Muzyka,Relacje,Wydarzenia

OFF Festival 2018: Marlon Williams, Daniel Spaleniak, Grizzly Bear – dzień trzeci, 5 sierpnia [relacja]

OFF Festival to wydarzenie, które wymyka się wszelkim ramom, opierając się na dźwiękach, których jednoznacznie nie da się sklasyfikować i z line-upem ułożonym tak, by sprzyjać odmiennym doznaniom muzycznym. Perfekcyjna organizacja jak zwykle pozostawia jedną kwestię, z którą można się borykać, czyli: który zespół wybrać? Tegoroczni artyści to między innymi: The Brian Jonestown Massacre, M.I.A., Bishop Nehru, Charlotte Gainsbourg, Aurora, Ariel Pink, Zola Jesus i Marlon Williams. Pierwsza edycja festiwalu odbyła się w roku 2006 na terenie kąpieliska „Słupna” w Mysłowicach, a od roku 2010 wydarzenie to gości w Katowicach. Dyrektorem artystycznym OFF Festivalu jest Artur Rojek, który dba o to, by fani szeroko pojętej alternatywy doświadczali niesamowitych muzycznych emocji. Nic dziwnego, iż OFF został umieszczony na liście 10 najlepszych festiwali muzycznych w Europie według brytyjskiego Guardiana. Postaram się przybliżyć Wam to, co dzieje się podczas trzynastej już edycji i spróbować udowodnić, iż Guardian się nie mylił.

Trzeci dzień offfestiwalowy rozpoczął od występu na Scenie Miasta Muzyki Daniel Spaleniak, prezentując repertuar z płyt Life Is Somewhere Else, Dreamers czy Back Home. Połączenie gitar, skrzypiec i perkusji wprawiało w nieco melancholijny klimat, łączący w sobie bluesa, folk i alternatywnego rocka. W połowie koncertu na scenie pojawiła się Kasia Kowalczyk z zespołu Coals, by zaśpiewać z Danielem Lonely Nights oraz Back Home, na które w szczególności czekałam i… nie zawiodłam się. Połączenie tych ciekawych głosów dało niesamowity efekt. W pełnym słońcu większość odbiorców spoczywała na zielonej trawie, a część przyglądała się występowi stojąc tuż przy barierkach. Warto wspomnieć, iż muzyka Daniela pojawia się w soundtrackach amerykańskich seriali, o czym opowiedział tego samego dnia w czwórkowej audycji OFF Control (TUTAJ możecie posłuchać jej pierwszej godziny, w której gości artysta).

W drodze na koncert zdecydowanego headlinera dnia trzeciego, czyli Marlona Williamsa, miałam okazję usłyszeć ARRM z Sosnowca, którzy zaproponowali post-metalowe, ambientowe i instrumentalne dźwięki. Na czele grupy ze Sceny Leśnej stanął Artur Rumiński, który na OFF Festivalu gościł już wcześniej, zasilając skład Furii oraz Thaw. Perkusyjne zdolności prezentował Michał Leks, na basie grał Rafał Miciński, a na klawiszach Maciej Śmigrodzki. Gdyby koncerty te nie pokrywały się, na pewno zostałabym przy ich twórczości na dłużej… Jednak festiwal to sztuka dokonywania wyborów.

Czas wspomnieć o jednym z najlepszych koncertów tegorocznego OFF-a. Zacząć jednak należy od dwunastominutowego spóźnienia, z jakim Marlon Williams z zespołem pojawili się na Scenie Trójki. Wynikło ono z utrudnień związanych z komunikacją w trakcie Tour de Pologne, który akurat tego dnia miał miejsce w Katowicach, o czym opowiedział Artur Rojek we wspomnianej wcześniej audycji radiowej (tego posłuchacie TUTAJ, w jej drugiej godzinie). Marlon wszedł na scenę z gitarą akustyczną, zaczął czarować odbiorców swoim niesamowitym głębokim głosem, a w tym czasie zespół rozkładał się na scenie. Trwało to dwa utwory i przyznać należy, iż mimo trudności, jakie związane były ze spóźnieniem, artyści poradzili sobie ze wszystkim bardzo profesjonalnie. Charyzmatyczny Nowozelandczyk nawiązał fantastyczny kontakt z widownią, a pełne emocji piosenki z płyty Make Way For Love chyba nie mogły wybrzmieć lepiej. Krążek ten opowiada o rozpadzie związku z Aldous Harding, a płynąca ze sceny szczerość sprawiała, że nie dało się nie wierzyć w słowa, które wyśpiewuje artysta. Pewne jest jedno: to poruszające widowisko mogłoby trwać bez końca.

I cannot explain, emotions I can barely afford to contain
You’re the same, you hide away from anything that turns you on
Nobody gets what they want anymore

Na Scenie Leśnej zagościł elektroniczny duet: basista Kuba Tracz i wokalista Igor Walaszek, czyli Bass Astral x Igo. Ich live act należał do wyjątkowo energicznych i choć sama słyszałam jedynie początek tego występu (raczej niewiele różniący się od open’erowego), Zuzia (która relacjonowała tegoroczny Intro Festival) i Magda, uznały, iż należy podsumować go słowami: elektronika na światowym poziomie.

Na głównej scenie zagościł kurator trzeciego dnia tegorocznej Sceny Eksperymentalnej – Ariel Pink. Wcale nie miał charakterystycznych różowych włosów, ani różowej koszuli, za to zaczął od stwierdzenia, że jest w złym humorze. Czy mogło to zwiastować coś dobrego? Ulegało to wątpliwości. Pink sącząc drinka, bardzo wolno przemieszczał się po scenie, raz mrucząc, raz krzycząc do mikrofonu. Wydawał się być pod wpływem substancji odpowiadających za widoczne otumanienie. Jako pierwsze wybrzmiały Hardcore Pops Are FunRevenge of the Iceman (przy niej można było poskakać i pokrzyczeć razem z Arielem), nie zabrakło też Time to Live, Another Weekend czy Feels Like Heaven. Na szczęście muzycy dali radę i jeżeli coś ratowało ten występ, to właśnie tło dźwiękowe i znany repertuar. W tłumie krążył też Marlon Williams (czy to też ratowało Ariela ocenić mogą ci, którzy zwracali większą uwagę na Williamsa niż na scenę…). Na pewno było to dość dziwaczne show, jednak nie okazało się ostatnim zaskoczeniem, które wywołał Amerykanin. O 22:55 miał zagościć na Scenie Eksperymentalnej w zastępstwie Gary’ego Wara, ale jego występ polegający na puszczaniu piosenek i przełączaniu ich w połowie, zakończył się po około dwudziestu minutach. Ciekawe widowisko (przez wielu wyróżniane jako jedno z najlepszych) stworzyła Big Freedia – drag queen i raperka z Nowego Orleanu, która poza bounce’em uczyła publiczność twerkingu. Na zakończenie występu wszyscy wspólnie odśpiewali I Will Always Love You Whitney Houston, co roznosiło się również po strefie gastronomicznej.

Na Scenie Miasta Muzyki pojawiła się Kapela ze Wsi Warszawa prezentująca re:akcję mazowiecką, zachwycając przy tym wspaniałym dopracowaniem szczegółów, wielością instrumentów i pięknem głosów. W przerwach między utworami członkowie grupy dzielili się opowieściami o swej historii i Mazowszu, a także podkreślali, iż śpiewa się po to, aby się zjednoczyć.

Zola Jesus w czerwonym, zwiewnym stroju stworzyła mroczne widowisko, silnym głosem prezentując materiał z płyty Okovi, dotykający tematów depresji i śmierci. Muzycznie wprowadzała w trans, by przerywnikami w postaci przemówień wybudzać z niego słuchaczy. Żałowałam, że nie było mi dane w pełni uczestniczyć w tym hipnotycznym rytuale na Scenie Leśnej. Grizzly Bear zakończyli festiwalowe koncerty na głównej scenie, prezentując nastrojowe, indie rockowe numery, do których błyskały kolorowe światła. Wystrój sceny z pomiętej tkaniny był przyjazny dla oka, a kwartet z Brooklynu zagrał perfekcyjnie, gromadząc tym samym sporą ilość fanów pod sceną. W setliście zagościły przeboje takie jak Two Weeks, Ready, AbleMorning Sound. W tym samym czasie w namiocie Trójki grała Or:la – producentka i DJ-ka łącząca w swej muzyce elementy dubstepu, garage i house’u. Odwiedziłam ją tylko na chwilę (Grizzly Bear bezsprzecznie wygrali), by zobaczyć bawiącą się dobrze publiczność. Jeżeli ktoś miał ochotę na ostateczne wytańczenie festiwalowej energii, miał ku temu możliwość właśnie przy secie Brytyjki.

Tegoroczny OFF Festival przeszedł do historii i jestem przekonana, że u wielu będzie budził jedynie pozytywne wspomnienia. To niesamowite okoliczności przyrody, sceny wśród drzew i przyjemne miejsca do odpoczynku, takie jak leżaki czy łóżka, a także ogromny wybór w strefie gastronomicznej. OFF wydaje się być najczystszym z festiwali (równie czysto jest na Halfwayu, który zalicza się jednak do mniejszych przedsięwzięć) – nie da się po jego zakończeniu sfotografować trawy całkowicie usłanej śmieciami, jak w przypadku Open’era. Offfestiwalowa publiczność jest fantastyczna, o czym przekonałam się po raz kolejny. Poza koncertami w line-upie nie brakowało ciekawych wydarzeń, jak choćby panele dyskusyjne, czytanie z akompaniamentem czy słuchowiska na żywo w Kawiarni Literackiej, gdzie tematem przewodnim była “atmosfera czytania w domu”. Poza tym, warto było też odwiedzić katowickie Rondo Sztuki, w którym odbywała się wystawa nawiązująca do przenoszenia przez artystów muzycznych emocji w świat sztuki wizualnej, nakreślając muzyczną mapę doznań. Taką mapę każdy festiwalowicz zapewne nakreślał samodzielnie spacerując spokojnie między scenami w Dolinie Trzech Stawów. Należy w tym miejscu postawić pytanie: czy warto wybrać się na OFF Festival za rok? Z pewnością! Sama czekam na kolejną edycję z niecierpliwością. Zostaje mi na zakończenie powtórzyć zdanie sprzed roku: Artur Rojek po raz kolejny spisał się na medal.

RELACJA Z DNIA PIERWSZEGO

RELACJA Z DNIA DRUGIEGO

Z Katowic relacjonuje Małgorzata Kilijanek.

Fot.: Małgorzata Kilijanek, Zuzanna Łapka

Pasjonatka kina, muzyki i literatury, a także sportu, w szczególności siatkówki. Filmowo ceni różnego rodzaju dramaty i filmy psychologiczne, a także kino niezależne. Muzycznie - głównie brzmienia alternatywne. W literaturze wybiera różnego rodzaju powieści, często o tematyce egzystencjalnej, psychologicznej, ale nie stroni od dzieł biograficznych i podróżniczych. Swoimi recenzjami dzieli się z czytelnikami Głosu Kultury.