„Nie mam nic poza wiarą” – Cullen Bunn, Vanesa R. Del Rey – „Pusty Człowiek” [recenzja]

Kojarzycie Davida Cronenberga? Myślę, że wielu z Was odpowiedziało twierdząco. Kanadyjski twórca, znany głównie jako reżyser, jak nikt inny utożsamiany jest z cielesnym horrorem – podgatunkiem horroru, w którym nośnikiem grozy jest ludzki organizm, na przykład ulegający deformacjom. Tematykę tę Cronenberg eksplorował już w latach 70. (m.in. w filmach Dreszcze i Wściekłość) i wracał do niej w kolejnych dekadach wielokrotnie. A znacie Clive’a Barkera? Podejrzewam, że i w tym przypadku sporo osób przytaknęło. Jego Hellraiser to jeden z najważniejszych body horrorów w historii (swoją drogą doczekał się on również komiksowych interpretacji, w których palce maczali chociażby Neil Gaiman, Dave McKean czy Mike Mignola). Nie wiem, czy autorzy komiksu Pusty Człowiek – wydanego w Polsce przez Mucha Comics i składającego się z sześciu zeszytów w oryginale opublikowanych w 2014 roku – są miłośnikami Cronenberga, ale z kolei Hellraiser to dzieło, które niemal na pewno nie jest im obce. Cullen Bunn (scenarzysta m.in. recenzowanego u nas Hrabstwa Harrow) i Vanesa R. Del Rey (nad Wisłą jej rysunki oglądaliśmy w drugim tomie Briggs Land) stworzyli horror czerpiący po trosze z dokonań Barkera, lecz mieli własną, frapującą wizję. Frapującą w teorii, a w praktyce?

Pusty Człowiek to – jak przyjęło się uważać – nieuleczalna choroba o nieznanym pochodzeniu, która powoduje, że dotknięte nią osoby doznają przerażających halucynacji i wpadają w niekontrolowany atak szału, czego efektem jest samobójcza śmierć lub katatoniczny stupor. Epidemia już od kilku lat zbiera swe żniwo. Pewnego dnia jej ofiarą pada małżeństwo z Atlanty, a dwójka ich dzieci znika bez śladu. Odnaleźć je próbują agenci Walter Langford z CDC i Monica Jensen z FBI – członkowie grupy zadaniowej, która zajmuje się badaniem choroby i powiązanej z nią działalności przestępczej. Zainteresowanie Pustym Człowiekiem wykazują ponadto liczne sekty, takie jak Świadkowie, a także pastor Abram Markoff, stojący na czele coraz liczniejszej trzódki.

Komiks Bunna i Del Rey wywołał we mnie mieszane odczucia. Nie skrajne – gdyż nic tu ani nie zachwyca, ani nie przyprawia o ból zębów – lecz właśnie mieszane. Lekka konsternacja towarzyszyła mi już od samego początku i miała ona związek z szatą graficzną. Vanesa R. Del Rey ma charakterystyczny, ciekawy styl, którego istotną cechą jest zamierzona nieprzejrzystość i wpisana w nią umowność. Niestety, Pusty Człowiek na pewno nie należy do najlepszych prac Kubanki. Niektóre kadry są zbyt nieczytelne – nawet jak na obraną konwencję, a mimika postaci prawie zawsze jest śladowa. Część ilustracji sprawia także wrażenie niedopracowanych, stworzonych w pośpiechu. Poza tym artystce niezbyt dobrze wychodzą dynamiczne sceny, a i jeszcze do kilku innych, pomniejszych rzeczy można byłoby się przyczepić.

Nie jestem jednak w stanie całkowicie skreślić rysunków Del Rey, albowiem posiadają one przynajmniej jedną poważną zaletę. Są niepokojące. Bardzo niepokojące. Tajemnicze, mroczne i psychodeliczne. Co – zważywszy na to, że mamy do czynienia z horrorem – zdecydowanie przemawia na ich korzyść i można tylko żałować, że końcowy rezultat starań rysowniczki nie jest w pełni satysfakcjonujący. Kolejnym (nie tak znaczącym, ale jakże smakowitym) atutem jest kompozycja plansz. Niby dominują konwencjonalne rozwiązania, lecz Kubanka zdecydowała się w niektórych miejscach na bardzo interesujący i nietypowy chwyt: trójkątne kadry. Daje to ciekawy efekt i bynajmniej nie jest jedynie efekciarskie, gdyż trójkąty stanowią symbol Kościoła, na którego czele stoi pastor Markoff. Gdyby oceniać pracę Del Rey w najskromniejszej skali plus/minus, to w moim odczuciu należałby się jej malutki plus. Bezsprzecznie kawał solidnej roboty odwalił za to Michael Garland. Kolory – za które odpowiada – są ciemne, niemal brudne, i doskonale potęgują posępną atmosferę całości.

Dobry scenariusz może sprawić, że przeciętne rysunki trochę zyskają w oczach czytelnika, natomiast nawet najlepsze ilustracje nie uratują kiepskiej fabuły (taki komiks chętnie się ogląda, niekoniecznie czyta). Stwierdzenie, że historia napisana przez Bunna jest słaba, byłoby drobną przesadą, ale Pusty Człowiek mógłby być lepszy. I powinien być lepszy, ponieważ pojawia się tu sporo niezłych pomysłów (począwszy od punktu wyjścia, czyli samej choroby), które są niestety przeplatane rozwiązaniami wzbudzającymi wątpliwości. Przede wszystkim zaś – i to jest największy problem tego tytułu – całość nie wzbudza większych emocji, pozostawiając odbiorcę obojętnym. Dlaczego? Po pierwsze: opowieść chwilami niebezpiecznie zahacza o bełkot. Po drugie (i ważniejsze): bohaterowie wykreowani przez Bunna są kompletnie nijacy. Tylko o Walterze Langfordzie wiadomo coś więcej i można poczuć do niego jakąś tam nutkę sympatii, aczkolwiek to zdecydowanie za mało. Niby komiks czyta się dobrze, ale już kilka godzin po skończonej lekturze wydaje się on zaledwie mglistym wspomnieniem…

Pusty Człowiek doczekał się kontynuacji (stworzonej przez innego rysownika), która niewykluczone, że ukaże się również u nas, lecz na pewno nie będzie moim czytelniczym priorytetem. Dzieło Bunna i Del Rey poleciłbym wyłącznie wielbicielom historii z dreszczykiem. Z zastrzeżeniem, że nie każdy, nawet największy fan gatunku, znajdzie tu coś dla siebie. Warto jednak przekonać się o tym samemu, choć tak naprawdę lepiej po raz kolejny (a może po raz pierwszy?) sięgnąć po inne, bardziej uznane komiksowe horrory, takie jak chociażby Prosto z piekła, Sandman, Cromwell Stone czy – à propos body horroru – Black Hole.

Fot.: Mucha Comics

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.