proxima

Miłość matki – Alice Winocour – „Proxima” [recenzja]

Alice Winocour w swoim najnowszym dziele Proxima postanawia pokazać widzom, jak wygląda wyprawa w kosmos z perspektywy matki siedmioletniej dziewczynki. Daje tym samym popis rewelacyjnego wyczucia oraz niezwykłych umiejętności opowiadania dramatycznych historii. Dawno już nikt w kinie nie pokazał tak dobrze, że spełnienie największego życiowego marzenia może być doświadczeniem tak psychicznie bolesnym, że w którymś momencie nabierzemy wątpliwości, czy warto za nim podążać.

Sara jest astronautką. Od dziecka marzyła głównie o tym, by polecieć w kosmos. Swoje życie prowadziła w taki sposób, by kiedyś zbliżyć się do realizacji tego pragnienia. Gdy w końcu zostaje wybrana przez Europejską Agencję Kosmiczną i ogłoszona członkinią misji „Proxima”, nie posiada się z radości. Jednocześnie w jej głowie kiełkuje obawa o siedmioletnią córkę – Stellę. Wszak udział w takim przedsięwzięciu wiąże się z morderczym treningiem i niezwykle żmudnymi, trwającymi miesiące przygotowaniami, sama misja zaś będzie trwać kilkanaście miesięcy. Sara postanawia zostawić córkę pod opieką Thomasa, z którym jest w separacji. W trakcie pobytu w rosyjskim oddziale Europejskiej Agencji Technicznej kobieta z dnia na dzień staje się coraz bardziej rozdarta między radością ze spełnienia marzenia i ponurym widmem rozłąki z ukochaną córką.

W dzisiejszych czasach aż roi się od takiej bezsensownej, sztucznej i niezwykle modnej poprawności politycznej. Na szczęście przedzierając się przez zwykłe pozoranctwo, możemy „dogrzebać się” do wielu wartościowych i dobrych ruchów społecznych, takich jak nigdy nietracące na ważności walki o prawa kobiet. Ma to oczywiście przełożenie na język kina – częściej powstają dzieła budujące w świadomości widza pewne wzorce, które powinny od zarania dziejów być traktowane jak oczywistość, jednak były (i często są) nie do przetrawienia przez wiele osób – jak choćby równość rasowa czy dążenie kobiet do wykonywania tej samej pracy, którą wykonują mężczyźni. Dlatego też w ostatnich latach kino polubiło hasło girl power, udowadniając (w lepszym lub gorszym stylu), że kobiet nie należy ignorować, bo często potrafią zrobić coś lepiej niż mężczyźni. Zakładam, że opis i zwiastun filmu zasugerował Wam, że najnowsze dzieło Alice Winocour będzie jednym z przedstawicieli takiego typowo hollywoodzkiego podejścia do ukazania siły kobiet, ale pragnę w tym miejscu rozwiać pewne wątpliwości. Bo widzicie – Proxima to jednocześnie jest, ale i nie jest film wpisujący się w motyw girl power. Jest, ponieważ w niektórych scenach otrzymujemy celebrację kobiecej siły, niezależności i wytrwałości w dążeniu do celu mimo męskiej nieprzychylności, ale przypisanie dzieła Alice Winocour tylko do tego sloganu byłoby niezwykle krzywdzące, ponieważ Proxima to coś zdecydowanie głębszego i znacznie bardziej złożonego emocjonalnie. Prawda jest taka, że to jeden z bardziej poruszających filmów, jeśli chodzi o ukazanie miłości rodzica do swojego dziecka.

Nie chcę nikomu niczego ujmować ani odbierać prawa do empatii, ale nie będzie żadnym kłamstwem, jeśli napiszę, że Proximę zupełnie inaczej odbierze człowiek nieposiadający dzieci, a inaczej rodzic. I nie chcę w tym momencie wybrzmieć jak jeden z tych dupków, który mówi z przekąsem do kolegi: „będziesz miał dzieci, to się przekonasz”. Nie w tym rzecz. To jest pewne niedookreślone „coś” wpisane w rodzicielstwo i tego się po prostu nie da uniknąć. Sara każdego dnia od decyzji o wylocie budzi się z myślą, że zostawia swoje dziecko na długie miesiące. Pomijając egoistyczny aspekt miłości i wychodzącej z niej potrzeby bliskości z osobą, którą kochamy, dochodzi tu kwestia świadomości, że córka wciąż uczy się życia, a Sary w tym procesie zabraknie na (zbyt) długi czas. Wątpliwości i strach potęguje narastający bunt Stelli, która nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego mama zostawia ją na tak długi czas. A prawda jest taka, że twórcy zadbali o to, żeby przedstawić nam Sarę głównie jako matkę, dopiero potem jako świetną astronautkę. Dlatego też w ciemno zakładam, że bardziej ten film trafi do tych z Was, którzy mają dzieci. Oczywiście pozostali będą w stanie go docenić, bo Winocour nie ogranicza się jedynie do analizy rodzicielstwa. Wyraźnie zarysowano tu motyw męskiego lekceważenia kobiet, co fenomenalnie zobrazował Matt Dillon, wcielając się w pyszałkowatego dupka prosto z wielkiej Ameryki, który wie wszystko najlepiej. Na szczęście wykreowana przez niego postać nie jest jednowymiarowa, przez co i sam problem protekcjonalizmu nie jest jedynie „papierowy”.

proxima 3

Na uwagę zasługuje bardzo dokładne zobrazowanie przygotowań, symulacji i ogromu pracy, jaką wkładają w każdą misję kosmiczną setki ludzi. Oczywiście na pierwszym planie i w świetle błyskających fleszy stoją astronauci, którzy polecą w kosmos i wymaga się od nich nadludzkich umiejętności („zwykłe” fizyczne niedomaganie z miejsca dyskwalifikuje kandydatów) oraz olbrzymiej wiedzy, jednak za nimi stoją także lekarze, koordynatorzy, technicy, inżynierowie, programiści i zapewne wiele innych zawodów, których nazw nie jestem w stanie nawet przytoczyć, a każdy dołożył przysłowiową cegiełkę to powodzenia misji takich, jak „Proxima”. Dzieło Winocour odziera misje kosmiczne z epickości zarezerwowanej dla blockbusterów, ale to w jej filmie znajdziemy znacznie więcej emocji i złożoności, których próżno szukać w hollywoodzkich superprodukcjach.

Aktorstwo stoi na wysokim poziomie. Oczywiście najbardziej istotna w tym wszystkim jest Eva Green, której udało się bardzo wiarygodnie ukazać wewnętrzne rozdarcie swojej bohaterki. Ten ból, panika i wewnętrzne sprzeczności walczące o palmę pierwszeństwa w głowie Sary były aż namacalne. Tym bardziej nie jestem w stanie zrozumieć, jakim cudem Sandra Bullock otrzymała nominację do Oscara za Grawitację, gdzie porównanie złożoności postaci i emocji nimi targających jest wręcz niestosowne. Z reguły bardziej cenię u aktorów ich umiejętność przekazywania i pobudzania emocji, ale Proxima to takie dzieło, które wymagało od Francuzki fizycznych przygotowań i efekty tej pracy widać bardzo wyraźnie, zwłaszcza w scenach dotyczących symulacji warunków w kosmosie. Na ekranie jako członkowie misji „Proxima” partnerują jej Matt Dillon (Miasto gniewu) i Aleksey Fateev (Niemiłość) i cała trójka ciekawie ze sobą współgra. Na drugim biegunie znajduje się Zélie Boulant wcielająca się w córkę Sary i jest to jej aktorski debiut, który – trzeba to przyznać – wypadł bardzo udanie. Dziecięcy aktorzy czasem mają problemy z wiarygodnym oddaniem emocji swoich bohaterów, ale nie w tym przypadku.

proxima 2

Proxima jest artystyczną odtrutką na banalne, powierzchowne filmy opowiadające zarówno o podboju kosmosu, jak i o rodzicielskiej miłości. To pogłębiony psychologiczny portret kobiety, która całe życie dążyła do tego, aby polecieć w kosmos, a im jest tego bliższa, tym trudniej opuścić jej Ziemię, ponieważ na tej planecie znajduje się jej największy skarb – córka. To świetne, intymne kino, po którym myśli zostają w głowie długi czas.


Przeczytaj także:

Recenzja komiksu Walka kobiet. 150 lat bitwy o wolność, równość i siostrzeństwo

proxima

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *