Policzek od idola – Chuck Palahniuk, Cameron Steward – „Fight club 2” [recenzja]

Każdy, kto choć trochę orientuje się w moich czytelniczych upodobaniach, wie, że Chuck Palahniuk to jeden z moich literackich idoli. Jasne, zdaje sobie sprawę, że nie jest to pisarz z najwyższej półki, którego dzieła trafią kiedyś do kanonu szkolnych lektur. Jestem w pełni świadomy powtarzalności jego utworów, bo prawda jest taka, że wszystkie książki autorstwa Palahniuka zbudowane są na tym samym szkielecie. Nie miało to jednak dla mnie żadnego znaczenia, kiedy pochłaniałem tak wymykające się schematom teksty jak Niewidzialne potwory, Kołysanka, Rozbitek, Pigmej czy – oczywiście – Fight club, najbardziej rozpoznawalne dzieło w karierze Amerykanina. Pomimo uderzania non stop w te same punkty, autor potrafi zachwycić swoich wyznawców (jedyne słuszne określenie pasujące do miłośników twórczości Palahniuka) czarnym humorem, sarkazmem i szaleństwem, które niby wciąż podawane jest tak samo, a jednak za każdym razem inaczej. W minionym roku Wydawnictwo Niebieska Studnia sprezentowało wyznawcom dwa tytuły spod pióra pisarza z Portland: przepełnioną seksem powieść Pełnia piękna oraz komiksową kontynuację kultowego Podziemnego kręgu. Jak można się domyślić większe zainteresowanie i nadzieje towarzyszyły mi w przypadku drugiego tytułu, okazało się jednak, że to właśnie współtworzony z Cameronem Stewardem Fight club 2 okazał się niewypałem. Co gorsza, wina nie leży po stronie rysownika, a tego, który odpowiedzialny był za fabułę – mojego idola, Chucka Palahniuka.

Tytułem wstępu zaznaczę, że niniejsza recenzja odnosi się do zbiorczego wydania podzielonego na dziesięć zeszytów komiksu (opinie na temat trzech pierwszych części znajdziecie TUTAJ oraz TUTAJ). Tak więc dla przypomnienia: akcja kontynuacji Fight clubu rozgrywa się dziesięć lat po wydarzeniach z literackiego pierwowzoru. Narrator, obecnie nazywający siebie samego „Sebastianem”, ożenił się z Marlą, ba – doczekali się nawet potomka. Co z tego, skoro „szczęście rodzinne” czy „domowe ognisko” to określenia, które nijak nie pasują do sytuacji, w jakiej znajduje się główny bohater. Wrócił do punktu wyjścia, ponownie jest znudzonym życiem więźniem korporacji i mebli z Ikei. Na dodatek uzależnionym od psychotropów. Niewiele lepiej wiedzie się Marli, ona z kolei tęskni za facetem, w którym się zakochała, tęskni za świrem, który potrafił ją pobudzić i dodać smaczku codziennej rutynie. Łaknąc więc jakichkolwiek wrażeń, szukając miłości, żona „Sebastiana” nadal regularnie uczestniczy w spotkaniach różnorakich grup wsparcia. Co w takim razie stało się z Tylerem, demonicznym alter ego Narratora? Rzecz jasna nie zniknął. Okazuje się, że przez dekadę regularnie uwalniał się na krótkie chwile, kontynuując anarchistyczną wizję „naprawy” świata.

Brzmi nieźle? Być może, jednak jak już wspomniałem, fabuła to niestety najsłabszy element Fight clubu 2. Skupię się zatem na zaletach, bo i one się znajdą. Największymi są oczywiście rysunki oraz wydanie zbioru. Przyznam, że nie jestem wielkim znawcą opowieści rysunkowych, jednak nawet taki laik jak ja jest w stanie docenić fachową robotę Camerona Stewarda. Kreska raczej prosta, aczkolwiek bardzo przyjemnie się na to patrzy, zwłaszcza w połączeniu ze świetnym natężeniem kolorów. Sceny „z życia wzięte” są szare, smutne i nijakie. Momenty akcji natomiast biją po oczach wyraźnie, być może aż za nadto, ale tak według mnie należało to zrobić. Do warstwy wizualnej naprawdę nie można się przyczepić.

Tak samo jak i do wydania samego w sobie – Niebieska Studnia naprawdę spisała się na medal! Poza dziesięcioma zeszytami, które już wcześniej dostępne były na rynku, dostajemy również przedruk zerowy oraz krótki wstęp, które wyjaśniają nieco kwestię różnicy pomiędzy literackim a kinowym zakończeniem Fight clubu. Całość wydana jest na kredowym papierze, w twardej okładce i naprawdę atrakcyjnej cenie (zwłaszcza porównując do ceny poszczególnych zeszytów). Wizualnie jest świetnie – Fight club 2 będzie ozdobą każdej domowej biblioteczki!

Zawodzi niestety treść i to zawodzi bardzo mocno! [UWAGA NA SPOILERY!!!] Co do kapitalnych obrazków dokłada ze swojej strony Palahniuk? Nazywając rzecz po imieniu: bełkot. Generalnie autor wmawia nam, że „Sebastian” od zawsze był Sebastianem, a demoniczny Tyler to nie żadne alter ego, a… liczący sobie tysiące lat byt! Jakby tego jeszcze było mało – byt, który już wielokrotnie odcisnął swe piętno na losach świata. Autentycznie. Im dalej brniemy w tę historię, tym bardziej odrywa się ona od rzeczywistości. W zasadzie nie powinno to być wadą, w końcu wszystkie dzieła Amerykanina można odkreślić mianem oderwanych od rzeczywistości, jednak tym razem pisarz przeszarżował. Najlepszym przykładem niech będzie obsadzenie w roli jednego z bohaterów… Chucka Palahniuka. Zabieg ten miał stanowić „efekt wow” i w sumie sam pomysł nie był może wcale taki zły, gorzej z wykonaniem. Kreujący się na ojca pozostałych postaci Palahniuk wprowadza akcję komiksu do własnego „normalnego” życia i na odwrót. Wyszło – delikatnie mówiąc – słabo. Do tego dochodzi jeszcze zakończenie, które naprawdę trudno polubić, nawet będąc wyznawcą kultu Chucka P. Nie chodzi nawet o logikę, bo nie jej oczekiwałem, ale o to, żeby wszystko chociaż jakoś w miarę spójnie się zawiązało. Nic z tego!

Podsumowując, pierwszym co przychodzi mi na myśl, jest złamane serce fana. Uwielbiam twórcę Niewidzialnych potworów, dlatego boli mnie strasznie, że skoro staram się być w kolejnych recenzjach szczery, to w tym przypadku zmuszony jestem mówić o zawodzie, jaki sprawił mi Fight club 2, a konkretnie jego główny autor. Palahniuk zaserwował odgrzewanego kotleta polanego niestrawnym sosem i doprawdy nie wiem czemu to miało służyć. Przecież pieniędzy raczej mu nie brakuje, wyrobił nazwisku markę, po co więc było pchać się w ten komiks? Wojna, którą stoczył ze światem korporacyjnych mend miała miejsce ponad 20 lat temu (powieść debiutowała w 1996), a jej finał był wystarczająco satysfakcjonujący. Po co wchodzić drugi raz do tej samej rzeki, bezczeszcząc ponadczasowy pierwowzór?

Czy polecam? Po wszystkim, co zostało napisane powyżej, wypadałoby stwierdzić: NIE, aczkolwiek myślę, że znajdą się i tacy, którym komiks ten przypadnie do gustu. Może się on spodobać wiernym fanom autora (choć jak widać nie wszystkim) czy też miłośnikom powieści obrazkowych (do których raczej się nie zaliczam). Wydanie zbiorcze kontynuacji Fight clubu to wizualna perełka zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Cameron Steward spisał się świetnie, tak jak i polski wydawca (przy okazji wielki szacunek dla Niebieskiej studni za promowanie w naszym kraju takich autorów jak właśnie Palahniuk czy Hubert Selby Jr.) – nie można im nic zarzucić. Pretensje należy niestety kierować pod adresem jednego z moich idoli, którego oczywiście wciąż będę wielbił, jednak policzek pt.: Fight club 2 zapamiętam z niesmakiem.

Fot.: Niebieska studnia

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.