Książki,Recenzje

Bez przemocy nie umiemy żyć – Wojciech Tochman – “Pianie kogutów, płacz psów” [recenzja]

Pianie kogutów
Pianie kogutów

Zobaczyć. Zbadać. Dotrzeć. Niekoniecznie zrozumieć. Ciemność jest naturalnym środowiskiem reportera – pisze Wojciech Tochman. Tochman kieruje się pragnieniem zgłębienia prawdy o człowieczeństwie. O złu moralnym. Unde malum? – pyta. Odpowiedzi poszukuje w Bośni, w Rwandzie. Pisze wtedy reportaże Jakbyś kamień jadłaDzisiaj narysujemy śmierć. W swoim najnowszym reportażu – Pianie kogutów, płacz psów – zabiera czytelników do Kambodży. Kambodży, która przeraża. Szokuje. Boleśnie przeszywa serce. Zmienia myślenie. Wraz z autorem i jego ekipą –  fotografem i tłumaczami – wyruszamy w mroczną podróż w głąb Kambodży. Ale i w głąb człowieka.

Pol Pot – kiedyś nauczyciel historii oraz literatury francuskiej. Później – twórca jednego z najbardziej skrajnych systemów totalitarnych. Rok 1975. W Kambodży kończy się wojna domowa. Zwyciężają Czerwoni Khmerzy. Prowadzą politykę ludobójstwa. Kraj zostaje  odcięty od świata. Powstają kolektywne gospodarstwa rolne, czyli obozy pracy przymusowej.

A po ludobójstwie ludzie muszą jakoś żyć. Jakoś. Według doktora Sotheary każdego Kambodżanina dotyczy baksbat. Zespół złamanej odwagi. To z języka khmerskiego ‘złamane ciało’ lub ‘złamana dusza’. Rodzaj determinizmu genetycznego. Ból, który przenoszony jest na kolejne pokolenia. Strach. Utożsamiany przez niektórych psychologów i psychiatrów z zespołem stresu pourazowego (PTSD). To nieuleczalna trauma i społeczna epidemia. Wciąż tutaj cierpimy. Długo nie rozmawialiśmy między sobą […]. Nikt nam nie powiedział, że trzeba. Baliśmy się rozmawiać. I dzisiaj ludzie boją się ludzi. Wszyscy są ofiarami. Albo katami. Nie wiadomo, kto kim jest. Zaciera się granica między katami a ofiarami Pol Pota. Żyją wspólnie. Muszą. Bo jak inaczej? Bywa, że w jednym ciele żyje i ofiara, i kat. Jak więc ich osądzić?

W Kambodży bardzo ważne są obrzędy i zwyczaje. To one dają nadzieję i w prymitywny sposób pozwalają ogarnąć rzeczywistość. Nie tłumaczą jej, ale pozwalają jakoś przez nią przebrnąć. Domy w Kambodży buduje się na wysokich słupach. W jednym z nich mieszka dobry duch. Taki anioł stróż. Kre. A choroba psychiczna to opętanie przez złe duchy. Stygmat dla całej rodziny, dla wszystkich pokoleń. Człowieka chorego psychicznie przywiązuje się łańcuchem. Zamyka w klatce. Jak dzikie zwierzę. Bo to przecież jest dzikie zwierzę. Doktor Sody Ang – psychiatra. Ale też wybawicielka. Stara się jeździć po kraju i znaleźć tych, których rodziny zakuły w łańcuch w bananowych gajach, w komórkach, chlewach, celach i klatkach. Docierają do nich i stawiają diagnozę. Łańcuch nigdy nie leczy […], zawsze ciągnie człowieka w otchłań – mówi doktor Ang. Jej zadaniem jest więc oddanie choć trochę godności ludziom chorym. To jedyne, co może zrobić.

Kambodżańskie kino stoi przy Sto Trzydziestej Ulicy. Nikt nie spieszy się już na seans. Ludzie tu mieszkają. Starają się jakoś żyć. Jakoś. Zbiorowa toaleta. W korytarzach stoją małe chatki. Szałasy. Obok tego stoi czarna góra. Rośnie każdego dnia od czterdziestu lat, żyje, tętni. […] śmieci, kości, a jakby dobrze pogrzebać, to i płody ludzkie, szczątki dzieci i dorosłych. Życie umarłych przecina się tutaj z żyjącymi. Tochman zabiera nas do cegielni. Tam dzieci wrzucają drewno do pieców, prowadzą małe traktory. Pracują niewolniczo i w ten sposób mogą spłacić dług, jaki dźwigają wobec swoich rodziców. Za otrzymanie życia.

O Kambodży należy wiedzieć. O tym, jakie cierpienie pozostało tam po Pol Pocie. O tym, że ludzie wciąż cierpią. Bo wojna nigdy się nie kończy wtedy, gdy się kończy. Nadziei dawno już tam nie ma. Pozostało rozsypane w drobiny życie mieszkańców. I jeszcze pianie kogutów, i płacz psów.

Fot.: Wydawnictwo Literackie 

Studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zakochana we wszystkim, co wiążę się z kulturą i sztuką. Celebruje codzienność. Zastanawia się, pyta, poszukuje sensu.