Książki,Recenzje

Zbawiciel światów musi być wszechstronny – Andy Weir – „Projekt Hail Mary” [recenzja]

Świat do uratowania i tylko jeden człowiek, który może to zrobić. Brzmi to tak epicko i heroicznie, że tylko mózgowcy z Hollywood mogliby wymyślić dramatyczny scenariusz na blockbusterowy hit o jednoosobowej armii. Jeśli jednak czytaliście lub oglądaliście Marsjanina, to wiecie, że Andy Weir uwielbia wystawiać swoich bohaterów do samotnej walki w przestrzeni kosmicznej. Tu jednak kaliber jest znacznie większy, bo o ile Mark Watney walczył wyłącznie o własne życie na Marsie, o tyle Ryland Grace bierze na barki los całej ludzkości. I chociaż z początku nie może się pogodzić ze swoim położeniem, to dość szybko przechodzi do działania równie sprawnie, co samotnik na czerwonej planecie. Po lekturze powieści Projekt Hail Mary w głowie kotłowały mi się nie tyle przemyślenia na temat jakości powieści, bo o jej walorach rozrywkowych i metafizycznych wyrobiłem sobie zdanie dość szybko, ile refleksje dotyczące tego, czy Andy Weir, pisząc powieść podobną do Marsjanina, nie podzielił losu swoich głównych bohaterów i nie zamknął się na własne życzenie w hermetycznej bańce jednej fabularnej sztuczki.

Zanim jednak zacznę snuć porównania nie zawsze korzystne dla Projektu Hail Mary, trzeba wspomnieć o tym, co książka robi w sposób unikalny – oczywiście w zakresie dotychczasowych dokonań autora. Andy Weir sięgnął po dosyć banalny i powtarzalny motyw i zdzielił po głowie głównego bohatera totalną amnezją, więc Ryland Grace, budząc się w metalowej puszce, nie wie nawet, że jest Rylandem Gracem, i nie pojmuje, dlaczego do cholery tu nie ma okien. Może zwariował i trafił do szpitala psychiatrycznego? Szybko jednak się orientuje, że grawitacja w pomieszczeniu jest dość niecodzienna, więc wniosek nasuwa się sam – na pewno nie jestem na Ziemi. Andy Weir, pomimo prostej zagrywki, wykorzystuje ją bardzo umiejętnie, ponieważ wspomnienia wracają do głównego bohatera stopniowo, a jest to istotne, bo dzięki temu dowiadujemy się, w jaki sposób zza nauczycielskiego biurka Ryland Grace trafił do statku kosmicznego. Tę zagadkę odkrywałem z przyjemnością i wręcz wyczekiwałem kolejnych retrospekcji wyjaśniających, jakim cudem główny bohater trafił na pokład statku.

Tytułowy projekt „Hail Mary” jest misją, która ma zbadać przyczyny rozprzestrzeniania się wokół wielu gwiazd tajemniczych mikroorganizmów, które „zjadają” ciepło, między innymi Słońca, przez co drastycznie obniża się temperatura na Ziemi. Grozi to więc ekologiczną katastrofą i nową epoką lodowcową, zatem najwięksi naukowcy na świecie desperacko szukają rozwiązania. Przełomem okazuje się odkrycie jednej z gwiazd, która pomimo działania wyżej wskazanych mikroorganizmów, nie traci swojej energii cieplnej. Załoga statku „Hail Mary” wyrusza tam, aby odkryć, w jaki sposób niniejsza gwiazda broni się przed agresorem. Tak, użyłem słowa załoga, ponieważ Ryland Grace nie miał być jedynym gospodarzem statku. Ale, podobnie jak w Marsjaninie, jakimś cudem tylko on przeżył. Jedyne, co może, to odprawić im kosmiczny pogrzeb i zastanowić się, co robić dalej.

Jak na człowieka, który nie planował odbyć kosmicznej podróży w jedną stronę, Ryland Grace dość szybko się pozbierał i zabrał się do działania. Można to uznać za pierwszy zgrzyt, skoro mamy do czynienia z facetem, który nie wytrzymał presji na uniwersyteckich dyskursach z dziedziny biologii i wybrał spokojne nauczanie w liceum. Ale mogę się w tym przypadku mylić, bo tak naprawdę my sami nie wiemy, jakbyśmy się zachowali w sytuacji bez wyjścia, póki się w niej nie znajdziemy. W każdym razie główny bohater Projektu Hail Mary nie poddaje się, zwłaszcza gdy odkrywa, że nie jest sam w docelowym układzie planetarnym. Tego można się było domyślić z opisu książki, gdzie niestety już na tylnej stronie dostajemy informację, że pomimo samotnej podróży będzie miał sojusznika; co więcej, wiemy, że Ryland Grace może ocalić nie tylko Ziemię. Szkoda, bo odziera to książkę z elementu zaskoczenia, którym z pewnością byłby wątek pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją.

I tu zaczynają się poważne zastrzeżenia wobec najnowszej powieści Andy’ego Weira. Nie można mu odmówić naukowego podejścia do poszczególnych aspektów – zarówno jeśli chodzi o zagrażające Ziemi mikroorganizmy, jak i przeprowadzone przez głównego bohatera analizy w obcym systemie. Autor bierze pod uwagę przede wszystkim takie podstawowe rzeczy jak: atmosfera, temperatura i powietrze, w którym dane gatunki są w stanie funkcjonować. W wielu produkcjach s-f możemy dostrzec, że obce sobie istoty bez problemu radzą sobie w identycznych warunkach, co miałoby sugerować, że zarówno Ziemia, jak i planeta tak zwanych kosmitów ma identyczną atmosferę, grawitację, temperaturę i skład powietrza. Tu ogromny plus dla autora, bo, szczerze mówiąc, wcześniej nigdy o tym nie pomyślałem! A przecież nieprzyjazne dla nas ciśnienie czy przybijająca w grunt silna grawitacja może zabić w sekundę. Andy Weir nie daje więc możliwości, aby Ryland Grace i Rocky (tak go nazwał główny bohater powieści) przybyli sobie piątkę i pracowali ramię w ramię nad ocaleniem swoich światów.

Problem pojawia się jednak w momencie, gdy Ryland Grace ze znużonego życiem byłego naukowca i obecnie nauczyciela, staje się mistrzem w każdym fachu. Przede wszystkim, jeśli chodzi o kontakt z inną cywilizacją – sposób komunikacji Rocky’ego okazał się znacznie bardziej skomplikowany od naszego. Nasz dzielny bohater jednak radzi sobie z tym dość szybko i po kilkunastu dniach potrafią się już porozumiewać bez większego problemu. Okazuje się, że – pomimo iż informatyka nie jest jego najmocniejszą stroną – w Excelu (!) potrafił stworzyć sobie takie funkcje, które służyłyby mu za słownik dźwięków wydawanych przez Rocky’ego. To był pierwszy moment, gdy podczas lektury Projektu Hail Mary złapałem się za głowę, a nie był to ostatni taki przypadek. Albowiem Ryland Grace okazuje się również doświadczonym nawigatorem statku kosmicznego, astronautą umiejącym bez większego problemu poruszać się po kadłubie „Hail Mary”, mechanikiem umiejącym naprawić napęd rakietowy (!!), znajdując się na zewnątrz statku (!!!). I do tego bohater za każdym razem ironicznie komentuje, że nie jest to jego najsilniejsza strona… ale zadanie bez większego problemu wykonuje. Na jego obronę można powiedzieć, że Rocky przewyższa go w dziedzinie inżynierii, ale to marne pocieszenie.

Projekt Hail Mary stawał się dla mnie stopniowo powieścią absurdalną, dowodzącą jakoby, że jeden człowiek – co prawda z pomocą innej jednostki – jest w stanie poradzić sobie w wielu aspektach naukowych i technologicznych, co według mnie jest nazbyt przesadzone. Pasuje jednak do komercyjnego podejścia do fantastyki naukowej, gdzie tego typu opowieści mają przyciągnąć uwagę odbiorcy heroicznością bohatera. Podejrzewam, że powieść Projekt Hail Mary zostanie dość szybko zekranizowana, podobnie jak to było w przypadku Marsjanina. Tylko czy mamy jeszcze ochotę na historie o samotnych bohaterach w przestrzeni kosmicznej?

No właśnie, tu dochodzimy do moich rozterek z samego początku – czy Andy Weir zaszufladkował się już w takich quasi-superbohaterskich opowieściach? Wydawać by się mogło, że tak. Takie wizje najwyraźniej go fascynują, problem polega na tym, że w mojej ocenie nie potrafi się zatrzymać w skali własnego projektu. Marsjanin był dla mnie do przełknięcia w kontekście ogólnej fabuły i walki Marka Watneya o własne życie, ale Projekt Hail Mary cierpi na efekty uboczne spowodowane przeszarżowaniem autora. I bardzo bym chciał, aby Andy Weir pokazał nam szerszy zakres własnych umiejętności i pomysłów na fabułę, bo pisanie powieści o wszechstronnie utalentowanych astronautach podchodzących do swojej tragedii z irytującą ironią może sprawić, że ostatecznie wyląduje w koszyku pisarzy tworzących przeciętne książki, które naśladują swoich poprzedników.

Fot.: Wydawnictwo Muza

Podobne wpisy:

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *