Komiksy,Recenzje

Nieustraszeni twórcy komiksu – Mike Mignola, Warwick Johnson-Cadwell – „Pan Higgins wraca do domu” [recenzja]

pan higgins wraca do domu
pan higgins wraca do domu

Wampiry. Krwiopijcy. Bestie. Potwory. Drapieżniki. Wytwory ludzkiej wyobraźni. Postaci z dawnych legend. Zwał, jak zwał – o wampirach słyszał każdy i każdy przynajmniej raz w życiu widział o nich film, czytał książkę lub chociaż słyszał jakąś mrożącą krew w żyłach – a przynajmniej w zamyśle opowiadającego – historię. Wampiry nie są nam obce, ponieważ popkultura jest nimi wypełniona niemalże po brzegi. Są świetnym motywem przewodnim, ponieważ ich ni to ludzki, ni to zwierzęcy wygląd i żywot przeraża, ale jednocześnie fascynuje. To właśnie one są głównymi bohaterami komiksu Pan Higgins wraca do domu. One i ich pogromcy. Nieustraszeni łowcy, którzy za cel postawili sobie wytępić wszystkie bestie. Uwolnić ludzkość od wampirów i ich krwistego żywota. A kim w tym wszystkim jest tytułowy pan Higgins? Łowcą? Wampirem? Kimś – lub czymś – jeszcze innym?

Biedny pan Higgins. To, co go spotkało, zmieniło go na zawsze – dosłownie i w przenośni. I pomyśleć, że kiedyś był szczęśliwym człowiekiem – ukochanym mężem. Jedna decyzja, jedna niefortunna wizyta zakończyła to wszystko. Kiedy razem z dopiero co poślubioną żoną Mary pan Higgins podróżował, spędzając beztrosko miesiąc miodowy, pewnego feralnego dnia zepsuł im się powóz. Wtedy z pomocą przyszedł im dystyngowany, choć lekko niebieskawy hrabia i jego żona – rzecz jasna – hrabina. W Zamku Golga młoda para znalazła więc schronienie, poczęstunek, opiekę i nocleg. Jednak kiedy pan Higgins obudził się w nocy i odkrył, że Mary nie ma w łóżku… na ratunek było już za późno. Jego biedna żona stała się równie sinoniebieska, co „życzliwi” gospodarze, a sam tytułowy bohater… Ach, biedaczysko! Niby pozostał człowiekiem, ale pod osłoną nocy przemienia się w wygłodniałego i agresywnego wilkołaka. To właśnie dlatego teraz, wiele lat po tych wydarzeniach, przebywa w klasztorze gdzieś nad Bałtykiem. Ale jego pozorny spokój zostanie zakłócony przez dwóch jegomościów – pogromców wampirów, którzy będą chcieli, by towarzyszył im w wyprawie na zamek Golga, z którym staruszek ma tak okropne wspomnienia.

pan higgins wraca do domuProfesor J.T. Meinhardt wraz ze swoim asystentem, panem Knoxem, wybierają się na mroczny zamek Golga. Zbliża się mistyczna Noc Walpurgii i na zamek zjeżdżają (zlatują) się największe osobistości wampirzego świata. Dla profesora jest to idealna okazja, by dokonać zamachu na wampirzą brać. Gdy goście zamku będą zmęczeni i pijani nocnymi ekscesami, będzie można zaatakować. Jednak Hrabia ma swoje własne plany na spotkanie z profesorem. Plany, w których biedny pan Higgins będzie również odgrywał pewną rolę, choć staruszek pragnie tylko jednego – śmierci, która uwolni go od trosk, wspomnień, pustki po ukochanej żonie, jak również obecnej postaci, nad którą nie ma żadnej władzy.

Pan Higgins wraca do domu to komiks króciutki, jednak mimo to zadbano o jego oprawę graficzną. Wydawnictwo Non Stop Comics postawiło na twardą oprawę, co przy czerni zapełniającej okładkę, przełamanej czerwienią i tytułem w szarości, daje świetny – mroczny i intrygujący – efekt. Jednak czcionka, której użyto do tytułu publikacji, jest zupełnie inna, pozornie niepasująca do tematyki historii spisanej przez Mike’a Mignolę. Aczkolwiek jest to – jak mniemam – celowy i słuszny zresztą zabieg, który podkreśla, że wewnątrz komiksu znajdziemy połączenie mrocznej, strasznej historii z humorem i pewnym pastiszem. Zatem wprawne oko od razu rozpozna, z jakim gatunkiem ma do czynienia, i co czeka czytelnika, kiedy rozpocznie przygodę z panem Higginsem, wampirami i ich pogromcami. Scenariusz Mignoli nie bawi się w rozwleczone sceny, nie pozwala się czytelnikowi znudzić – historia jest lapidarna, konkretna i przez to skondensowana do najważniejszych zdarzeń i bardzo soczysta. Mimo to twórcy znaleźli w niej miejsce także na retrospekcję, dzięki której poznajemy losy pana Higginsa z czasów, kiedy jeszcze był szczęśliwym człowiekiem. Jeśli chodzi o ilustracje Wawricka Johnsona-Cadwella, to nie można odmówić im oryginalności. A ponieważ historia sama w sobie jest prosta, by nie rzec banalna, to właśnie w rysunkach bije serce tego komiksu. I choć styl Johnsona-Cadwella nie stroni od szczegółów – co widać zwłaszcza na drugim planie, przy wnętrzach budynków, elementach wystroju – to trudno oprzeć się wrażeniu, że jest on intencjonalnie niedbały. Postaci są wręcz karykaturalne, co przy komiksie o krwiożerczych bestiach daje naprawdę ciekawy efekt. Czytelnik nie ma wątpliwości, że ma do czynienia ze swoistą parodią – a przynajmniej częściowo. Wśród barw dominują kolory kojarzące się ze zgnilizną, śmiercią, strachem. Mamy więc przede wszystkim brązy, szarości, trupie zielenie, nie brakuje także krwistoczerwonych elementów. Same wampiry są natomiast błękitne, co podtrzymuje ich wizerunek jako postaci zimnych, bezlitosnych, nieczułych i nieumarłych. Podoba mi się celowy brak perspektywy – rzadko kiedy spotyka się tak dobrze spisujący się w ogólnym rozrachunku efekt odrzucenia trójwymiarowości.

Scenarzysta komiksu Pan Higgins wraca do domu już na wstępie nie ukrywa swoich inspiracji:

Komiks ten zawdzięcza wszystko wspaniałym starym filmom o wampirach (te hammerowskie Dracule, Narzeczone Draculi, Złowieszcze bliźniaczki, Kapitan Kronos itd.), a zwłaszcza moim najukochańszym Nieustraszonym pogromcom wampirów Polańskiego.

I jako swoisty hołd dla tych dzieł sprawdza się świetnie. Myślę, że znawcy – a przede wszystkim miłośnicy gatunku – będą się wspaniale bawić podczas lektury. Ta niedługa, lecz intensywna opowieść słusznie nie pretenduje do miana dzieła oryginalnego w treści. Myślę jednak, że ze względu na formę i filmy, które były dla niego inspiracją – komiks ten może znaleźć zaszczytne i specjalne miejsce na półce niejednego fana – tak gatunku, jak i komiksu po prostu.

Na koniec warto także wspomnieć o problematyce, bo choć wydawać by się mogło, że poza walką z wampirami i przemożnym pragnieniem uwolnienia rasy ludzkiej od tych istot, Pan Higgins wraca do domu nie ma czytelnikowi nic więcej do zaproponowania – nie będzie to prawdą. Dzieło Mignoli i Johnsona-Cadwella, naszych nieustraszonych twórców komiksu, to w rzeczy samej niesłychanie smutna opowieść o tym, jak trudno pogodzić się ze stratą, jak wspaniałe i szczęśliwe życie potrafi odmienić się w ułamku sekundy, lecz przede wszystkim jest to historia zemsty. Zemsty, która ostatecznie nie przynosi absolutnie żadnego ukojenia, która pozostawia mściciela dokładnie w tym samym miejscu, w którym stał, przed spełnieniem swoich planów o wendecie. Zemsty, która ani nie daje ukojenia, ani nie działa jak środek przeciwbólowy – nawet miejscowo, nawet chwilowo. Zemsty, która nie jest słodka, lecz porzuca nas w goryczy i beznadziei. Bo przecież żadna obietnica zemsty nie trzyma nas już przy życiu.

Fot.: Non Stop Comics


 

Przeczytaj także:

Piątkowa ciekawostka o…: Wampiry – (r)ewolucja krwiopijców

Avatar

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!