plemię sów

Przede wszystkim zdrowia, polski komiksie – Łukasz Wnuczek – „Plemię Sów”, tom 1 [recenzja]

9 lutego 1919 roku we lwowskim tygodniku Szczutek ukazał się pierwszy odcinek komiksowej serii Ogniem i mieczem, czyli przygody szalonego Grzesia – Powieść współczesna. Data ta jest powszechnie uznawana za dzień narodzin polskiego komiksu (choć tak naprawdę Ogniem i mieczem… nie jest najstarszą polską historyjką obrazkową). Oznacza to, że w bieżącym roku minęło 100 lat od tego wydarzenia. O tym fakcie przypominało między innymi wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy, umieszczając na krajowych tytułach stosowną grafikę. Logo z Tytusem de Zoo znalazło się również na okładce i wewnątrz pierwszego tomu fantastyczno-przygodowego Plemienia Sów Łukasza Wnuczka (wydanego jeszcze w 2018 roku). Okrągła rocznica to doskonały pretekst, żeby częściej sięgać po polskie komiksy, aczkolwiek uważam, że prace rodzimych twórców warto czytać niezależnie od okoliczności. Pod warunkiem, że są dobre. Czy Plemię Sów spełnia to kryterium?

Sam pomysł na fabułę jest obiecujący. Połączenie mitów i legend skandynawskich i północnoamerykańskich nie należy do oczywistych rozwiązań i może zaintrygować. Na komiks Wnuczka składają się dwa główne wątki. Z jednej strony mamy Arosena – potomka wikingów wychowanego przez Indian z ludu Meskaroa, który musi wykonać zadanie powierzone mu przez Panią Lasów. Z drugiej zaś Awaheyę, tajemniczą bestię mordującą Indian, i tropiących ją wojowników z plemienia Onego, którzy jednocześnie szukają pomocy Arosena. Wraz z rozwojem akcji oba wątki mają ze sobą coraz więcej wspólnego, na scenie pojawiają się nowi bohaterowie, autor odkrywa przed czytelnikami kolejne karty, a opowieść zmierza ku dramatycznemu finałowi.

Niestety, Plemię Sów to nie jest szczególnie dobry komiks. Okazuje się on mniej oryginalny, niż można było się spodziewać i zarazem mniej wciągający, niż mógłby być. W fabule trudno się pogubić, ale w trakcie lektury odnosiłem wrażenie obcowania z pewnego rodzaju narracyjnym chaosem. Niby przesadnie źle pod tym względem nie jest, lecz sądzę, że dodanie kilku stron mogłoby umożliwić sprawniejsze poprowadzenie tej historii. Na szczęście Plemię Sów nie jest równocześnie dziełem ewidentnie nieudanym. Czyta się je bezboleśnie, całość ma – w ostatecznym rozrachunku – przysłowiowe ręce i nogi, a emocjonalne zakończenie oceniam na plus.

Na korzyść komiksu Wnuczka przemawiają także rysunki. Wprawdzie kreska autora nie do końca mnie przekonuje, ale krytyczna opinia na temat strony graficznej tego tytułu byłaby wielce niesprawiedliwa. Warto przede wszystkim docenić pomysłowy układ kadrów na poszczególnych planszach, korzystnie wpływający na dynamikę i dramaturgię opowieści. Komiks jest czarno-biały, przy czym dominują tu rożne odcienie szarości, dzięki którym Plemię Sów wygląda nastrojowo, a miejscami nawet trochę onirycznie. Mimo że pochwaliłem kolorystykę komiksu, to jednak jest to aspekt, co do którego mam spore wątpliwości/zastrzeżenia – otóż wolałbym przeczytać tę pozycję w kolorze. W żadnym wypadku nie jestem przeciwnikiem czarno-białych komiksów, wręcz przeciwnie. Istnieje wiele publikacji, których nie wyobrażam sobie w innej formie – chociażby prac Nicolasa Presla czy serii Sin City Franka Millera (czarno-białej, lecz z drobnymi wyjątkami). Pierwsza część Plemienia Sów ukazała się już wcześniej po francusku i po angielsku. I w obu przypadkach wydano ją w kolorze. Moim zdaniem w tej wersji dzieło Wnuczka wygląda bardziej efektownie, aczkolwiek należy wziąć poprawkę na to, że tę opinię opieram na przykładowych planszach dostępnych w Internecie.

Wracając do polskiego wydania: komiks został opublikowany w niewielkim formacie. Na pierwszy rzut oka prezentuje się on całkiem nieźle, ale lekturę utrudniają małe litery (niemal na granicy czytelności), a i same ilustracje na pewno wyglądałyby lepiej, gdyby były większe. Każda, nomen omen, moneta ma jednak dwie strony. Brak kolorów i mały format bez wątpienia wpłynęły na cenę tego tytułu, a ta jest bardzo atrakcyjna (cena okładkowa to 19,90 zł). Być może dzięki temu polski czytelnik w ogóle może zapoznać się z Plemieniem Sów? W każdym razie mam nadzieję, że w przyszłości ta indiańsko-nordycka opowieść ukaże się u nas też w kolorze i w większym rozmiarze.

Na okładce pierwszego tomu Plemienia Sów Łukasz Wnuczek figuruje jako Łukasz. Ten widok sprawił, że moje myśli powędrowały w stronę znakomitego niemieckiego scenarzysty i rysownika Andreasa Martensa, który swoje prace firmuje samym imieniem. Porównywanie obu twórców nie ma jednak sensu. Andreas to światowa czołówka, a jego styl jest nie do podrobienia. Życzę natomiast naszemu rodakowi, żeby stał się postacią rozpoznawaną i cenioną w komiksowym środowisku. Jego debiut na polskim rynku wypadł w moim odczuciu dosyć przeciętnie, ale cykl ten ma pewien potencjał. W zeszłym roku za granicą ukazała się jego druga część i przyznam, że – pomimo rozczarowania początkiem tej historii – jestem nią umiarkowanie zainteresowany. Plemię Sów to nie jest pozycja, którą poleciłbym osobom chcącym bliżej poznać polski komiks. Oby zmieniło się to wraz z kolejnymi tomami.

Fot.: Timof i cisi wspólnicy


Przeczytaj także:

Recenzja komiksu Księżycówka, tom I

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.