Opowieść o dwóch światach – Mimmo Calopresti – „Aspromonte” [Wiosna Filmów – recenzja]

Aspromonte można obecnie zobaczyć na festiwalu online Wiosna Filmów – wydarzeniu całkiem świeżym w polskiej przestrzeni kulturowej. Ten pierwszy w Polsce Festiwal Filmów Fabularnych Online jest inicjatywą, która pozwala sięgnąć po obrazy filmowe mniej znane lub też rzadziej dystrybuowane. Jednym z nich jest właśnie produkcja, za którą odpowiada włoski reżyser Mimmo Calopresti. Film z 2019 roku przenosi odbiorcę do świata pomiędzy. Pomiędzy tradycją a nowoczesnością. Pomiędzy stagnacją a zmianą. Pomiędzy baśnią a rzeczywistością. 

Choć Aspromonte nie unika banalności, to jednocześnie banalność ta wyrażana jest w sposób niezwykle lekki i uroczy. W Polsce film otrzymał podtytuł: Miejsce, w którym czas się zatrzymał. Fraza ta sporo mówi już o tym, w jakim – baśniowym – tonie utrzymywać się będzie film Mimma Caloprestiego. Trzeba jednak przyznać, że reżyser mimo prostych ruchów fabularnych, jednoznacznych podziałów i dwoistej struktury nie tylko barwnie, ale i celnie ukazał podział włoskiego systemu i społeczeństwa na Północ i Południe.  Festiwal Wiosna Filmów został objęty patronatem Głosu Kultury – więcej na temat samego filmu dowiecie się poniżej.

Półwysep Apeniński. Jego południe – Kalabria. Włochy, ale jednocześnie nie Włochy. Bez turystów, bez uroczego, ciepłego i fascynującego piękna włoskich miast (choć i w Aspromonte mamy chwilę na to, aby przyjrzeć się – kątem oka, ale jednak – małemu miastu, z którego roztacza się widok na intensywnie niebieskie, prawie że niebiańskie, wody). Włochy to raczej brudne, błotniste, biedne, podzielone, ale wciąż zachwycające swoją surową urodą. Wciąż poszukujące. Znajdujące się jakby na pograniczu snu i jawy. Zachwycające górskimi formami, ogromnymi, niemającymi końca przestrzeniami, rześkim, świeżym powietrzem. Pośród takich granic ma miejsce akcja filmu Mimma Caloprestiego – Aspromonte. Ta dzieje się w latach pięćdziesiątych. Są postacie, po części zbiorowość, ale jednak jest i parę istot wysuwających się na plan bliższy. Jest i bohater. W tym przypadku to małe miasteczko Africo znajdujące się w miejscu, do którego – wydawałoby się – nie dociera świat zewnętrzny. Odcięte od pędzących na złamanie karku w myśl postępu społeczeństw bardziej rozwiniętych, ale odcięte i od takich podstawowych praw jak: dostęp do ośrodków zdrowia, edukacji czy miejsc pracy. Każdy jest tutaj samowystarczalny. Musi, ale i chce. Każdy żyje wyłącznie dzięki temu, co udało mu się stworzyć własnymi rękami. Mieszkańcy jednak są świadomi coraz bardziej narastającego problemu. Choć nie chcą zmiany, to jednocześnie jej chcą – a przynajmniej jej części. Lekarz bowiem tu nic nie pomoże, jeśli do Africo nie dociera żadna droga, która umożliwi szybszy i bezpieczniejszy transport z jednego miasteczka do drugiego (w tym przypadku do Mariny, schludnej, rozwiniętej miejscowości na dole wzgórza). Transport, dzięki któremu miasteczko będzie w stanie „powrócić do żywych”. Mieszkańcy Africo postanawiają więc taką drogę zbudować. Bez pomocy z dołu, która nie nadchodzi. Nie ma tu prądu, nie ma ciepłej wody, reszta świata nie ma pojęcia o Africo, a Africo nie ma pojęcia o reszcie świata. Mieszkańcy od zawsze żyli w izolacji. Stare, autentyczne Africo zostało zniszczone przez powódź w 1951 roku – do dzisiaj pozostały jednak na miejscu majestatyczne ruiny wraz z kościołem.

Dużo w Aspromonte takiego pozytywnego, dobrego ducha, choć sam film nie przedstawia sobą historii radosnej, wesołej, zakończonej jednoznacznym, szczęśliwym zakończeniem. Sporo tu narracji rodem ze Szczęśliwego Lazzaro, ale o szybszym i bardziej żwawym tempie, co czynić może Aspromonte filmem łatwiej przyswajalnym. Niemniej wciąż produkcji Mimma Caloprestiego udaje utrzymać się na tej cienkiej granicy pomiędzy tym, co realne, a tym, co baśniowe. Jest to największa zaleta Aspromonte – produkcji dwoistej pod wieloma względami. Nie tylko narracyjnymi, fabularnymi, ale i kulturowymi czy społecznymi. I choć ten podział uznać można za toporny, momentami wręcz banalny, to muszę przyznać, że śledzenie historii sprawiało mi dużą przyjemność. Spora w tym zasługa tego, w jaki sposób ta została poprowadzona. W rytm magicznej, odrobinę złudnej filmowej nuty. Ten rytm urzeka i sprawia, że poczynania mieszkańców Africo śledzi się z dużym zaangażowaniem.

Aspromonte oprócz bohaterskiego i nadal żywego miasteczka, którego istnienie powinno już dawno odejść w niepamięć, mamy trzy główne postacie biorące udział w przedstawionych wydarzeniach. Peppe (Francesco Colella) – mężczyznę silnego, naznaczonego życiem w nieprzystępnych warunkach, ale i wyraźnie wrażliwego, chcącego lepszej przyszłości dla swojego syna; Peppe odgrywa w Aspromonte rolę swoistego przywódcy, pozycję ten poniekąd utwierdzają pozostali mieszkańcy, darząc go zaufaniem. Z kolei Poeta (Marcello Fonte), rzadziej nazywany imieniem Ciccio (o jakże znaczącym nazwisku Italia) to oderwany od i tak nie do końca rzeczywistej filmowej rzeczywistości człowiek, który całą swoją uwagę poświęca naturze i sztuce, która go otacza. Na swój sposób kontempluje, podziwia, zastanawia się. Przy tym ten mały wzrostem osobnik jest człekiem o dość zaczepnym charakterze, który ma w zwyczaju pouczać wszystkich dookoła. Chaotyczny, jakby rozedrgany przypomina odrobinę ówczesne Włochy, których poszczególne regiony radziły sobie na swój sposób z kolejnymi zmianami. Trzecia postać to postać kobieca – Giulia (Valeria Bruni Tedeschi). Nauczycielka z Lombardii, z północy Włoch. Świata innego, tak różnego, a przy tym dla mieszkańców Africo obcego, wywołującego lęk. Wbrew pozorom nauczycielka nie została zesłana do Africo „za karę” jak jej poprzednicy. Sama zdecydowała o takim obrocie spraw. Jak przyznaje, miała nadzieję, że znajdzie się wśród ludzi bardziej nieszczęśliwych od niej, co w pewnym sensie, może i chwilowo, ale jednak poprawi jej humor. Jak się okazało, przewidywania Giuli nie do końca okazały się trafne. Ta, mimo tego, stara się zaszczepić w dzieciach ciekawość świata, chęć jego poznania, odkrywania kolejnych jego płaszczyzn, tajemnic, ale i zrozumienia istot żywych zamieszkujących go. Pośród osadników Africo jest i osobistość, która trzyma w ryzach lokalną społeczność. Ten zły. Tyran. Don Totò ze swoją strzelbą komenderuje, co wolno, a czego nie wolno. Drogi na przykład budować nie wolno. Jest to nie po drodze interesom Dona, dlatego zrobi wszystko, co w jego mocy, aby budowę zatrzymać, a przy tym utrzymać się w fotelu samozwańczego władcy.

Społeczność Africo jest podzielona. Z jednej strony upomina się i walczy o swoje prawa do życia takiego, jakim żyć mogą inni. Mówi o podstawowych prawach, które jej przysługują, ale z niechęcią wypowiada się o samych zmianach, które będą towarzyszyć ruchowi naprzód. Mieszkańcy z niechęcią opuszczają swój dom, udając się do miasta majaczącego w dole wzgórza. W końcu jednak wszyscy decydują się na wkroczenie w nieznane. Boją się, podchodzą do tego z nieufnością, prawie że zmuszeni do tego kroku, ale idą. Szukając nadziei, lepszej przyszłości, innego życia, równości. Reżyser zgrabnie w tych kadrach pokazuje, że każda zmiana niesie za sobą pewne korzyści, ale i pewne uszczerbki (z wcześniejszą recenzją Aspromonte, autorstwa Sylwii, możecie zapoznać się tutaj). Mieszkańcy z jednej strony chcą wejść do „nowego świata”, ale i tęsknią za tym, który właśnie opuszczają. Sporo w tej kreacji poetyckości, która jednak nie wymyka się – zazwyczaj – w kierunku bardziej pretensjonalnych zaułków. Sporo tu i sentymentu za czymś utraconym, za miejscem, które odeszło, a pozostało jedynie w naszych mglistych wspomnieniach.

Co ciekawe, po czasie, już po ewakuacji mieszkańców z zalanego powodzią Africo (już w naszej, niefilmowej rzeczywistości), odkryto, że miasteczko mogło zostać odbudowane w tamtym miejscu lub też w jego bliskim sąsiedztwie. Africo szybko stało się więc symbolem obywatelskiej rezygnacji i porzucenia przez narodową społeczność. A czym jest właściwie samo Aspromonte? To masyw górski w południowych Włoszech. Africo to z kolei małe miasteczko, w którym urodził się Pietro Criaco – autor Via dall’Aspromonte, czyli książki, która zainspirowała powstanie filmu Mimma Caloprestiego. Reżyser zaś przeżył swe dziecięce lata w regionie, w którym odbywa się historia zawarta w jego filmie. Nie ukrywał, że sporo z jego wspomnień zostało oddanych w treści i duchu Aspromonte. W oryginale tytuł produkcji Caloprestiego brzmi Aspromonte, la terra degli ultimi. Dopisek przetłumaczyć można jako ziemię ostatnich. Africo takową ziemią jest. Nie ma dla niej przyszłości, chyba że w pamięci jej mieszkańców – w kolejnych pokoleniach obraz ten będzie jednak coraz bardziej odległy, nieprecyzyjny i przede wszystkim nieistotny.

Aspromonte pod baśniowym prowadzeniem historii ukrywa jednak wiele istotnych elementów, które składają się na dramatyczną historię Włoch z tamtego okresu. Lata 50. to okres, w którym Włochy przestały być monarchią, zastępując ją Republiką. Odbyło się to poprzez demokratyczne, ogólnokrajowe referendum. Jednak, jak można było się spodziewać, nowy plan, ta świeża zmiana nie objęła w równym stopniu wszystkich regionów Włoch. W tym przypadku Włoch południowych – obszaru, w którym bajki często żywsze i bardziej prawdziwe były od samej rzeczywistości. Separację Africo można już zauważyć na poziomie językowym – mieszkańcy nie mówią „czystym włoskim”, lecz posługują się dialektem. Szanują swój język, szanują i ziemię (szacunek ten jest już pewną tradycją, która przechodziła z pokolenia na pokolenie) – dlatego też tak trudno jest im opuścić rodzinny teren. Boją się, że zatracą swoją tożsamość, którą wiążą z miejscem stanowiącym ich codzienność. Muszę też napisać o jednej rzeczy. Coś jest urzekającego w brzmieniu języka włoskiego, jak i samego dialektu, którym posługują się mieszkańcy Africo. Coś, co sprawia, że całość nabiera chaotycznego, ale przy tym chwytającego za serce taktu.

W połączeniu z sentymentalnym spojrzeniem reżyserskim, estetycznym spojrzeniem nie tylko na postacie, ale i na otaczającą je naturę oraz prostym, acz treściwym ukazaniem wycinka włoskiego sporu pomiędzy Północą a Południem, nowym a starym czy nawet rozumieniem tożsamości, Aspromonte zaczyna emanować angażującymi i poruszającymi barwami. Film Mimma Caloprestiego jest małą opowieścią o obywatelskim nieposłuszeństwie. Filmem, w którym tradycja zderza się z nowoczesnością. Próbuje wejść z nią w zrozumiały dialog. Droga zaś – budowana siłami bohaterów – jest pomostem pomiędzy jednym a drugim. Przykuwające jest to, że ta finalnie nie powstaje. Do porozumienia nie dochodzi. Zmiana jednak już nastąpiła. Wywoła pewne konsekwencje, pod pewnymi względami będzie dla byłych mieszkańców Africo korzystna, pod pewnymi nie. Historia toczy się dalej.

ASPROMONTE - zwiastun polski (polska premiera 22 listopada 2019)

Fot.: wiosnafilmów.pl

Write a Review

Opublikowane przez

Magda Przepiórka

Psychofanka Cate Blanchett, Dario Argento, body horrorów Davida Cronenberga, Rumuńskiej Nowej Fali i australijskiego kina. Muzyka to beztroskie, ale i mocniejsze polskie brzmienia – przekrój dekad 70/80 – oraz aktualne misz-masze gatunkowe w strefie alternatywy. Literacko – wszystko, co subiektywnie dobre i warte konsumpcji, szczególnie reportaże podróżnicze. Poza popkulturą miłośniczka wojaży wszelakich.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *