Pojedynek seriali,Seriale

Pojedynek seriali #1: “Pracujące mamy” vs “The Letdown”

Tym wpisem rozpoczynamy nowy cykl, w którym będziemy porównywać zbliżone do siebie seriale. Dlaczego? Bo często nie mamy czasu, by obejrzeć wszystko, o czym się słyszy i co reklamowane jest przez platformy typu Netflix czy HBO Go – a jednak coś byśmy chcieli z tego wszystkiego wybrać. Poza tym – nie oszukujmy się – limit oryginalnych seriali powoli się wyczerpuje i nierzadko dostajemy tytuły, które wydają nam się w jakiś sposób znajome lub opierają się na podobnym pomyśle. Często nie ma w tym absolutnie nic złego, zresztą – nihil novi sub sole. W końcu – wszyscy lubimy porównania, a niektórych po prostu nie da się uniknąć. I właśnie dlatego powstaje nasz cykl – Pojedynek seriali. To właśnie tutaj, w poszczególnych rundach, rywalizować będą ze sobą zawsze dwa tytuły. Kto staje ze sobą w szranki dzisiaj, po raz pierwszy na naszym ringu? Dwa seriale opowiadające o świeżo upieczonych matkach i o tym, jak trudne potrafi być macierzyństwo. W pierwszym narożniku rozgrzewają się Pracujące mamy, w drugim pięści zaciska The Letdown. O zwycięstwo walczą ze sobą pierwsze sezony tych produkcji.

RUNDA PIERWSZA

FABUŁA

Pracujące mamy już na początku postawiły sobie trudniejszy cel do zrealizowania: zainteresować widza, ograniczając tematykę związaną z opieką nad niemowlakiem, do jeszcze węższego wątku – połączenia pracy z macierzyństwem. A chociażby z tym nie każda mama się utożsami. Po drugie, serial ten teoretycznie nie ma jednej głównej bohaterki, lecz 4 różne, co sprawia, że w produkcji o dość krótko trwających odcinkach i o niewielkiej liczbie epizodów w pierwszym sezonie, niełatwo będzie zarysować postaci na tyle, by zdążyć je polubić lub nie. The Letdown to historia jednej mamy (pojawiają się inne, lecz są to wątki marginalne), a jej perypetie nie są ograniczone przez żadne słowo znajdujące się w tytule – to po prostu kolejne dni z życia matki, której czasami trudno poradzić sobie z tym, jak jej życie wywróciło się do góry nogami. Bohaterka na tyle często i intensywnie pokazuje się na ekranie, będąc główną postacią, że szybko wyrabiamy sobie o niej zdanie i kibicujemy jej bądź nie. Oba seriale mają punkt wspólny, od którego zresztą oba się zaczynają – spotkania grupy wsparcia dla młodych mam. I również w The Letdown są one ciekawsze i wnoszą do fabuły o wiele więcej.

WYNIK: Tę rundę zdecydowanie wygrywa The Letdown, wymierzając Pracującym mamom siarczystego kopniaka.

RUNDA DRUGA

  BOHATEROWIE

Co nieco już powiedziałam o tym w poprzedniej rundzie, ale nawet pomijając fakt wielości bohaterów w Pracujących mamach – moim zdaniem to właśnie w tym serialu postaci są gorzej zarysowane, są nudniejsze, a ich problemy mniej życiowe. Szczerze mówiąc, niespecjalnie polubiłam kogokolwiek, choć też żadna z bohaterek nie wzbudziła we mnie szczególnej antypatii. Natomiast do Audrey z The Letdown od razu poczułam jakieś ciepłe uczucia – mimo że nie raz pokazywała swoją gorszą stronę. Chyba nie ma się co dodatkowo rozwodzić…

WYNIK: Tę rundę również wygrywa The Letdown.

RUNDA TRZECIA

PROBLEMATYKA

No właśnie – tutaj pojawia się bodaj największa przepaść pomiędzy tymi dwoma serialami. O ile bowiem The Letdown porusza tematykę macierzyństwa od takiej strony, że chyba każda matka w pewnym momencie pokiwa ze zrozumieniem głową (odizolowanie od znajomych, brak życia towarzyskiego, spięcia z partnerem, nieprzespane noce, szarpanina z ciężkim wózkiem, oceniające spojrzenia innych mam, wieczne rozczochranie i brak czasu na cokolwiek, dobre rady teściowej, mózg pracujący na zwolnionych obrotach…), o tyle oglądając Pracujące mamy, ma się wrażenie, że jedynym problemem tamtejszych mam jest kwestia tego, że raz na jakiś czas trzeba gdzieś odciągnąć pokarm. W serialu nawet za bardzo nie słychać płaczu dzieci, nie widać podkrążonych z niewyspania oczu mam… Są za to wyprasowane na gładko bluzki, lśniące włosy i kolczyk w sutku.

WYNIK: The Letdown wydaje się niepokonany – wychodzi zwycięsko z kolejnej rundy!

RUNDA CZWARTA

AKTORSTWO

Tutaj muszę być sprawiedliwa i przyznać, że w obu produkcjach aktorzy spisują się bardzo dobrze. Alison Bell z The Letdown gra co prawda bardziej naturalnie niż jej koleżanki z Pracujących mam, ale to akurat zwaliłabym na karb scenariusza. Całe The Letdown jest jakieś takie bardziej życiowe i naturalne. Aktorom zatem nie mam nic do zarzucenie – ani w jednej, ani w drugiej produkcji.

WYNIK: Ku zaskoczeniu wszystkich, mamy remis.

RUNDA PIĄTA

HUMOR

Żeby nie było, sprawdziłam, upewniłam się – oba tytuły funkcjonują jako komedie. Toteż uznałam, że i w takiej rundzie powinny się maglowane tutaj seriale zmierzyć. I cóż mogę powiedzieć… Żadna z produkcji nie jest wybitnie śmieszna – co więcej, prędzej u odbiorcy mogą wywołać one gorzki śmiech połączony z potakiwaniem i cichutkim, wymamrotanym pod nosem: Skąd ja to znam…. Mimo wszystko jednak to – zero zaskoczenia – The Letdown potrafiło o wiele częściej mnie rozśmieszyć niż jego rywal. Pracujące mamy w zasadzie chyba ani razu nie wywołały we mnie rozbawienia – a przynajmniej na ten moment nie przypominam sobie takiej sytuacji. W przypadku The Letdown od razu mogę wskazać chociażby scenę, w której Audrey zostaje obudzona przez swojego partnera w łóżeczku ich córki.

WYNIK: Niepokonane The Letdown pręży mięśnie przed publicznością.

RUNDA SZÓSTA

PRZYJEMNOŚĆ Z OGLĄDANIA

Dla nikogo nie powinno być już niespodzianką, kto położy na łopatki rywala w tej rundzie. Oczywiście The Letdown. Dowodem na to niech będzie fakt, że serial współtworzony przez Alison Bell (co ciekawe, Pracujące mamy również tworzy aktorka wcielająca się w jedną z głównych ról – czyżbyśmy mieli do czynienia z tematem, który można przedstawić, wyłącznie mając w nim własne doświadczenie?) obejrzałam z przyjemnością jeszcze raz, nim siadłam do obejrzenia tej walki, natomiast Pracujące mamy… skutecznie mnie do tego zniechęciły. Nie jest to serial zły – skąd. Na pewno znajdzie swoich zwolenników, ale The Letdown – w mojej ocenie – wygrywa z nim niemal pod każdym względem. Ogląda się go po prostu przyjemniej – jakbyśmy obserwowali zmagania naszej przyjaciółki, współodczuwając zmęczenie czy złość, natomiast Pracujące mamy to taki serial niby o temacie nam bliskim, ale ukazanym w jakiś taki bardzo odległy sposób. Gdyby porównać te seriale do problemu natury kuchennej, to powiedziałabym, że The Letdown zastanawia się, jak zrobić omlet, gdy zabrakło jajek, a Pracujące mamy kombinują, jak zrobić omlet tak, by nie ubrudzić sobie przy tym eleganckiej bluzki. Rozumiecie, o co chodzi?

WYNIK: The Letdown powoli podnosi ręce w triumfalnym geście.

OSTATECZNE STARCIE!

Jeśli jesteś młodą mamą i właśnie mierzysz się z takimi problemami, jak usypianie niemowlaka, utrata życia towarzyskiego, przemęczenie, poczucie, że wszystko robisz źle – na pewno znajdziesz punkty wspólne z Audrey z The Letdown, a sam seans utwierdzi cię w przekonaniu, że nie Ty jedna. Jeśli opiekę nad maluszkiem masz już za sobą – z nostalgią (lub wręcz przeciwnie) przypomnisz sobie zapewne chwile zwątpienia, słabości, ale i bliskości Twojego dziecka. Oglądając Pracujące mamy, jeśli sama nie wróciłaś do pracy, mając w domu maluszka i karmiąc piersią, możesz nie utożsamić się z bohaterkami. Jednak nawet jeśli mierzyłaś się z problemem odciągania pokarmu i utrzymania posady po krótszym urlopie macierzyńskim – może się okazać, że polskie pracujące mamy to nie to samo co kanadyjskie…

A co jeśli macierzyństwo wciąż przed Tobą albo w ogóle go nie planujesz? Czy któryś z tych seriali może Ci się w ogóle spodobać? Myślę, że w takim przypadku również wygrywa The Letdown – ponieważ i rozbawi, i wzruszy – bez względu na to, czy się jest mamą, czy nie. Co do Pracujących mam nie jestem tego taka pewna.

WYNIK: Dzisiejszy pojedynek oczywistą i porażającą przewagą wygrywa zatem serial The Letdown. Nie znaczy to jednak, że serialowe bitwy zawsze będą tak jednostronne. Dzisiejsi zawodnicy stawali do walki na tych samych warunkach, ale nie będę ukrywać, że sędzia od początku miał swojego faworyta.

Fot.: Netflix

PS W momencie, kiedy kończyłam pisać ten tekst, na platformę Netflix wskoczył drugi sezon Pracujących mam. Po obejrzeniu sześciu odcinków muszę przyznać, że produkcja wyrobiła się i ogląda się ją o wiele lepiej niż sezon pierwszy – jest zabawniej, bardziej interesująco i nawet bohaterki zyskują więcej kolorytu. Nadal uważam, że jeśli porównujemy oba seriale jako obrazy o macierzyństwie, to wygrywa The Letdown, które wokół niego się skupia, a Pracujące mamy traktują je raczej jako pretekst do rozwijania kolejnych wątków, a samych dzieci jest tam niewiele, jednak serial od Catherine Reitman okazuje się być naprawdę wciągającą i z odcinka na odcinek coraz zabawniejszą produkcją! Przede mną jeszcze siedem odcinków i trzeci sezon, który prędzej czy później będzie można obejrzeć na Netflixie, więc zobaczymy, czy będzie nadal lepiej. Natomiast The Letdown powraca z drugim sezonem już 31 lipca, zatem dosłownie za kilka dni.


Przeczytaj także:

Po pięciu odcinkach #5: Pracujące mamy

Avatar

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!