo lekkiej laurkowości i wybiórczości (w przedstawionej społeczności jest tylko dobro, zło pochodzi jedynie ze świata zewnętrznego) gratuluję Angelo Madsenowi udanego projektu.
Ocena: 7/10
Wariacja na temat (d. Jason Jacobs, Devon Delmar, RPA, 2026) – sekcja Odkrycia
Jury festiwalu w Rotterdamie słusznie wyróżniło Wariację na temat Tygrysem, a więc najważniejszą nagrodą. Sporo filmów festiwalowych na wszelakie ważne tematy ma problem z tym, że są za wolne, za długie i w swojej mądrości zbyt pokrętne. Twórcy takich właśnie nie do końca udanych dzieł powinni dzieło południowoafrykańskiego duetu obejrzeć.
Jak wskazuje zresztą opis filmu, jest to opowieść o stracie, rozłożona na kilka wariacji w obliczu utraty ojca na wojennej służbie, a później pieniędzy, które miały ją zrekompensować. Nie ma tutaj jednak nadmiernego epatowania rozpaczą, za to sporo nadziei oraz humoru, które mimo wszystko nie opuszczają ludzi. Tak samo jak główna bohaterka przez swoje przywiązanie nie opuści biednej ziemi. To przyziemny i szczery obraz człowieka.
Kamera ani na chwilę nie opuszcza swoich bohaterów oraz łagodnie obserwuje ich codzienność oraz ich próby utrzymania harmonii mimo niedogodności. Stąd też elementy spirytualistyczne i marzenia, będące mechanizmem obronnym. Życie to wieczne trwanie i czekanie, a w momencie, w którym trudno to znieść, zawsze można popaść w eskapizm i zamknąć oczy.
Wariacja na temat to film bez wielkiego, misyjnego patosu, choć nadal mądry. Tym samym (w połączeniu z ładnymi zdjęciami i muzyką) perfekcyjnie trafił w moją wrażliwość. Choć szczerze – pobyłbym z tymi bohaterami dłużej niż 63 minuty.
Ocena: 8/10
Biały ślimak (r. Elsa Kremser, Levin Peter, Austria, 2025) – sekcja Odkrycia
W Białym Ślimaku dwójka Białorusinów – Marya Imbro i Mikhaił Senkow odgrywa samych siebie. Mam słabość do filmów z nietypowymi relacjami romantycznymi, a ta do takowych zdecydowanie należy.
Film austriackiego duetu jest jedną z bardziej fascynujących rzeczy, jakie widziałem w tym roku w ogóle. Jest piękny i brzydki. Absurdalny i smutny. Kojący i brutalny. Ona jest zafascynowana nim i jego mocno niepokojącą sztuką, a on chce jej pokazać swój świat. To nie tylko zderzenie dwóch przeciwległych biegunów (modelki i balsamisty w domu pogrzebowym), ale też charakterów wewnętrznie rozdartych i sprzecznych. Obaj przechodzą terapię, poprzez oswajanie się ze śmiercią. Staje się ich przyjacielem, zapraszają ją do życia i stopniowo przestają jej się bać. Poszukują zarazem czegoś, co da im ukojenie. I choć nie wiadomo do końca czego… oddalają się od celu i popadają w zachowania (auto)destrukcyjne. Masha przechodzi okres dojrzewania i bunt od nowa, co odbije się też na Mishy, który był do tej pory zamknięty w czterech ścianach, jedynie ze swoimi obrazami.
Sam nie wiem, czy jest to film tak głęboki, że wymagałby ponownego seansu, czy ma być odbierany powierzchownie i sprawiać wrażenie nieuporządkowanego, czy to jest po prostu lekki bełkot. Odkrywanie psychologii bohaterów było tak czy inaczej wymagającym wyzwaniem i w momencie, w którym wydawało się, że wiadomo o co chodzi, zaraz pojawiała się scena, która wszystkim moim odkryciom przeczyła. Z pewnością jednak jest to dzieło, w których występują wszystkie gradienty estetyki, witalności, subtelności, nadziei, miłości i sacrum.
Nie chcę takich ciężkich filmów oglądać codziennie, ale trochę częściej – owszem. Można by się tu doczepić tego, że się dłuży, że metafory na szybko i toporne, że bohaterka jest trochę antypatyczna, jednak ja tę całą liryczność kupiłem. Obaj aktorzy spisali się ponadto świetnie, a całość nie zrobiłaby na mnie aż takiego wrażenia, gdyby nie wyśmienita oprawa audiowizualna. Bo choć bohaterowie są wewnętrznie skonfliktowani, Biały ślimak jest zrealizowany z imponującą precyzją i reżyserskim wyczuciem. Piękny kolaż i bezprecedensowa historia romansu z prosektorium.
Ocena: 7.5/10
Zmartwychwstanie (r. Bi Gan, Chiny, 2025) – sekcja Sezon
Naczytałem się bardzo dużo pozytywnych rzeczy o filmie Bi Gana, obejrzałem zwiastun, miałem sporo oczekiwań (a co za tym idzie sporo obaw o zawód), a jednak nie tylko podzieliłem zachwyty, ale mocno się zaskoczyłem.
Spodziewałem się bardziej laurki czysto wizualnej, przez estetykę, która towarzyszyła filmom od samego początku ich tworzenia. Jest to oczywiście doskonale nakręcony i zmontowany film, nie ma jednak aż tak brawurowych rozwiązań, jak tych z Długiej podróży dnia ku nocy, którego główną siłą jest jedno godzinne ujęcie znikąd. Problem z poprzednim filmem Bi Gana z 2018 mam taki, że oprócz owego one-take’a nie ma w nim zbyt wiele więcej. W Zmartwychwstaniu jest z kolei ogrom emocji, treści, symboliki i mądrości. Jakby przez poprzednie dwa filmy chiński reżyser nabierał rozpędu, aż stworzył dzieło w każdym stopniu spełnione.
Trudno mi znaleźć odpowiednie słowa by opisać, czym jest 狂野时代 (tytuł oryginalny). Laurką dla kina? Podróżą przez historię kina Chińskiego? Filozoficzną rozprawą o estetyce, człowieku i jego relacjach ze sztuką? A jeszcze trudniej jest oddać moje wrażenie po seansie. Jest to jeden z filmów, po obejrzeniu których będę patrzył na kino w zupełnie inny sposób. I na siebie także. Za pomocą szkatułkowej narracji reżyser przenosi nas w podróż różnorodnych obrazów, ale także różnorodnych emocji. Ten film się nie tylko ogląda, ale też czuje każdym swoim zmysłem. Cieszy ponadto to, że poezja i filozoficzne rozważania nie są ani zbyt banalne (a przez co nieudolnie głębokie), ani na tyle zagmatwane i niejasne, by móc je określić mianem pretensjonalnych. Jestem absolutnie przekonany tego, że znajduje się tutaj ogrom mądrości i to bez konieczności odczytywania każdej z metafor i każdego z wierszy osobno.
Zadziwiający, różnorodny seans, który robi piorunujące wrażenie i porusza jako całość, ale w którym każdy znajdzie ulubioną część dla siebie. Bo są tu i opowieści z historią Chin i buddyzmu w tle, jest romans (jak z Bestii Bonello), kryminał, musical, są też jak najbardziej momenty zabawniejsze. Zmartwychwstanie potrzebuje chwili, by się rozwinąć, ale koniec końców był to jeden z filmów, które zapamiętam na całe życie. Bo w zasadzie mógłby to być spokojnie ostatni film, jaki kiedykolwiek obejrzę, zastanawiając się, jak w ogóle powstał. Kto wymyślił te historie, kto zrobił tę scenografię i jak Jackson Yee zagrał pięć postaci jednocześnie? Trudno uwierzyć, a widziałem przecież sporo.
Ocena: 9/10













