Audiobooki,Książki,Recenzje

Nie ma dla zła świętości – M. M. Kuźmińscy – “Opowiem ci o zbrodni – 4 – Ludzie w autobusie” [recenzja]

ludzie w autobusie
ludzie w autobusie

Storytel oraz Crime&Investigation Polsat połączyli siły – kryminalne historie oparte na policyjnych oraz sądowych aktach zostały zaprezentowane polskim pisarzom na co dzień zajmującym się tematyką zbrodni w swoich dziełach literackich. W efekcie tego w październiku zadebiutował niezwykły cykl Opowiem ci o zbrodni, łączący w sobie dokument w telewizji Crime&Investigation Polsat oraz serial audio w Storytel Polska.

 

Ludzie w autobusie to historia, o której już po pierwszych trzech minutach słuchania wiedziałam, że ją znam. Może kogoś, kto na co dzień zajmuje się tego typu historiami to nie zdziwi, bo jemu samemu wydaje się ona jedną z bardziej znanych, ale ja jeszcze do niedawna kompletnie nie interesowałam się takimi sprawami. Zmieniło się to kilka miesięcy temu, kiedy w zasadzie przez przypadek trafiłam na kanał Stanowo w serwisie YouTube, na którym pewna Polka mieszkająca w Ameryce (ten kanał polecałam w październikowych ulubieńcach, których znajdziecie TUTAJ) prowadzi między innymi serię zatytułowaną Kryminalnie. I, co tu dużo mówić, zafascynowały mnie takie historie. Prędzej czy później musiałam więc trafić również na tę przerażającą, niemieszczącą się w głowie historię, która wydarzyła się w Polsce jakieś 40 lat temu – a wydaje się, że do takiego czegoś mogło dojść tylko w zamierzchłych czasach bezprawia, samosądów i… przesądów.

Opowieść spisana przez Michała i Małgorzatę Kuźmińskich zaczyna się bardzo niewinnie i spokojnie – czy może być zresztą bardziej niewinna noc (przynajmniej dla większości ludzi) niż Noc Wigilijna? A od pasterki właśnie wszystko się zaczyna – pasterki, która odbywa się w pewnym kościele w pewnej niewielkiej wsi, gdzie wszyscy się dobrze znają, wszystko o sobie wiedzą i każdy każdego codziennie widuje. W kościele mieszczącym się w Połanicach tragiczna historia znalazła swój początek. A w zasadzie sama opowieść, bo historia i jej geneza, jak dowiemy się z czasem, miała swoje źródło dużo wcześniej… Wróćmy jednak do kościoła. To tam, będąca wówczas w piątym miesiącu ciąży, młodziutka Krysia, wyobrażała sobie, jak będzie wyglądać jej nienarodzone jeszcze dziecko. Obok niej stał jej mąż, Stanisław, a także dwunastoletni brat Krysi, Mietek. Wszyscy troje zginęli tej nocy – w sposób niezwykle brutalny, umierając w męczarniach. Podczas gdy nieświadomi niczego ludzie w innych miastach, innych wsiach, śpiewali pod nosem lub na głos uroczyste: Bóg się rodzi, ktoś inny umierał.

 W tej historii, historii znanej jako “sprawa połaniecka”, szokuje wszystko. Nie da się przejść obok niej obojętnie, co – znając wszystkie fakty, które w końcu wyszły na jaw – zakrawa o ironiczne niemal stwierdzenie. To, co wydarzyło się w nocy z 24 na 25 grudnia, w tak magicznym dla wielu ludzi czasie, nie mieści się w głowie… ani tym bardziej w sercu. Z coraz większym przerażeniem słuchamy Ludzi w autobusie i mogę sobie tylko wyobrazić, jak wielkiego szoku i wręcz obrzydzenia doznali ci słuchacze, którzy dzięki Storytel po raz pierwszy zetknęli się z tą sprawą. Ja wiedziałam, jak potoczą się wydarzenia, i znałam przerażające fakty, które wyszły na jaw w trakcie śledztwa, a mimo wszystko i tak nie mogłam w to uwierzyć – po raz kolejny raz słuchając o tym, co się wydarzyło w 1976 roku.

Narracja i sposób prowadzenia opowieści jest kompletnie inny w Ludziach w autobusie niż miało to miejsce w omawianym przeze mnie poprzednio Morderstwie na dziesiątym piętrze. I o ile w historii czytanej przez Olgę Bołądź, a spisanej przez Katarzynę Puzyńską, jako plus wskazywałam brak komentarza narratora, a jedynie przedstawianie faktów niczym w raporcie policyjnym (z drobnymi odstępstwami od normy, jak np. uprzedzanie faktów), o tyle tutaj zachwyciło mnie to, że pojawia się nie tylko ocieniający ton narratora, ale wręcz moralny komentarz i kierowanie (niekoniecznie wprost) pytań o charakterze etycznym do słuchacza. Tej historii nie dało się przedstwić inaczej, o czym zresztą wspomniałam już wcześniej – na takie coś nie pozostaje się obojętnym… choćby nie wiem co. Do sposobu, w jaki Michał i Małgorzata Kuźmińscy spisali tę niezwykle trudną i chwytającą za serce historię, idealnie zresztą został dobrany lektor, który ją czyta. Mariusz Bonaszewski najpierw wprowadza nas w wydarzenia tak, jak one wyglądały początkowo, a więc budując złudne wrażenie spokoju i  świątecznego nastroju; jego głos jest ciepły i wydaje nam się, słuchając go, że nic złego nie może się zdarzyć. Tak zapewne wydawało się również Kasi, Mietkowi i Stanisławowi, którzy wsłuchani w głos księdza radowali się wyjątkowym dla nich czasem w roku. Kiedy jednak opowieść zaczyna przybierać coraz mroczniejszy, coraz straszniejszy i coraz bardziej beznadziejny, tragiczny wydźwięk…. Głos aktora (choć nie zmienia się) nam wydaje się być głosem pełnym jakiegoś wewnętrznego żalu do wszystkich, którzy okazują się winni. A winnych jest więcej, niż możemy sobie wyobrazić. Lektor został dobrany perfekcyjnie i równie perfekcyjnie się spisał. Nie wyobrażam sobie, by ta historia – straszna i niemieszcząca się w głowie, jeszcze raz podkreślam – mogła zostać przedstawiona innym głosem, w innym tonie i w inny sposób. Zarówno Kuźmińscy, jak i Bonaszewski, zrobili wszystko, by wydarzenia z grudnia 1976 roku ożyły i wzburzyły słuchacza tak mocno, jak to tylko możliwe. Komentarz moralny, choć nienachalny, burzy krew, lecz dlatego, że jest tak wymowny i tak prawdziwy. A jest co oceniać, gdy słucha się lub opowiada o sprawie połanieckiej. Inaczej się nie da.

Ludzie w autobusie to to znakomicie napisana i rewelacyjnie przeczytana historia, ale tragiczna i zapadająca na długo w pamięci słuchacza. To opowieść o bezduszności i zemście, która nijak ma się do winy czy winowajców; o cierpieniu niewinnych i niewyobrażalnej znieczulicy, która potrafi opętać normalnych, dobrych ludzi. To z pozoru lapidarna opowieść, ale mieści w sobie bardzo wiele. Od brutalności i straconych żyć, przez zmowę milczenia i zaniedbanie, które w tym wypadku śmiało może być nazwane najgorszym z grzechów, na zabobonach i przedziwnej, niewytłumaczalnej wierze w przesądy i boską-nie-boską karę kończąc. Warto wysłuchać tej historii, bo choć przeraża i zadaje całe mnóstwo pytań o kondycję ludzkości, naszego zachowania i moralnych postępków, to również może być niesamowitym polem do dyskusji, z której, kto wie, być może wyniknie coś dobrego. W przeciwieństwie do tego, co spotkało Krysię, jej brata, męża i nienarodzone dziecko. Być może teraz, kiedy święta Boże Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami, nie jest to dobry czas na słuchanie tej opowieści, ale wtedy nikt nie pytał ofiar, kiedy chcą zginąć. Dla zła żadne święta i świętości nie istnieją. Niestety.

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".