Przeżyć ten koszmar – Philippe Van Leeuw – “W czterech ścianach życia” [recenzja]

w czterech ścianach życia

Wojna nigdy się nie zmienia, a jej ponury uniwersalizm polega na tym, że zawsze niesie ze sobą same cierpienia; to truizm, do którego nikogo nie trzeba przekonywać. Tragiczne wydarzenia mają miejsce nie tylko na polach bitew, gdzie krew rozlewali między sobą na przestrzeni wieków wojownicy, rycerze i żołnierze, ale dotykają również cywili. Kino wojenne w pierwszej kolejności skupia się na militarnych walkach, chociaż nie brakuje również obrazów, które przedstawiają dramat tych dni z perspektywy postronnych obywateli. Takim filmem jest właśnie objęta przez nas patronatem medialnym produkcja W czterech ścianach życia, która pokazuje okropność wojny domowej w Syrii.

Potraficie sobie wyobrazić, że nagle nie możecie wyjść ze swojego bloku, bo naprzeciwko czatuje snajper? Może i jeszcze wczoraj robiliście standardowe zakupy, narzekaliście na długą kolejkę, wyszliście na spacer z psem – zwykłe, codzienne sprawy. Ale dzisiaj macie wszystkie zasłony zaciągnięte, drzwi są zaryglowane, a zdobycie wody (bo przecież kanalizacja już nie działa) to nie lada wyzwanie. Podczas porannej toalety słyszycie z zewnątrz wystrzały karabinów maszynowych, ale staje się to powoli codziennością – na tyle, że prawie ich nie zauważacie. W takich warunkach poznajemy lokatorów jednego z mieszkań w przykładowym syryjskim osiedlu, które padło ofiarą wojennego konfliktu. Pierwsze sceny już uświadamiają widza, w jakich warunkach przyszło żyć tym ludziom – ograniczone możliwości odbierają wszystkim siły, chociaż każda generacja odczuwa skutki izolacji inaczej.

W domu krzątają się dzieci i młodzież, dla których wojna i odosobnienie jest dziwnym zjawiskiem – żyją przecież w dobie internetu i telefonów komórkowych, więc jakiekolwiek ograniczenie wolności jest dla nich niepojęte. Dziewczęta słuchają się starszych, ale jednocześnie starają się zachować pozory normalności, jakby otaczające ich wydarzenia odbywały się gdzieś w innej części świata, a nie po drugiej stronie ulicy. Dlatego też malują paznokcie na jaskrawe kolory, narzekają na kolejkę do łazienki, a nawet obrażają się na chłopaka, który zbyt długo spojrzy na współlokatorkę. Wszystko w ryzach trzymają kobiety, które organizują życie w domu – wykonują codzienne czynności gospodyni, ale również chronią domostwo, wykazując się nie lada odwagą. Trzecie pokolenie, którego jedynym przedstawicielem jest nieustannie palący papierosy i patrzący w dal Mustafa, wykazuje wręcz rezygnację.

Może zauważyliście, że mówiąc o osobach zajmujących się domem, bezpośrednio wskazałem, że robią to kobiety? Nie jest to bynajmniej szowinistyczna przypadłość moja czy reżysera – W czterech ścianach życia bardzo szybko uświadamia widza, że w czasie wojny mężczyźni w kwiecie wieku nie zostają w domu – albo walczą na froncie, albo szukają na zewnątrz sposobu ucieczki dla swojej rodziny. Więc gdy do Halimy przybywa małżonek z możliwością wyrwania się z tego piekła, kobieta czym prędzej rwie się do realizacji tego ryzykownego planu. Bardzo szybko okazuje się jednak, że samo opuszczenie budynku graniczy z cudem – tuż pod oknem mieszkania mężczyzna zostaje zastrzelony przez snajpera. To determinuje pozostałe kobiety do jeszcze większej ostrożności i troski o resztę współlokatorów. Pierwsze skrzypce odgrywa tu Oum Yazan, która w pełni kontroluje życie codzienne w zabunkrowanym mieszkaniu. Wykazuje się ogromną determinacją, udowadniając również Halimie i Delhani, że w odpowiedniej chwili również będą musieli się podobną odwagą wykazać (co rzeczywiście ma miejsce w bardzo mocnej scenie, która przysporzyła mi nie lada emocji).

A skoro rozmawiamy już o postaci Oum Yazan, nie sposób nie wspomnieć o błyskotliwej roli Hiam Abbass. W czterech ścianach życia promowany jest między innymi jej wybitnym popisem umiejętności aktorskich i można powiedzieć, że materiały promocyjne nie kłamały; główna gospodyni to postać przepełniona nieustannym cierpieniem i strachem, od których silniejszy jest tylko obowiązek ochrony najbliższych. Jeśli rola Hiam Abbass polegała na pokazaniu wewnętrznego rozdarcia udręczonej kobiety będącej nad przepaścią, to aktorka spełniła pokładane w niej oczekiwania. Jest wiarygodna w swojej surowej postaci kobiety, która nie może pozwolić sobie na żadne odstępstwa. Pozostałe role również zostały zagrane odpowiednio do klimatu filmu, tak więc można mówić o równym poziomie produkcji, gdzie wszystko jest na swoim miejscu.

Jak mógłbym w klasycznym podsumowaniu scharakteryzować film reżyserii Philippe’a Van Leeuw’a? To bardzo dobry dramat wojenny, który nie wykracza poza tytułowe cztery ściany. Kameralność filmu paradoksalnie poszerza wrażenia z panującej wojny, którą widzimy tylko na twarzach ukrywających się cywili, a groźba śmierci i beznadziei jest równie wyczuwalna, co na wojennym froncie. W czterech ścianach życia w sposób uniwersalny przedstawia czas wojny z perspektywy zwykłych ludzi, którzy znaleźli się w złym miejscu o złym czasie; którzy marzą o tym, aby koszmar wreszcie się skończył, aby można było powrócić do codzienności.

Fot.: Aurora Films

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *