Jak pięść do nosa – Joan Lindsay – „Piknik pod Wiszącą Skałą” [recenzja]

Urodzona w 1896 roku, w St Kilda East, Victoria (Australia), Joan à Beckett Weigall, pierwszą (o dziwo – patrząc przez pryzmat omawianej właśnie pozycji – satyryczną) powieść wydała w wieku lat czterdziestu. Prawie drugie tyle musiało minąć, zanim światło dzienne ujrzało najpopularniejsze po dziś dzień dzieło autorki – Piknik pod Wiszącą Skałą. Wydany w 1967 roku dramat z miejsca zyskał światowy rozgłos, który to pogłębiła ekranizacja w reżyserii Petera Weira, zaliczana przez wielu do klasyki kinematografii. Pomimo upływu lat popularność tytułu nie słabnie, o czym świadczyć może chociażby tegoroczny miniserial z Natalie Dormer (Margaery Tyrell z Gry o tron) w jednej z głównych ról. Czy literacki pierwowzór rzeczywiście zasługuje na aż tak wielkie zachwyty? Co sprawia, że Piknik pod Wiszącą Skałą się nie starzeje? Czy autor niniejszego tekstu, zachwycony filmową adaptacją, a zarazem bijący się w trakcie lektury z pokusą, by rzucić książką o ścianę, jest w stanie udzielić jakichkolwiek odpowiedzi?

Australia, 14 lutego 1900 roku. Dziewczęta zamieszkujące elitarną Pensję Appleyard chichoczą z radości. To dzień Świętego Walentego, czas przesyłania ślicznych, miłosnych karteczek. Przede wszystkim jest to jednak dzień długo wyczekiwanego przez pensjonarki pikniku, na który Pan Ben Hussey, ze Stajni Husseya w Woodend, zabierze je swoją dwukółką! Ta cudowna, słoneczna sobota (w rzeczywistości Walentynki roku 1900 wypadały w środę) po prostu nie może się nie udać! A jednak…
Po przybyciu na piknikowe tereny pod majestatyczną Wiszącą Skałą, trójka starszych dziewcząt, zamiast leżeć na kocu bądź opychać się łakociami, postanawia przyjrzeć się bliżej niezwykłemu pomnikowi przyrody. Dołącza do nich również jedna z młodszych koleżanek (a jak okaże się wkrótce także – jedna z opiekunek). Po kilku godzinach do wyczekującej koleżanek grupy pensjonarek oraz nauczycielek przybiega (cała rozhisteryzowana i, rzecz jasna, nie pamiętająca niczego) jedna z zaginionych. Po pozostałych dziewczęta (oraz jednej z nauczycielek) ślad znika. Taki to właśnie im wyszedł ten piknik pod Wiszącą Skałą. Pozostała część tej – na szczęście – niezbyt długiej powieści skupiać się będzie na próbach odnalezienia zaginionych oraz przedstawieniu wszystkich postaci powiązanych z Pensjonatem.

Nie ma się tu za bardzo nad czym rozwodzić. Zacznę od zalet, gdyż są w mniejszości, a już z pewnością mniej zauważalne. Tym, co zasługuje na pochwałę, jest całkiem nie najgorszy, tajemniczy klimat. Przez cały czas nie wiadomo, co się stało, komu na czym może zależeć. Całość sprawia wrażenie, jakby sama powieść osnuta była mgłą (jakkolwiek dziwnie to brzmi). Tylko to powstrzymało mnie przed wyrzuceniem tego „dzieła” do pieca. A nie posiadam nawet pieca!

Minusy? O-ho-ho! Przede wszystkim NUDA! Przerażająca, zatrważająca i wszechobecna NUDA przez duże „N”! Znając ekranizację, nie spodziewałem się rzecz jasna fajerwerków w postaci pędzącej na łeb, na szyję akcji, jednak bez przesady! „Coś” dzieje się dopiero na ostatnich trzydziestu stronach. Wszystko PRZED to nużące opisy kolejnych papierowych postaci (tylko jedną – Mile Dianne de Poitiers – da się polubić i uznać za „żywego człowieka”). Losy poszczególnych bohaterów nie potrafią zainteresować czytelnika, są nam całkowicie obojętne. A na to wszystko jeszcze wątek miłosny pasujący tu jak pięść do nosa. Nie będę się dalej pastwił nad tytułem posiadającym oddanych fanów, być może to nie był dobry moment na sięgnięcie po tę konkretną lekturę, jednak fakty są takie, że wady mógłbym nadal mnożyć, zalet, niestety nie.

Piknik pod Wiszącą Skałą to jeden z tych nielicznych przypadków, w których ekranizacja przebija literacki pierwowzór. Film to prawdziwa legenda (polecam, obejrzyjcie!). Nie sięgnąłbym jednak po niego, gdybym najpierw przeczytał książkę. Panu Weirowi w o wiele bardziej przekonujący sposób udało się poruszyć kwestie, które zrodziły się w głowie Joan Lindsay. Nie wiem, jak to możliwe, aczkolwiek nie podlega to nawet jakiejkolwiek dyskusji. Australijski reżyser w o wiele ciekawszy sposób przedstawia bohaterów (najlepszym przykładem niech będzie Miranda – w filmie będąca swego rodzaju symbolem, w książce – ledwie gdzieś tam się przewija). Nie wspomnę już nawet o tym, iż w ekranizacji istnienie i znaczenie samej Skały można interpretować na wiele sposobów, natomiast w omawianym „dziele” literackim jest po prostu i dosłownie kawałkiem kamienia! Nie wiem, być może to ja czegoś nie zauważyłem, być może na negatywny odbiór Pikniku pod Wiszącą Skałą wpływ miało to, że poprzednia przeczytana przeze mnie książka to genialne Na wschód od Edenu, które zawyżyło poziom (recenzję znajdziecie TUTAJ). Jeśli tak, najmocniej przepraszam panią Lindsay (niech jej ziemia lekką będzie) oraz wszystkich fanów jej twórczości, jednak ja tego nie kupuję (a film jak najbardziej polecam).


Fot.: Wydawnictwo Replika

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.