Filmy,Recenzje

Potwór na ratunek – J.A. Bayona- “Siedem minut po północy” [recenzja]

Siedem minut po północy
Siedem minut po północy

Wszelkie dzieła, które opowiadają jakąś historię z perspektywy dziecka, są dla mnie wyjątkowe. Punkt widzenia młodego, jeszcze nie do końca ukształtowanego psychicznie człowieka jest w większości przypadków pozbawiony fałszu, zakłamania, intryganctwa i kombinacji tak charakterystycznych dla wielu dorosłych osób. Jednocześnie dzieci są wciąż dość mocno zakorzenione w świecie fantazji, co często jest dla nich niezwykle zbawienne i okazuje się być lekarstwem na prawdziwy świat, z którego skomplikowaniem i zawiłościami tak trudno sobie poradzić. To doprawdy fascynujące – mieć możliwość jako dorosły widz obserwować, w jaki sposób funkcjonuje psychika młodego człowieka i w jaki sposób radzi on sobie z przytłaczającą rzeczywistością, której nierzadko dorośli nie są w stanie sprostać. Siedem minut po północy – ekranizacja powieści Patricka Nessa o tym samym tytule dołącza do zacnego grona fenomenalnych produkcji, którym blisko do miana wybitnych i ponadczasowych. To bardzo trudny film, jednak mimo wszystko uważam, że przez przekaz w nim zawarty powinny się z nim zapoznać również dzieci mające około dziesięć i więcej lat.

Conor O’Malley nie ma w życiu łatwo. Szkoła jest dla niego przykrym miejscem, w którym czekają na niego prześladujący go „koledzy” z klasy. W domu większość czasu spędza samotnie, ponieważ jego mama nie jest w stanie poświęcić mu tyle czasu, ile by chciała, z prostej przyczyny – matka Conora jest ciężko chora. Wyniszczający jej ciało nowotwór nie daje za wygraną, każdego dnia ujmując energię z niegdyś pięknej, roześmianej i pełnej życia kobiety. Sztywna, nieznosząca sprzeciwu i uparta babcia jest dla niego złem koniecznym, a ojciec, który opuścił rodzinę kilka lat temu, wraca ze Stanów Zjednoczonych do Anglii na krótki czas i w niewłaściwy sposób próbuje być dla niego dobrym kumplem w sytuacji, która odbiega od normalnych dla chłopców w wieku Conora. Dwunastoletni chłopak znajduje się w bardzo złym momencie swojego życia. Jest zbyt dojrzały emocjonalnie, żeby być tylko chłopcem, ale jest również zbyt młody, by być traktowany jak dorosły. Od jakiegoś czasu nękają go przerażające sny, z którymi wyraźnie sobie nie radzi. Bezsilnie ucieka w świat swojej pasji i uparcie rysuje, szkicuje i przelewa w ten sposób część przerastających go emocji i uczuć na kartki papieru. Któregoś wieczoru, dokładnie siedem minut po północy, widzi dziwny ruch na urokliwym, acz mrocznym nocą cmentarzu za oknem. W pewnym momencie ze zgrozą odkrywa, że rosnący tam od lat cis ożywa i kieruje się w stronę jego domu… Okazuje się, że Potwór przyszedł, żeby opowiedzieć chłopcu trzy historie, po czym będzie chciał usłyszeć od chłopca jego opowieść. Zdezorientowany, wystraszony, ale i zafascynowany Conor przystaje na propozycję przerażającego stwora.

Siedem minut po północy to rewelacyjny wręcz film. Nie lubię rzucać takimi banałami, ale wiem, że cokolwiek bym nie napisał – i tak będzie to niewystarczające. Rozłożył mnie na łopatki i trafił do mnie, jak niewiele produkcji ostatnimi czasy. W zasadzie nie było elementu, który by mi się nie spodobał, mimo iż uparcie szukałem jakiejś małej dziurki – nieścisłości, której mógłbym się uczepić. „Pech” chciał, że scenariusz napisany przez samego autora pierwowzoru jest piekielnie dobry i dbający o szczegóły. To niezwykle dojrzały i odważny film, biorąc pod uwagę target, do którego (prawdopodobnie) jest kierowany. Co zresztą wcale nie tak łatwo określić, bowiem Siedem minut po północy jawi mi się jako hybryda gatunkowa. Z powodzeniem może być traktowany jako film grozy dla młodzieży, jako film familijny, fantastyka oraz jako pełnokrwisty dramat dla dorosłych. Nie ma jednej szuflady, do której możnaby upchnąć produkcję J.A. Bayony (twórcę takich dzieł jak Sierociniec czy Niemożliwe).

 Nie wiem od czego zacząć, żeby oddać pełnię wrażeń, które dostarcza Siedem minut po północy. Już sama problematyka minuta po minucie robi z nami to, co z głównym bohaterem – rozdziera nas na drobne kawałeczki, pozbawia nas wszelakich złudzeń i sprawia, że łzy samoistnie cisną się do oczu. Jest to bowiem film o próbie pożegnania się oraz o utracie kogoś bliskiego, prawdopodobnie kogoś najbliższego naszemu sercu.  To dzieło, które bez zbędnych ceregieli czy owijania w bawełnę opowiada o śmierci i o niemożliwości poradzenia sobie z nią zarówno przez osobę umierającą, jak i jej najbliższe otoczenie. Ekranizacja powieści Patricka Nessa to również ukazanie, że każdy próbuje poradzić sobie z cierpieniem na swój sposób – dla jednych będzie to sztuka, pełne oddanie się pasji, a dla innych będzie to obsesyjna dbałość o ład i porządek. To wreszcie produkcja, która opowiada o zmianach, które – chcemy czy nie – towarzyszą nam w życiu, oraz piękna lekcja dla dorosłych, że dzieci czują tyle samo, jeśli nie więcej, co dorośli i nie należy ich marginalizować tylko dlatego, że nie mają dowodu osobistego.

Niesamowita i zapadająca w pamięci jest również postać Potwora, któremu głosu użyczył Liam Neeson i był to ze strony twórców strzał w dziesiątkę, bo utalentowany aktor fenomenalnie wykonał swoją pracę, czyniąc z Potwora prawdziwą i bezlitosną bestię, dla której najbardziej istotną rzeczą jest prawda. Potwór to istota, która przeraża, fascynuje i stanowi jeden z najistotniejszych elementów produkcji – zarówno pod względem fabularnym, aktorskim, jak i technicznym. Wielkie brawa należą się osobom odpowiedzialnym za jego ostateczny wygląd, bo od jego pierwszego pojawienia się na ekranie wyczekujemy jego ponownego nadejścia. To postać, która powinna przejść do historii kina – zarówno za efekt wizualny, jak i za jej istotność względem całej opowieści.

Wspomniałem już o Potworze, ale warto napisać słów kilka na temat samych opowieści, które przekazuje Conorowi pradawny cis. Są to trzy wygenerowane komputerowo cudowne, przeurocze, przypominające stylem rysunki samego Conora słodko-gorzkie historie, które mają uświadomić chłopcu, że człowiek jest istotą złożoną i nie sposób nikogo ani niczego zaszufladkować, bo jest to niezwykle krzywdzące, tym bardziej gdy nie znamy wszystkich elementów składających się na dany przypadek.  Sam wątek z kolei nasuwa skojarzenie z Opowieścią Wigilijną Dickensa.

Siedem minut po północy wypada bardzo dobrze również w kwestiach aktorskich. Odtwórcy ról wypełnili swoje zadania na poziomie silnej piątki z plusem, ale największe uznanie trzeba skierować do duetu Neeson-MacDougall. O ile Neeson musiał zagrać „tylko” głosem, o tyle cały ciężar filmu opiera się na barkach młodziutkiego Lewisa MacDougalla. To nie jest debiut dla młodego aktora, ale i tak miał przed sobą piekielnie trudne zadanie, żeby oddać całą złożoność emocji, które kotłują się w umyśle Conora. A sam moment czwartej opowieści chwyta za serce głównie dzięki niemu. Chłopak spisał się w tej roli na medal i czekam, jakie role wybierze w dalszej części swojej kariery.

Nie do końca rozumiem sens polskiego tytułu filmu. Zdaję sobie sprawę, że identyczny tytuł otrzymała również kilka lat temu książka Patricka Nessa, ale nie jestem zwolennikiem tego tłumaczenia. Powiem więcej – moim zdaniem ten tytuł w jakiś sposób wypacza treść i ogólny sens samego filmu (książki niestety jeszcze nie czytałem, dlatego też nie będę w stanie napisać żadnego porównania z literackiem pierwowzorem). Dlaczego? Z prostej przyczyny – oryginalny tytuł A monster calls z marszu zwiastuje coś strasznego, narzuca pewien sposób odbioru, nadając całości mroczny wydźwięk i tajemnicę już na starcie, a nasz tytuł, Siedem minut po północy, nie dość że nie mówi nic konkretnego, to jeszcze jest w pewien sposób błędny, ponieważ Potwór ukazuje się Conorowi również po południu. W obu przypadkach uważam to za słabiutki pomysł na tłumaczenie i nawet marketingowo nie jestem w stanie zrozumieć decyzji o takim przekładzie.

Przeszkadza mi fakt, że Siedem minut po północy przeszło w naszych kinach praktycznie bez echa. Jakieś dyrdymały blokują sale kinowe multipleksów nieraz długimi miesiącami, a film J.A. Bayony zniknął w moim mieście po niespełna dwóch tygodniach od daty premiery. Dziwią mnie też tak niskie wyniki finansowe tej produkcji – czyżby masowy widz nie był gotowy na zmierzenie się z brutalną, ale pięknie opowiedzianą przez twórców tej historii prawdą? Wydaje mi się, że będzie to jeden z najbardziej niedocenianych filmów roku i ogromnie mi z tego tytułu przykro. Wiem na pewno, że muszę obejrzeć Siedem minut po północy ponownie, żeby upewnić się, czy ten film rzeczywiście zasługuje na najwyższą notę, jaką mu po seansie wystawiłem. Inną rzeczą jest fakt, że ja po prostu bardzo chętnie obejrzałbym go raz jeszcze!

Ocena: 9/10

Fot.: Monolith Films

Podobne wpisy:

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

Komentarze: 1

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *