Muzyka,Recenzje

Panie Gilmour, dlaczego? – Pink Floyd – “The Endless River” [recenzja]

Nie będę ukrywał, że informacje o wydaniu płyty Pink Floyd ze starym-nowym materiałem przyjąłem wręcz entuzjastycznie. Jedno z moich marzeń, żeby doczekać premiery nowych nagrań Gilmoura i spółki – po prostu się spełniło. Mina trochę mi zrzedła, kiedy zobaczyłem listę utworów i długość ich trwania. Sporo kawałków nie było dłuższych niż dwie minuty. Ale nie będę ukrywał, że entuzjazm powrócił po pierwszych dwóch, trzech przesłuchaniach. Jednak z każdym odtworzeniem The Endless River zaczęła mi się zapalać ostrzegawcza lampka. No nic, postanowiłem dać szansę tym nagraniom i powrócić do nich za jakiś czas.

I właśnie niedawno ten czas nadszedł. Postanowiłem usiąść do tej recenzji, kiedy przyszło mi na myśl pytanie: ile z 21 (licząc edycję limitowaną) utworów pozostało na dłużej w mojej pamięci? Po głębokim zastanowieniu przypomniałem sobie… trzy: It’s What We Do, Anisima Louder Than Words, ale co do tego ostatniego, to mam wrażenie, że tylko dlatego, iż jest tam wokal Gilmoura.

Dzisiaj zastanawiam się nad tym, dlaczego The Endless River nie wydano jako kolejny dysk do niedawnej rocznicowej edycji The Division Bell. Przecież ta muzyka pochodzi z tego samego okresu, są to po prostu odrzuty z sesji nagraniowej – nic poza tym. Oczywiście, wszystko zostało podrasowane w ostatnich latach w studiu przez Gilmoura, Masona i ich współpracowników. No i, rzecz jasna, stworzono narrację, że to hołd dla zmarłego w 2008 roku Ricka Wrighta. Nagle sobie przypomnieli o nim? No bez żartów. Mam jeszcze inną teorię. Wytwórnia przypomniała Gilmourowi, że jeszcze winny on jest jej jeden studyjny krążek Pink Floyd. No cóż, reedycje dyskografii Pink Floyd okazały się sukcesem. Waters zarabia miliony na trasie The Wall, Gilmour promując On An Island, też nie narzekał na frekwencję. Trzeba wydoić jeszcze ostatni grosz z fanów.

Naprawdę bowiem nie rozumiem jak tak nijaka i nieciekawa muzyka mogła zostać wydana pod szyldem Pink Floyd. Bo The Endless River to bezsprzecznie najgorsza płyta w całym dorobku Brytyjczyków, odstająca nawet od Obscured By Clouds. Tak jak wspomniałem powyżej, nic nie pozostaje w głowie poza pięknym, wyjętym niczym z Wish You Were Here It’s What We Do, w którym Richard Wright pokazuje dlaczego brzmienie jego klawiszy było jednym ze znaków firmowych Pink Floyd. Anisima zapada w pamięć floydową lekkością, nośnością i zapadającym tematem klawiszy; od biedy jeszcze On Noodle Street daje się zapamiętać, ale tam znowu króluje Wright.

The Endless River | 02 - It's What We Do - Pink Floyd

Z resztą jest znacznie gorzej. Things Left Unsaid to młodszy i zdecydowanie najgorszy brat otwieraczy z Momentary Lapse of Reason The Divison Bell. W SumSkins muzycy Pink Floyd pokazują, że jak chcą, to potrafią przywołać brzmienie z początków kariery. Tylko co z tego? Allons-y (1) brzmi jak odrzucona wersja Run Like Hell. Mason w książce Moje Wspomnienia zapowiadał, że ten niewykorzystany materiał z sesji The Division Bell ma dużo z muzyki ambientowej i rzeczywiście kompozycje jak: The Lost Art of Conversation czy Calling wprowadzić mogą słuchacza w stan wyciszenia, odrealnienia, zadumy, które nieuchronnie prowadzą nas do drzemki. No i Louder Than Words, które powiem szczerze, najbardziej mnie rozczarowało. Już pierwsze, „rozkładane” akordy gitary wprawiły mnie w nie lada osłupienie, bo początkowo pomyślałem, że zespół zaprosił jako gościa Steve’a Rothery’ego z Marillion –  brzmienie jest identyczne niczym Marillion z lat dziewięćdziesiątych! Ani trochę ten utwór mi się nie podoba. Ciężki, ze słabą, wymuszoną melodią, ze zmęczonym głosem Gilmoura. Jedynie jego charakterystyczne solo gitarowe ratuje trochę sytuację. Należy wspomnieć o paru dwuminutowych wypełniaczach, jak chociażby Ebb And Flow. Ani to wersja demo, ani szkic, ani skończona kompozycja – nie wiadomo co.

Ten album nigdy nie powinien ukazać się jako samodzielne wydawnictwo. Nigdy. The Division Bell był pięknym końcem zjawiska w muzyce, jakim był Pink Floyd. The Endless River zaprzepaścił szansę na wspaniały happy end, bo ten krążek jest nadzwyczajnie słaby. Po prostu. Nie rozumiem niektórych recenzentów, fanów, którzy z miejsca potraktowali tę muzykę jako świętość (Teraz Rock oczywiście 5/5) i glanują każdego, kto śmie im się sprzeciwić. I nie dziwię się Rogerowi Watersowi, że się kategorycznie odciął od tego wydawnictwa. Na szczęście Gilmour zapowiedział, iż był to ostatni krążek studyjny w historii Pink Floyd. Kamień z serca.

Fot.: https://www.facebook.com/pinkfloyd

Podobne wpisy:


Avatar

Okazjonalnie skrobnę coś o muzyce.

Komentarze: 4

  1. Avatar
    ada 16 lutego, 2015 at 08:22 Odpowiedz

    “To bezsprzecznie najgorsza płyta w całym dorobku, odstająca nawet od Obscured By Clouds.”
    Że co – że gorsza od gniota “The final cut”?! Niech pan nie żartuje… Na pewno jest nie gorsza niż całe Final Cut i część utworów z “kultowego” The Wall…
    “Anisima” – AnisiNa!
    Zapomniał pan o Talkin’ Hawkin’, nie chodzi mi akurat o mówiącego Hawkinga (bo to sobie mogli darować i niezbyt pasuje do całego utworu tym razem), ale o samą kompozycję – jest dobra.
    Największe pretensje można mieć dwojakie do tych utworów – pierwsza, że nie zostały przedłużone i pozostały w formie szkicu czy dema. A prawie z każdej można było zrobić dobry utwór (np. z krytykowanego przez pana The Lost Art of Conversation, które mogło dostać warstwę tekstowa i trwać kilka razy dłużej – bardzo lubię ten utwór).
    Druga, że niektóre utwory brzmią jak inne wersje znanych już (łącznie z naprawdę świetnym It’s what we do, które jednak brzmi za bardzo podobnie do fragmentów Shine on, to samo z Allons-y, o czym już pan pisał).

    To tyle. Na pewno nie najgorsza. Oczywiście, że nie najlepsza…

    • Avatar
      Jakub Pożarowszczyk 16 lutego, 2015 at 22:02 Odpowiedz

      Jeśli chodzi o błąd w nazwie “Anisina” – mój błąd, dziękuje za poprawę :)

      The Wall, to płyta dla mnie jak najbardziej kultowa, może mniej “floydowa” w brzmieniu, ale to jest po prostu arcydzieło. The Final Cut uważam za płytę ważną, szczególnie jak człowiek wgryzie się w kontekst jej stworzenia przez Rogera Watersa. No właśnie, to powinna być płyta solowa Watersa. Jednak jest to cenna pozycja w dyskografii Floydów, zawierająca jednak takie perełki, jak Two Suns In The Sunset. Płyta broni się przede wszystkim jako całość, czego nie mogę napisać o The Endless River.

      No właśnie The Endless River. Ja bardzo żałuje, że Gilmour nie rozwinął tych pomysłów. Szkoda, że pozostawił szkice i je umieścił na TER. Zmarnowany potencjał po prostu. I w takiej formie TER jest płytą mało interesującą i będę ją traktował jako ciekawostka. I zdania nie zmienię ;) Szkoda, bo jak mówię, potencjał w tej muzyce jest.

  2. Avatar
    Rafał 4 września, 2017 at 12:09 Odpowiedz

    Zgadzam się w pełni z recenzją. Płyta jest po prostu nudna i rozczarowuje. Nie tak się zamyka karierę wielkiego zespołu. Również uważam, że materiał sprawdziłby się jako bonowy dysk do reedycji Divison Bell, ale nie jako samodzielne wydawnictwo. Ta płyta to moje największe muzyczne rozczarowanie ostatnich lat. I nie da się ukryć, że brzmi to jak odrzuty. Pozdrawiam recenzenta.

  3. Avatar
    Sylwek 20 października, 2020 at 23:15 Odpowiedz

    Ja także zgadzam się z autorem artykułu. To przecież zebrane odpady i skrawki czegoś i wrzucone przypadkowo do jednego wora. Nawet te tytuły jakieś z dupy, które prędzej pasują do dorobku Jean Michael Jarra.
    Jeśli chodzi o mnie, to Floydzi zaczęli słabo (mam na myśli twórczość z Sydem) i skończyli słabo. Pomiędzy to dzieła i arcydzieła, które słucham jakieś 30 lat i nie mam zamiaru skończyć.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *