Projekt Hail Mary to kolejna ekranizacja powieści Andy’ego Weira, która ma szansę stać się hitem. Marsjanin z Mattem Damonem dobrze oddał ducha literackiego pierwowzoru, chociaż sam film musiał się pocieszyć tylko dwoma Złotymi Globami. Jednak w tym wypadku celuje się wyżej – mówi się nawet o Oscarach. Rozmach wszak większy, dramat bardziej dramatyczny, a kosmos bardziej cichy i nieznany, niż dotychczas. Myślę jednak, że złote statuetki można jeszcze chować do szafy. Projekt Hail Mary to może i wielkie kino, ale również prosta rozrywka, której brakuje błysku geniuszu.
W swojej recenzji powieści mówiłem już, co mi leży na wątrobie, a nawet przewidywałem że taki rozmach, to mają tylko w Hollywood i ekranizacja to tylko kwestia czasu. Gdy na potrzeby niniejszego tekstu przypomniałem sobie swoją ocenę powieści, odniosłem wrażenie, iż seans niewiele się różnił od lektury, jeśli chodzi o odbiór wizji autora. O ile jednak książkowy Ryland Grace w pewnym momencie swoją ironią już tylko irytował i człowiek życzył mu potknięcia, to uroczy Ryan Gosling stworzył bohatera na tyle pozytywnego, że trudno mu nie kibicować.
Zachowano pierwotny schemat powieści – Rylanda Grace’a poznajemy, gdy już dryfuje w przestrzeni kosmicznej i próbuje sobie przypomnieć, jakim cudem ze szkolnej klasy przeniósł się do statku kosmicznego. Retrospekcje pozwalają nam odkryć, jak zrezygnowany naukowiec poczuł ponowny przypływ pasji, zaangażował się w projekt mający uratować Ziemię; ale największą zagadką pozostaje to, czemu wziął udział w samobójczej misji „Hail Mary”. W pewnym momencie można odnieść wrażenie, że dla twórców ważniejszą zagadką było właśnie to, a nie w jaki sposób udałoby się – bagatela – uratować życie na niebieskiej planecie. Nieco to irytujące i przekłamujące to, jaki jest faktyczny środek ciężkości tej opowieści, czego dotyczy misja i co grozi ludzkości w przypadku niepowodzenia. Życie pojedynczego człowieka jest w tym momencie nieistotne, bo gra jest o znacznie wyższą stawkę, ale i tak scenarzyści zmusili nas do litowania się nad Gracem, bo do misji został zmuszony podstępem.
Wspomniałem o sporym rozmachu, i to trzeba rozwinąć, ponieważ Projekt Hail Mary faktycznie jest filmem sporym. Trzeba twórcom oddać, że nie poszli na skróty, nie wycięli znaczących fragmentów pierwowzoru, nawet jeśli produkcja przez to trwała trochę dłużej niż standardowy seans. Kolejne działania Grace’a w poszukiwaniu leku na pożerane gwiazdy oddano prawie że w skali 1:1, zwłaszcza jeśli chodzi o pierwszy kontakt z obcą cywilizacją. Rocky wygląda i zachowuje się mniej więcej tak, jak go zapamiętałem, chociaż na ekranie jego „inność” szybko została spłaszczona, gdy Grace uruchomił program, który w czasie rzeczywistym dokonywał tłumaczenia języka Eridianina na angielski. Oczywiście spowodowało to, że więź między człowiekiem a kamieniem była emocjonalną podróżą i troska ich o siebie nawzajem budziła wzruszenie. Ryan Gosling bardzo wiarygodnie odegrał samotnego człowieka, który cieszy się na myśl, że ma do kogo odtworzyć gębę. Chwyta zwłaszcza za gardło moment, gdy Rocky budzi w nim nadzieję, że Grace jednak będzie mógł wrócić na Ziemię – jego łzy są szczere i bardzo łatwo sobie wyobrazić, ile to dla niego znaczy.
Nie chciałbym po raz kolejny się mścić na tej historii za liczne głupotki, które z książki przeszły do filmu (wciąż wydaje mi się to absurdalne i nieodpowiedzialne, żeby na tak ważną misję wysłać tylko 3-osobową załogę i nie zakładać, że jeśli pilotowi albo inżynierowi coś się stanie, to cały misterny plan poszedł… sami wiecie gdzie). Przynajmniej ekranowy Ryland Grace nie epatował aż tak bardzo tym, że chociaż na kosmicznej wojaczce się nie zna, to i rakietę naprawi, pilotować statek się nauczy, a jeśli trzeba w tydzień ogarnąć język obcych, to on lingwistą awaryjnym też będzie. Projekt Hail Mary oglądało się po prostu dobrze, chociaż nie ma tu iskry geniuszu, jak przy Odysei kosmicznej czy Interstellar, do których usilnie próbuje się go porównywać. To epicka, heroiczna opowieść, która szybko każe nam zapomnieć o swoich mankamentach, kierując naszą uwagę na zupełnie inne wątki. Wątki, które, trzeba przyznać, narracyjnie mocno angażują widza. Natomiast nie jestem w stanie przełknąć zakończenia, które już w książce zalatywało żenadą, ale w filmie przeciągnęli to do granic możliwości. Abstrahując więc od tego, czy film doczeka się Oscara, to w ciągu kilku lat okaże się, czy Projekt Hail Mary wytrzyma próbę czasu, czy po pewnym czasie będzie martwą skamieliną dryfującą w zimnej przestrzeni kosmosu.
Na tej stronie wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? ZGADZAM SIĘ
Manage consent
Privacy Overview
This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.