Muzyka,Wywiady

Od początku mieliśmy wizję bycia czymś więcej niż tylko zespołem muzycznym – wywiad z Krzysztofem Podsiadłą i Jakubem Puszyńskim z zespołu Abstrakt

abstrakt
abstrakt

Poznaniacy z Abstrakt mocno namieszali, wydając na początku roku swój debiutancki krążek Limbosis. Z tej okazji porozmawiałem z wokalistą grupy Krzysztofem Podsiadłą i basistą Jakubem Puszyńskim. Panowie uchylili rąbka tajemnicy odnośnie płyty, a szczególnie kilku sztuczek, jakie zaprezentowali na niej. Innych tematów również nie zabrakło, jak na przykład najbliższa przyszłość, która z pewnością ucieszy fanów grupy. Zapraszam do lektury.

Mocno weszliście na polską scenę, powiedzmy ogólnie, rocka progresywnego. Pojawiły się recenzje, gdzie albo dostaliście maksymalną, albo bliską maxowi ocenę. Powiem szczerze, że ostatni raz tak mocne wejście widziałem, gdy swój debiut wydali Indukti. Spodziewaliście się takiego przyjęcia?

Liczyliśmy na to, ale który muzyk nie wierzy w wartość i wyjątkowość swojego dziecka? Nam się udało, jesteśmy z tego powodu bardzo wdzięczni i dumni.

Przyznam się, że przy pierwszym odsłuchu Limbosis pierwsze skojarzenie pojawiło mi się właśnie z zespołem Indukti, jednak wydajecie się trudni do jednoznacznej kategoryzacji. Chyba zagraliście na nosie wielu krytykom muzycznym?

Mamy taką nadzieje (śmiech). Styl Abstraktu nie jest w żadnym stopniu wymuszony czy nawet inspirowany. Korzenie zespołu liczą już naprawdę wiele lat. Michał Fiałka, Łukasz Simiński i Jakub Puszyński grają razem od czasów starożytnych. Ostatnie lata to tak naprawdę rewolucja mocnych korzeni. Krzysztof Podsiadło i Maciej Dados reprezentują nieco inny styl i to prawdopodobnie dzięki temu udało się zbudować obecną, trudno definiowalną muzykę.

Opowiedzcie o nagrywaniu płyty. Jak powstawała? Co było inspiracją do jej powstania?

Jako że jest to nasz pierwszy album, mamy tutaj wieloletnią zbieraninę wszelakich pomysłów: riffów, tekstów, nawet gotowych utworów. Na pewnym etapie pojawił się pomysł na koncept album. Wymagał on dość drastycznego przearanżowania istniejących utworów, część z nich odeszła bezpowrotnie w zapomnienie, pojawiły się również nowe, takie jak np. Wolf, który powstawał jeszcze w trakcie prac studyjnych. Inspiracją do wydania albumu była pewnie nasza muzyka, z którą świetnie się bawimy.

O czym jest płyta Limbosis? Wszak w zapowiedziach prasowych czytamy, że zabierzemy was do świata, w którym jeszcze nie byliście. Przybliżcie, proszę, czytelnikom koncept płyty.

Głównym tematem Limbosis jest poznanie i akceptacja samego siebie poprzez przełamywanie bariery między tym, jak chcemy siebie widzieć a tym, jak jest. Walka z własnymi słabościami, błędami postrzegania i usprawiedliwieniami, osadzona w konwencji koszmaru.

Nazwa krążka została zaczerpnięta z mitologii chrześcijańskiej. Co oznacza dla Was termin „limbosis”?

Limbosis to podróż przez Limbo czyli sferę dla tych, którzy zostali osądzeni i skazani za grzech pierworodny. Dla nas jest nim wychowanie, które w dużej mierze definiuje przyszłe życie. Każdy jest w jakimś stopniu niewolnikiem przeszłych zdarzeń i żyje w swoim prywatnym Limbo, nie każdy jednak wie, że da się z niego wyjść.

Wasza muzyka jest w wyrazie mocno eklektyczna, z każdą sekundą słuchacz może się spodziewać zmian tempa, nastroju czy riffów. Zagraliście kawał świetnej, wciągającej muzyki. Zaintrygowała mnie ponadto jeszcze jedna rzecz, a mianowicie chór dziecięcy w Clockhouse. Skąd pomysł na umieszczenie tam właśnie chóru dziecięcego?

A jak Ambicja. Abstrakt od początku posiadał wizję bycia czymś więcej niż tylko zespołem muzycznym. Oczywiście ograniczenia, których nie byliśmy w stanie przeskoczyć, nie pozwoliły nam na stworzenie profesjonalnego tworu będącego mieszanką np. kina i muzyki. Nie należy się więc dziwić, że tworząc materiał, chcieliśmy, aby była to jak największa produkcja. 42-osobowy chór dziecięcy z Kwilcza, pozostali goście oraz wielogodzinne walki z układaniem sampli to kilka przykładów. Stąd również kooperacj z artystką Beatą Hudeczek oraz kamerzystą Krzysztofem Karisem. Mamy nadzieję, że nasz „zespół” i możliwości będzie rósł.

Na płycie gościnnie wystąpił Grzegorz Skowron grający na instrumencie o tajemniczej nazwie – Didgeridoo. Co to za instrument?

Usłyszeć go można na początku utworu Bloody Mary! Jest to aborygeński instrument dęty pojawiający się w muzyce plemiennej Australii.

Journey za to zaprezentowaliście własny instrument nazwany kalimba. Opowiedzcie proszę o nim. Jak powstał?

Kalimba to afrykański instrument ludowy, którego bazą jest drewniana deska/podstawa i różnej długości kawałki metalu. Została wykonana przez jednego z członków zespołu na jednym z warsztatów tematycznych w poznańskim Zakładzie.

Na Waszej stronie internetowej przeczytałem, że przy nagrywamiu utworów Teratoma Journey  zastosowaliście technikę binauralną, mówiąc inaczej – polegająca na tworzeniu dźwięku 3D. Możecie rozszerzyć ten temat?

Do tego celu zastosowaliśmy specjalne urządzenie, które swoim kształtem przypomina ludzką głowę. W każdym uchu z wiernie odwzorowaną małżowiną uszną znajduje się mikrofon. Takie urządzenie pozwala na rejestrację dźwięku, który odtworzony na słuchawkach, w pełni odwzorowuje doznania przestrzenne, w jakich znajdowało się urządzenie rejestrujące.  Robi to takie wrażenie, że podczas nagrań i odsłuchań w tych samych lokalizacjach oglądaliśmy się za „otwierającymi drzwiami”, czy odpowiadaliśmy koledze „zadającemu” pytanie.

Plany na najbliższą przyszłość? Koncerty?

Mamy kilka w zanadrzu, jest to jednak trudny temat, terminy i miejsca nie są jeszcze w 100% pewne. Na pewno pojawimy się w kilku miastach w Polsce, m.in. w Łodzi, Koninie, Wrocławiu czy Poznaniu. Z drugiej strony, intensywnie pracujemy nad kolejnym albumem. Tworzymy właśnie świat, w którym będą toczyć się wydarzenia, powstają kolejne minuty muzyki i teksty. Oczywiście na gotowy album przyjdzie nam jeszcze długo czekać.

Dziękuję za wywiad!

Fot.: cantaramusic.pl.

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub pozar.j@gmail.com