Książka Paweł Sołtys to literackie zjawisko, które trudno zmieścić w prostych kategoriach. Monolok jest krótki – ledwie ponad sto stron – ale intensywny jak mocne espresso. To jedna z tych książek, które czyta się szybko, lecz zostają w pamięci na długo. Błyskotliwa, momentami zabawna, chwilami głęboko poruszająca, w swojej niepozornej formie okazuje się niezwykle przemyślana. Czysta czytelnicza przyjemność.
Jeśli ktoś powie, że to literatura, jakiej dziś potrzebujemy – trudno się z nim nie zgodzić. A jeśli uznać to za przesadę, to tylko niewielką. Monolok ma w sobie bowiem coś z książek, do których się wraca. I to nie raz.
Formalnie jest to monolog fryzjera z warszawskiego Grochowa. Jednak w rzeczywistości książka okazuje się wielogłosową opowieścią o ludziach, miejscach i pamięci. Bohater – gawędziarz, narrator, a może po prostu kronikarz codzienności – snuje historie zasłyszane, przeżyte lub wyobrażone. Jedna opowieść płynnie przechodzi w drugą. Koniec jednej staje się początkiem kolejnej. Całość przypomina tkaninę zszytą z różnych materiałów – a nicią, która je spaja, jest głos narratora.
W tych historiach próżno szukać sensacyjnych zwrotów akcji czy klasycznych point. Opowieści bywają urwane, niedopowiedziane, czasem pozbawione wyraźnego zakończenia. Jednak właśnie w tym tkwi ich siła. Sołtys pokazuje, że życie rzadko zamyka się w eleganckiej puencie. Częściej jest ciągiem zdarzeń, wspomnień i emocji, które nakładają się na siebie i tworzą niejednoznaczną całość.
Czytelnik, który w literaturze szuka prostych odpowiedzi lub wyraźnych morałów, może poczuć się zaskoczony. Monolok nie objaśnia świata – raczej go pokazuje. Natomiast jeśli ktoś akceptuje siłę literackiego zmyślenia i metaforyczne „odwoływanie śmierci”, czyli ratowanie ludzi przed zapomnieniem, znajdzie tu książkę niemal idealną.
Bo właśnie pamięć jest jednym z najważniejszych tematów tej opowieści. Narrator wierzy, że dopóki o kimś się mówi, dopóty ta osoba w pewnym sensie istnieje. Historie stają się więc formą ocalenia. To dzięki nim zwyczajni ludzie – sąsiedzi, znajomi z knajpy, klienci zakładu fryzjerskiego – zostają zapisani w literackiej pamięci.
Grochów, gdzie rozgrywa się większość opowieści, urasta w książce do rangi osobnego bohatera. Nie jest to jednak pocztówkowa Warszawa z folderów turystycznych. To raczej dzielnica z jej codziennością: knajpami, blokami, podwórkami i ludźmi, których życie rzadko trafia do literatury. Sołtys potrafi jednak dostrzec w tej zwyczajności niezwykłość.
Na kartach książki pojawiają się postacie barwne i zapadające w pamięć: dawni bywalcy barów, dziewczyny z sąsiedztwa, drobni kombinatorzy, starzy przyjaciele, a także zwierzęta – pies Uran czy gołąb srebrniak. Każdy z nich dostaje swoją chwilę, fragment opowieści, krótkie literackie życie.
Jednym z największych atutów książki jest język. Sołtys tworzy styl jednocześnie naturalny i niezwykle bogaty. Unika sztucznej stylizacji na warszawską gwarę, a zamiast tego buduje własny, charakterystyczny idiom. To język pełen nieoczywistych porównań, zaskakujących metafor i błyskotliwych obserwacji.
Autor bawi się frazą z ogromną swobodą. Zdania bywają rytmiczne, niemal muzyczne – co nie powinno dziwić, jeśli pamięta się, że Sołtys jest również muzykiem i liderem zespołu Pablopavo i Ludziki. W jego prozie czuć rytm opowieści, tempo gawędy, momenty przyspieszenia i zwolnienia.
Jednocześnie w tej narracji obecna jest wyraźna melancholia. Bohaterowie Monoloku rzadko odnoszą spektakularne sukcesy. Częściej przegrywają, gubią się, znikają z życia innych. Ich historie mówią o przemijaniu, o pamięci, o codziennych triumfach i porażkach.
A jednak książka nie jest przygnębiająca. Obok nostalgii pojawia się humor, ironia i czułość wobec bohaterów. Narrator patrzy na ludzi z empatią – nawet wtedy, gdy opowiada o ich błędach czy słabościach.
W rezultacie powstaje opowieść o zwyczajnym życiu, które okazuje się niezwyczajne. O dzielnicy, która staje się małym wszechświatem. O pamięci, która potrafi ocalić więcej niż niejeden pomnik.
Monolok to literatura zwarta, kompaktowa, pozbawiona zbędnych ozdobników. W czasach powieści przypominających cegły Sołtys pokazuje, że sto stron może wystarczyć, by stworzyć książkę pełną znaczeń.
To pisanie, które naprawdę daje czytelniczą satysfakcję. I jedno jest pewne: do tej książki chce się wracać. Bo niektóre opowieści – raz usłyszane – zostają z nami na długo.
Foto.: Wyd. Czarne




![Jedzenie jako forma sztuki - Masło - Asako Yuzuki [recenzja] jedzenie](https://www.gloskultury.pl/wp-content/webp-express/webp-images/uploads/2025/03/jedzenie-455x300.jpg.webp)
![Bolesław Książek – życie i twórczość – Bożena Kostuch – „Czarodziej z Łysej Góry” [recenzja] Bolesław Książek](https://www.gloskultury.pl/wp-content/webp-express/webp-images/uploads/2021/02/Boleslaw-Ksiazek.png.webp)

