Curry Barker grzecznie zapukał do drzwi, za którymi żyją sobie filmy grozy, po czym z pełną elegancją wyważył je kopniakiem. Obsesja to jeden z tych filmów, na który w zasadzie nikt nie czekał, ale zaraz po premierze trafił on na usta szerokiej publiki. I to nie dlatego, że budzi kontrowersje albo wojny podjazdowe wśród fanów horrorów – jak nigdy wydaje się, że opinia widzów i krytyków jest zgodna: Obsesja to świetny film, do którego trudno się przyczepić. I aż nie chce się uwierzyć, że taki kinowy sukces otrzymaliśmy od gościa, który swoją karierę zaczynał od komediowych skeczów na YouTube.
Mam tym większe uznanie dla scenariusza Curry’ego Barkera, ponieważ opowiedziana historia brzmi jakby żywcem wycięta z jakiegoś zapomnianego tekstu Stephena Kinga. Fabuła Obsesji ma kilka kamieni milowych, które są charakterystyczne dla literatury Króla Grozy: najpierw poznajemy nieszczęśliwie zakochanego młodzieńca, który ponad wszystko pragnie miłości swojej faworytki serca; przypadkowo odnajduje w sklepie z ezoteryką dziwną zabawkę niby-to-spełniającą-życzenia i w przypływie frustracji jej używa; o dziwo przedmiot emanuje obiecaną na ulotce mocą, ale później nadchodzi piekło i ogromny żal co do podjętej decyzji. Wszystko wieńczy godny Kinga finał, w którym z jednej strony obserwujemy zatrzymanie tej karuzeli potworności, z drugiej wiadomo, że nic już nie będzie takie samo.
Nie chcę jednak, abyście odnieśli wrażenie, że to bardzo banalna historia, chociaż taka się wydaje na pierwszy rzut oka. Myślę nawet, że właśnie dzięki tematyce damsko-męskiej publika tak łatwo mogła się zidentyfikować z problemami głównych bohaterów i wczuć w ich sytuację. Gdy obserwujemy nieporadne podchody Beara w stosunku do Nikki, najpierw robi się nam przykro; gdy ezoteryczna zabawka okazuje się działać, w pierwszej sekundzie miałem ochotę mu pogratulować. Tylko że po chwili dotarła do mnie powaga sytuacji i koszt, jaki chłopak poniesie za spełnienie swojego życzenia. A może raczej klątwy?
Dalsze kroki, jakie nastąpią w tej historii, nie były trudne do przewidzenia. Jednak etapy, w których dochodzi do krwawej kulminacji mimo wszystko mnie zaskoczyły. W Obsesji początkowo mamy ochotę bagatelizować nagłą odmianę, która zachodzi w Nikki. Zachowuje się trochę nieracjonalnie, często zmienia zdanie albo własny nastrój, jest nazbyt zaangażowana w życie Beara – i uwierzcie mi, że od publiczności w kinie często słychać było śmiech i komentarze, że „przecież to normalne zachowanie kobiety” albo „one już tak mają”. I żeby nie było, że szowinizm – podobne reakcje można było zauważyć również u obecnych na sali kobiet. To przerysowane zachowanie Nikki było trochę komiczne, ale Curry Barker świetnie tym manipuluje – gdy wydaje się, że zachowanie partnerki Beara jest niedorzeczne, wtedy na scenie staje groza. Zachowanie kobiety zaczyna być coraz bardziej nieprzewidywalne, kompulsywne i zaborcze, a tam gdzie mogłaby grać pierwsze skrzypce zwykła zazdrość, pojawia się również jakiś wątek nadnaturalny, który z Nikki tworzy postać tragiczną, działającą wbrew swojej woli. Wtedy już dowcipkowanie na sali się skończyło.
Parę słów o wątku magicznym, bo on w Obsesji też robi świetną robotę. Ponownie muszę się odnieść do pióra Stephena Kinga, bo podobnie jak u niego, Curry Barker postanawia trochę zwodzić widza o co właściwie tu chodzi. Uwielbiam te drobne poszlaki, które pojawiały się w trakcie seansu z czym właściwie mamy do czynienia. I gdy parę razy wręcz ordynarnie pokazuje nam, że przedmiot użyty przez Beara wcale nie jest zabawką ani jakimś przypadkowym zbiegiem okoliczności, to groza w Obsesji jeszcze bardziej się pogłębia. Wątek obłędnej niesamowitości tego, co zaszło nagle w życiu Beara i Nikki w filmie ciągle nabiera rumieńców i ani chwili nie pozwala się nudzić. Zachowanie kobiety staje się coraz bardziej niebezpieczne (swoją drogą, Inde Navarrette tą rolą zrobiła ogromne wrażenie!), chłopak już żałuje swojego życzenia, a to niestety prowadzi do kolejnego etapu dramatu – Bear nie może tak po prostu od niej odejść.
To, jak Curry Barker poradził sobie ze zwieńczeniem filmu zasługuje na ukłony. Wszak właśnie finał potrafi sprawić, że w oczach publiczności horror jest jednak rozczarowaniem. A Obsesja kończy się bardzo dynamicznie i dramatycznie, jeszcze na napisach końcowych zostawiając widownię z poczuciem dyskomfortu i żalem, że to już koniec. Ten film to wybitny przykład na to, że potrzebujemy nowej krwi w kinie grozy i wciąż można zachwycić w tej kategorii od początku do końca. Z niecierpliwością czekam na kolejne produkcje Curry’ego Barkera, bo facet ma niewątpliwie talent do trzymania widowni w napięciu.
Fot.: United International Pictures Sp z o.o.
PS. Na film wybraliśmy się dzięki Cinema City.










