Teatralny portret (niejednego) szaleńca – Maciej Cierzniak – “Osobowość zaburzona” [recenzja]

Osobowość zaburzona

Herbert Read, brytyjski krytyk, powiedział niegdyś, że prawdziwą funkcją sztuki jest wyrażenie uczucia i przekazanie zrozumienia. Ten sam dżentelmen zwrócił zresztą uwagę na to, że artyzm zaczyna się tam, gdzie pojawia się ekspresja. Ja pójdę o krok dalej – sztuka to emocja i emocja to sztuka, a jeśli przyjmiemy takie kryterium oceny wszelkich wytworów kultury, spektakl taneczny Osobowość zaburzona w reżyserii Macieja Cierzniaka jest jej prawdziwą definicją. Chorzowski Teatr Rozrywki po raz kolejny pokazał mi, że grecka muza Melpomena nie musi się martwić o kondycję śląskiej sceny aktorskiej, a tym samym uratował honor całego regionu. Osobowość zaburzona, będąca autorskim projektem jednego z tancerzy Teatru Rozrywki, to prawdziwie wielowymiarowy spektakl, który wywołuje cały wachlarz emocji i jest niemal niedefiniowalny. To sztuka, której nie da się jednoznacznie ocenić – należy ją po prostu przeżyć.

Lubimy negatywne emocje. Być może to zbyt odważna teza, ale patrząc na popularność filmów grozy czy też ckliwych dramatów, wydaje się całkiem słuszna. Lubimy na dwie godziny zmierzyć się ze swoim strachem, od którego przecież oddziela nas szklana szyba, będąca namacalną barierą między fikcją a rzeczywistością. Po wspomnianym czasie, gdy na ekranie pojawiają się napisy końcowe, najzwyczajniej w świecie wyłączamy laptopa, wychodzimy z kina i wracamy do względnej normalności. Co byście powiedzieli, gdybym Wam zaproponowała wrzucenie Was, jako widzów, w sam środek akcji? Gdybym powiedziała, że macie okazję nawiązania interakcji z osobą, która nie może na akord wyłączyć swoich zaburzeń? Czy bylibyście na tyle odważni, by na pięćdziesiąt minut odwiedzić szpital psychiatryczny, czasowo znajdujący się na małej scenie Teatru Rozrywki? Mam ogromną nadzieję, że tak, bo zarówno reżyser, scenarzysta, scenograf, jak i obsada aktorska, stanęli na głowie, czasem dosłownie, by przeszył Was dreszcz. Pierwsza okazja ku temu nadarza się już w foyer, gdzie czekający na spektakl zrozumieli, że następna godzina będzie naprawdę intensywna. Reakcja widowni na pierwszy element spektaklu, będący jedynie preludium do prawdziwych emocji zawartych w sztuce, pokazała mi, że Maciej Cierzniak, chcąc nie chcąc, stał się również autorem ciekawego eksperymentu socjologicznego – na scenie ze swoimi kolegami zaprezentował przekrojową wizję szaleństwa, natomiast na publiczności równie wielowymiarową na nie reakcję. 

Najprościej byłoby powiedzieć, że widzowie musieli się zmierzyć z uporządkowanym chaosem, będącym wytworem artystycznej wrażliwości Cierzniaka i jego próbą zrozumienia istoty zaburzeń psychicznych. Owocem tego było pięć następujących po sobie historii ludzi, których nie da się zdefiniować jedynie nazwą choroby. Autor spektaklu nie prezentuje suchych faktów z życia swoich bohaterów, ale skąpymi kwestiami, sposobem poruszania się, mimiką i choreografią zbudował kontur postaci, których dokładna wizja zależy od inteligencji i wrażliwości odbiorcy. Postawił więc przed swoimi kolegami naprawdę trudne zadanie, z którego jednak Barbara Ducka, Małgorzata Mazurkiewicz, Karol Zdańkowski i Sebastian Chwastecki wywiązali się wyśmienicie. Nawet ja, taneczny laik, który całą swoją wiedzę czerpie z zobaczonych najwyżej dwóch odcinków You can dance, po uruchomieniu empatii potrafiłam zrozumieć, co aktorzy mieli mi do przekazania. Nie chcę powiedzieć, że każdy w tej sztuce znajdzie postać, z którą się utożsami – wszak są to przypadki najtrudniejsze z najtrudniejszych. Jeśli jednak kreacje aktorskie potraktujemy mniej dosłownie, odnajdziemy w nich coś, co jest również naszą bolączką: w przypadku cierpiącej matki ciężar straty; w historii dziewczyny, u której widać dwubiegunowe poczucie własnej wartości i nienawiść do własnego ciała, brak pewności siebie; u mężczyzny, którego opowieść poznajemy jako pierwszą, a którego twarzy nie widzimy przez cały spektakl, trudność z odnalezieniem się w społeczeństwie. Oczywiście, podejście dosłowne do przedstawionych postaci nie jest mniej owocne dla widza – szczególnie wstrząsająca z tej perspektywy jest historia młodego psychopaty, w którego rolę wcielił się znakomity Karol Zdańkowski. Aktorstwo jest więc bardzo mocnym punktem Osobowości zaburzonej, której nie brakuje również innych zalet. Muszę przyznać, że moje nerwy nie należą do najmocniejszych, więc kiedy wyszłam z ciemnego korytarza i zobaczyłam wygląd sali; scenografię, panujący półmrok przerywany jedynie migającym światłem żarówki, a następnie usłyszałam niepokojące dźwięki, naprawdę miałam ochotę jak najszybciej opuścić to świetnie wykonane pomieszczenie, co jest najlepszą recenzją pracy wykonanej przez twórców spektaklu. Cała techniczna strona sztuki została wykonana bez zarzutu, a nawet należałoby ją pochwalić – wszystkie zabiegi, zaczynając od wyglądu szpitala psychiatrycznego, idąc przez muzykę, a kończąc na grze światłem, spotęgowały poczucie lęku, paniki i psychozy. 

Wspomniałam, że Osobowość zaburzona to sztuka prezentująca cały wachlarz emocji, a tym czasem krążę wokół strachu, trwogi i zaszokowania. Spieszę z wyjaśnieniem: jak już wcześniej napisałam, przy odbiorze tego spektaklu ważna jest wrażliwość widowni i gwarantuję, że każdy widz skupił się na innym elemencie przedstawienia. Miałam niesamowite szczęście trafić na bardzo zróżnicowaną grupę, co zauważyłam dzięki przyjaciółce, towarzyszącej mi na spektaklu. W pewnym momencie, gdzie w zasadzie można było odczuć niesamowicie duże napięcie, na widowni dało się słyszeć… chichot. Oczywiście, w pierwszym odruchu pomyślałam, że na sali, być może z przypadku, znaleźli się jacyś gimnazjaliści. Nic bardziej mylnego! Dojrzałe kobiety na scenę, która we mnie wywołała swego rodzaju lęk, może smutek, zareagowały emocją skrajnie różną od mojej. Po tylu pozytywnych słowach na temat dzieła Macieja Cierzniaka ta uwaga może się wydać krytyczna, jednak absolutnie taką nie jest! Jak już wspomniałam, reżyser poruszył temat trudny, być może formą sprawiając, że jest on jeszcze mniej przystępny, na co ludzie mieli prawo zareagować różnie – tak jak różnie reagują również w sytuacji realnego zagrożenia czy dyskomfortu. I tu wracamy do punktu wyjścia mojej recenzji – emocji i jej roli w sztuce.

"OsobowośćZaburzona" – Teatr Rozrywki w Chorzowie

Niecała godzina, którą spędziłam w sali Teatru Rozrywki oczywiście była intrygująca, ale jednocześnie szokująca, męcząca i trudna. We mnie wywołała dużo refleksji, czego efektem jest chociażby ta recenzja, jednak jestem przekonana, że wspomniana wyżej grupa pań w średnim wieku opuściła salę i powzięła postanowienie, że następnym razem wybierze jakąś niezobowiązującą komedię. Jakkolwiek by na ten spektakl nie zareagowały, nie można ich za to potępić – po prostu przypisały jakieś znaczenie nieoczywistemu dziełu. Być może nie umiały zareagować w inny sposób na skrajnie trudne do przyjęcia emocje? Tego nie wiem, ale tak czy inaczej, wydaje mi się, że właśnie to jest jedną z największych zalet Osobowości zaburzonej – pozostawienie pola do interpretacji emocjonalnej, nawet tak skrajnie różnej od tej autora; wywołanie całej gamy emocji, która jest przecież powodem tworzenia i istotą sztuki.

Fot.: Teatr Rozrywki

1 odpowiedź

  1. piginwired napisał(a):

    Dziękuję za takie miłe słowa Kochana :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *