Filmy,Patronat,Recenzje

Sztuka tajemnicy – Giuseppe Capotondi – „Obraz pożądania” [recenzja]

obraz pożądania
obraz pożądania

Obraz pożądania dziś trafił do kin. To film, który z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim tym, którzy poszukują pierwszorzędnego aktorstwa, dobrze uknutej intrygi, bohaterów, którzy nie zachowują się jak idioci, i odpowiednio dawkowanych emocji. To opowieść o brzydkich cechach naszego charakteru, które wychodzą na jaw, gdy pragniemy czegoś bardziej, niż powinniśmy. W tym konkretnym przypadku jest to opowieść o pewnym krytyku sztuki, który dla sławy, bogactwa i szacunku w branży jest w stanie posunąć się do ostateczności. Gdy tylko otrzymuje zaproszenie od ekscentrycznego milionera do spędzenia czasu w jego letniej posiadłości, podskórnie przeczuwa, że kryje się za tym znacznie więcej. Na miejscu dowiaduje się, że jeśli zdoła wykraść obraz pewnego legendarnego w środowisku sztuki malarza, milioner uczyni naszego bohatera sławnym i bogatym. 

Włoski reżyser Giuseppe Capotondi, odpowiedzialny dotąd za takie produkcje, jak Stacja Berlin czy Suburra, podjął się zekranizowania powieści Herezja oranżu palonego Charlesa Willeforda i śmiało można uznać, że wyszedł z tej próby obronną ręką. To dzieło, które rasowym thrillerem może nie jest, a na pewno daleko mu do schematów ogranych w Hollywood, ale cały czas wspominam o tym w kontekście zalet. To na wskroś europejskie kino, dość stonowane i spokojne, z bardzo nieśpiesznie rozwijaną fabułą, ale nastawione przede wszystkim na zagadkę, niewiadomą, to nieuchwytne „coś”, co nie daje spokoju bohaterom.

Obraz pożądania ma rewelacyjne otwarcie. Wykład głównego bohatera, Jamesa Figuerasa, skutecznie przykuwa do ekranu i daje wgląd w to, jakiego człowieka przyjdzie nam obserwować przez najbliższych kilkadziesiąt minut. Sposób, w jaki opowiedział historię nijakiego, dziecinnego wręcz obrazu diametralnie zmienił podejście wszystkich obecnych na sali amatorów malarstwa. Jak się później przyznał zgromadzonym – wszystko zmyślił,  żeby udowodnić swojej widowni, że odbiór dzieła bardzo często zależny jest od tego, jak o nim mówią krytycy. Po tej wyśmienitej scenie napięcie zostaje uśpione warstwami obyczajowymi, jednak to nie jest tak, że znika ono całkowicie. Zarówno romans z ponętną Berenice utkany jest z niedopowiedzeń i wzajemnych wątpliwości, jak i spotkanie z milionerem pełne jest niepewności. Finałowy akt to klasa sama w sobie, jeśli chodzi o oddanie emocji. W pewnym momencie wszystkie budowane skrupulatnie fasady i scenariuszowe „przeszkadzajki” ulegają zniszczeniu i doświadczamy czystej, nieskrępowanej niczym akcji. Wydarzenia ekranowe przerażają, odpychają i napawają obrzydzeniem, ale właśnie te „złe” emocje przykuwają nas do ekranu.

Obraz pożądania aktorstwem stoi. Pierwsze skrzypce gra tutaj duet Claes Bang oraz Elizabeth Debicki i nie jestem w stanie stwierdzić, kto wykonał lepszą pracę. Jako postać bardziej zaintrygował mnie James Figueras z całą tą swoją manierą pyszałkowatego, utkanego z nałogów małostkowego człowieka, który dla osiągnięcia celu jest w stanie dokonać rzeczy naprawdę obrzydliwych.  Nie do końca jednak rozumiałem i przyjmowałem sposób zachowania Berenice. Kobieta wykreowała wokół siebie niepotrzebną aurę tajemnicy, zupełnie jakby chciała nadać swemu życiu głębsze znaczenie, co w oczach widza niebezpiecznie zbliżyło ją do wizerunku femme fatale, a przecież w tym duecie to ona była tym jaśniejszym elementem. Drugi plan wypełnili Mick Jagger oraz Donald Sutherland. Ten pierwszy miał najmniej czasu ekranowego, ale gdy tylko się na nim pojawił, zdominował towarzyszących mu aktorów. W bardzo krótkim czasie potrafił wydobyć ze swojego bohatera nuty pozytywne, jak i negatywne. Z kolei Sutherland, przyjmując rolę legendarnego malarza, który świadomie zniknął z artystycznej, sceny zdołał stworzyć postać jednocześnie zniechęconą światem, opanowaną, odrobinę uszczypliwą, jak i serdeczną i posiadającą ogromną wiedzę. To taki odpowiednik starszego dziadka, którego każdy w młodości chciałby mieć. Na koniec warto także wspomnieć o bardzo dobrym, bardzo wymownym operowaniu niektórymi symbolami, jak choćby wielokrotnie podkreślaną w niektórych scenach muchą.

Obraz pożądania to bardzo mocna propozycja na jesień 2020 roku. To jedna z tych produkcji, która pod względem technicznym cieszy oczy i uszy, ponieważ dobrana do filmu muzyka nie dominuje, ale prawidłowo wypełnia przestrzeń poszczególnych kadrów. Sprawna ręka reżysera nadaje filmowi odpowiednio wyważony ton – mamy czas zarówno na zachwycenie się obłędnymi, włoskimi plenerami, jak i na uważne śledzenie fabularnych niuansów. To ten typ produkcji, który równie dobrze będzie się oglądało po raz drugi i trzeci. Nawet mimo znajomości najważniejszych twistów.

Fot.: Best Film


Przeczytaj także: 

Recenzja filmu Nić widmo

Podobne wpisy:

Reżyseria7.5
Scenariusz8
Aktorstwo9
Kwestie techniczne8
Emocje
8Ocena ogólna

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *