Po pięciu odcinkach,Seriale

Po pięciu odcinkach #6: Wieszam psy – „It’s Bruno!”

it's bruno!
it's bruno!

Moja redakcyjna koleżanka, która wpadła na pomysł cyklu Po pięciu odcinkach, miała świetny pomysł! Daje to bowiem szansę zarówno opowiedzieć pokrótce o tych tytułach, które nas zachwyciły, i nie jesteśmy się w stanie doczekać, by opowiedzieć o nich na łamach portalu (a niektóre seriale liczą sobie przecież po wiele, wiele odcinków), jak i przemęczyć tych pięć epizodów i ponarzekać na produkcję, która naszym zdaniem absolutnie nie jest warta uwagi – bez marnowania czasu na oglądanie całego sezonu (bądź sezonów). I tak też właśnie uczyniłam z jedną z nowości Netflixa – serialem It’s Bruno! Gdyby nie ów cykl, skończyłabym “przygodę” z tą produkcją już po pierwszym odcinku, pomyślałam jednak, że przemęczę się jeszcze przez cztery kolejne epizody, zwłaszcza że pogoda wtedy była pod psem, i z pełnym przekonaniem odradzę Wam poświęcanie czasu na ten tytuł.

It’s Bruno! opowiada o młodym mężczyźnie, Malcolmie, który zamieszkuje Brooklyn, a dnie spędza na szeregu czynności związanych z opieką nad ukochanym psem – tytułowym Brunem. Malcom szykuje więc psiakowi śniadanie (smażone plastry indyczego mięsa – koniecznie tej jednej konkretnej, wybranej firmy), wychodzi z nim na spacer, zbiera po nim kupy, wybiera w sklepie zoologicznym kolejne przysmaki, a także uczy nowych sztuczek, kiedy w grę wchodzi rywalizacja z innym właścicielem psa i jego pupilem. I w zasadzie o tym jest serial. Trudno nawet napisać, że Bruno i jego pan w kolejnych odcinkach przeżywają jakieś przygody lub że śledzimy ich perypetie – coś takiego raczej nie ma miejsca, a my nudzimy się jak mopsy podczas tych kilkunastu minut. Epizody trwają po 10, 12, czasem nieco więcej minut, i jest to w moich oczach jedyna zaleta tego serialu. Nawet samego psiaka jest tu w zasadzie niewiele, bo głównym bohaterem jest jego właściciel i jego obsesja na punkcie Bruna. Malcolm zresztą wzbudza dość jednoznaczne emocje – jest nieprzyjemny w obyciu, trudno z nim sympatyzować, momentami bywa wręcz niesmaczny – jak zresztą sam serial – choć trudno mi sprecyzować, z czego to właściwie wynika. Tym bardziej że wiemy o nim niewiele, choć możemy o nim powiedzieć na przykład, że raczej żaden z niego pies na baby czy pies ogrodnika.

It’s Bruno! ma być z założenia komedią, ale śmieszny nie jest. Powiedziałabym raczej, że bywa żałosny i irytujący. W zasadzie nie wiem, czym jest – to taki trochę… ni pies, ni wydra. Gra aktorska jest przesadzona i momentami wręcz teatralna, ale przyznaję, że możliwe, iż taki był zamysł twórców – choć nie wiem po co; ja tego w każdym razie nie kupuję. Technicznie niczym się nie wyróżnia, fabularnie ani pod żadnym innym względem również. No chyba że jako wyróżnienie potraktujemy to, jak zły, nudny i pozostawiający po sobie niezidentyfikowany niesmak jest to tytuł. Być może Solvan Naim – twórca serialu i odtwórca głównej (nie tytułowej) roli – miał w planach stworzyć krótką, zabawną opowieść o człowieku przesadnie zapatrzonym w swojego psa i za cel życia stawiającym sobie opiekę nad nim. No cóż – nie wyszło. I szczerze mówiąc, dziwię się, jakim cudem, to dziwadło w ogóle powstało i trafiło pod skrzydła Netflixa; chyba jakimś psim swędem. Póki co jest to zdecydowanie najsłabsza rzecz, jaką widziałam na tej platformie.

Zastanawiam się, komu mogłabym polecić ten serial, komu mógłby on przypaść do gustu – którym z moich znajomych, komu z rodziny… Jaka grupa odbiorców mogłaby być z niego zadowolona? Niejednokrotnie bywa przecież tak, że choć nam coś nie przypadło do gustu, wiemy, że spodoba się komuś innemu – z różnych względów. Z serialem It’s Bruno! mam w tym wypadku problem, bo naprawdę nie mam pojęcia, komu mogłabym go polecić. Nie sądzę, by komukolwiek mógł się spodobać. Wydaje mi się, że nie obejrzałby go z satysfakcją pies z kulawą nogą. Ale jeśli są takie osoby – to bardzo dobrze, znaczy to bowiem, że pieniądze przeznaczone na realizację tego projektu nie poszły całkowicie psu na budę. A jeśli niniejszy tekst czyta jakiś fan serialu czy chociaż ktoś, komu po prostu przyjemnie się go oglądało – zachęcam do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami. Chętnie dowiem się, co może się w It’s Bruno! podobać, a czego sama nie doceniłam i być może niektóre opinie o nim odszczekam. Ja do serialu z pewnością nie wrócę, choć zostały mi jedynie trzy odcinki. Uwierzcie mi jednak (bo nie łżę jak pies), że już te cztery króciutkie epizody były dla mnie nie lada męczarnią. Być może nie doceniam pomysłu i realizacji… No cóż, w takim razie nie dla psa kiełbasa i dobrze, że zrezygnowałam z dalszego oglądania.

Fot.: Netflix


Przeczytaj także:

Po pięciu odcinkach: Pracujące mamy

Pomysł (bo lubię psy)5
Humor0.5
Aktorstwo4
Bohaterowie2
Zaangażowanie widza1
Przyjemność z oglądania (bo lubię psy)0.5
2.2Ocena ogólna
Avatar

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!