przepis na szczęście

Szukając siebie wśród wspomnień – Amélie Bonnin – „Przepis na szczęście”

Przepis na szczęście (oryg. Partir un jour) w reż. Amélie Bonnin to debiutancki, francuski komediodramat muzyczny, który od dzisiaj można oglądać w polskich kinach. Dystrybutorem filmu jest Aurora Films, a Głos Kultury objął go patronatem medialnym. Już sam międzynarodowy sukces produkcji rozbudza ciekawość – film ten jako debiut reżyserki otworzył zeszłoroczny festiwal w Cannes, co rozbudza apetyt na wyjątkowe kino. Okazuje się, że choć film Amélie Bonnin nie odkrywa nic nowego, to dostarcza widzom masę pozytywnych emocji i rozrywki.

Powrót do korzeni i późne dojrzewanie

Fabuła Przepisu na szczęście jest dość prosta i łatwo można ją uznać za banalną, ale jednocześnie stanowi solidną podstawę dla opowiedzenia uniwersalnej, ciepłej historii o poszukiwaniu własnej drogi do szczęścia. Główną bohaterką jest Cécile (w tej roli znana francuska piosenkarka Juliette Armanet), utalentowana szefowa kuchni z Paryża. Kobieta stoi u progu spełnienia marzenia o otwarciu własnej restauracji, dzięki której może podbić podniebienia gości. Los jednak chce inaczej: nagłe problemy zdrowotne jej ojca zmuszają Cécile do porzucenia wielkomiejskich planów i powrotu do rodzinnego miasteczka na prowincji. Tam, z dala od zgiełku metropolii, czas płynie wolniej. Bohaterka musi zmierzyć się z dawnym życiem, które wcale nie minęło bezpowrotnie – ponownie spotyka swoją pierwszą miłość, Raphaëla (Bastien Bouillon), teraz mechanika z ustatkowanym życiem rodzinnym. Choć oboje są już dojrzalsi i ich drogi się rozeszły lata temu, dawne uczucia i wspomnienia szybko odżyjają.

Film Bonnin można zaliczyć do nurtu kina określanego mianem „late coming-of-age” – opowieści o spóźnionym dojrzewaniu, kiedy to doświadczona życiem osoba, zbliżająca się do środkowego etapu dorosłości, staje przed koniecznością przewartościowania swoich wyborów. Cécile, zbliżając się do tytułowej „czterdziestki”, zaczyna zastanawiać się, czy dotychczas obrana ścieżka – skupienie na karierze kosztem życia osobistego – na pewno prowadzi ją do szczęścia. Twórczyni w losach Cécile porusza typowe dylematy dojrzałego życia – konflikt między karierą a życiem rodzinnym czy presją posiadania dzieci kontra własne ambicje. Przepis na szczęście nie zagłębia się co prawda w te pytania z przesadną powagą czy filozoficzną głębią. Jednak mimo że fabuła pozostaje przewidywalna, a konkluzje raczej oczywiste, film skutecznie skłania do krótkiej refleksji nad tym, co w życiu ważne.

Muzyka, smak i odrobina Bollywood

Na szczególną uwagę zasługuje konwencja, jaką Amélie Bonnin zastosowała w swoim filmie. Przepis na szczęście łączy elementy kina kulinarnego z musicalem – to dość nietypowe połączenie gatunków, dzięki któremu obraz wyróżnia się na tle innych francuskich komediodramatów. Kulinarna otoczka (akcja częściowo rozgrywa się w kuchni, a jedzenie stanowi ważny motyw) dodaje całości specyficznego „smaku”. Najbardziej unikatowym składnikiem tego przepisu jest jednak muzyka: bohaterowie co pewien czas wyrażają swoje uczucia poprzez śpiew, wplatając w fabułę znane francuskie przeboje. Te spontaniczne sekwencje muzyczne są zrealizowane z przymrużeniem oka i ogromną dawką uroku. Juliette Armanet – prywatnie popularna wokalistka – naturalnie odnajduje się w tych momentach, a jej głos i charyzma dodają filmowi energii. Cała obsada zdaje się doskonale bawić konwencją śpiewanych emocji, co udziela się widowni – łatwo dać się porwać tym uroczym scenom.

Muzyczno-kulinarna forma filmu może nasuwać skojarzenia z konwencją rodem z Bollywood – bohaterowie wyśpiewują swoje uczucia niczym w hinduskich hitach. Oczywiście styl Bonnin jest bardziej stonowany i europejski, ale sama idea śpiewanych emocji daje filmowi lekko bajkowy urok. Jednych widzów taka niecodzienna konwencja oczaruje jako powiew świeżości, innych może zniechęcić, zwłaszcza jeśli ktoś woli bezwzględną realistykę. Warto podkreślić, że jak na debiut reżyserki, podjęcie tej śpiewającej formy było ruchem odważnym – a przy tym zostało zrealizowane z wyczuciem i techniczną sprawnością. Sceny muzyczne są dobrze wkomponowane w narrację, wpadają w ucho i nie tworzą dysonansu z resztą filmu, co świadczy o świetnym pomyśle i reżyserskiej pewności Bonnin.

Banalnie prosta historia z urokiem

Mimo że Przepis na szczęście dotyka poważniejszych życiowych dylematów i czyni to za pomocą nietypowej, musicalowej formy, w ostatecznym rozrachunku pozostaje filmem bardzo przystępnym i nastawionym przede wszystkim na dobrą zabawę. Nie znajdziemy tu żadnych wyrafinowanych niuansów psychologicznych ani pogłębionego studium charakterów – postacie są raczej jednowymiarowe i zarysowane prostą kreską. Paradoksalnie jednak, wcale to nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z seansu. Bohaterów łatwo polubić od pierwszych scen – są pełni dobrych chęci, ujmująco niedoskonali i szybko zaczynamy im kibicować jak dobrym znajomym. Humor sytuacyjny i lekki ton opowieści sprawiają, że całość przemawia do szerokiej publiczności – zarówno do młodszych widzów, jak i tych bardziej dojrzałych.

Słabością filmu jest bez wątpienia jego nadmierna prostota w rozwijaniu wątków dramatycznych. Niemal każdy konflikt czy problem, jaki zostaje zasygnalizowany, doczekał się bardzo szybkiego i łatwego rozwiązania – często wciśniętego w ramy trzech krótkich scen. Dla wytrawnego odbiorcy może to być wadą, bo powoduje, że film jest przewidywalny i momentami zbyt ckliwy. Z drugiej strony, ta świadoma prostota narracji czyni Przepis na szczęście produkcją bardzo lekkostrawną – nie wymaga od widza intelektualnego wysiłku. Widz może po prostu usiąść, zrelaksować się i dać porwać nieskomplikowanej, żartobliwej historii z pozytywnym przesłaniem.

Podsumowanie – czy warto poznać ten przepis?

Przepis na szczęście to film, który w lekki i entuzjastyczny sposób przypomina, że nigdy nie jest za późno na małe czy duże zmiany w życiu. Mimo swojej przewidywalności i pewnej banalności, potrafi zauroczyć widza szczerą emocjonalnością, humorem oraz pomysłowym połączeniem śpiewającej konwencji z tematyką życiowych wyborów. Jako debiut reżyserski Amélie Bonnin imponuje odwagą – udało się jej ugotować film o prostym przepisie, lecz podany w niecodziennej formie, która nadaje mu niepowtarzalny posmak. W efekcie otrzymujemy kino bardzo przyjemne, wprawiające w dobry nastrój i łatwo przyswajalne dla każdego. To nie jest film wybitny ani przełomowy, ale ma w sobie tyle uroku, że z pewnością warto dać mu szansę – zwłaszcza na poprawę humoru w chłodny, zimowy dzień.

Fot. Aurora Films

przepis na szczęście

Overview

Ocena
7 / 10
7

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *