Filmy,Patronat,Recenzje

Zmysłowe połączenie – Eric Khoo – “Ramen. Smak wspomnień” [recenzja]

ramen. smak wspomnień
ramen. smak wspomnień

Jedzenie jest niezwykle ważną częścią naszego życia – czy tego chcemy, czy nie. Dla niektórych z nas to jedynie ten aspekt, który zapewnia nam przetrwanie; nie wszyscy przywiązujemy większą uwagę do tego, co jemy, jak są przygotowywane spożywane przez nas posiłki, i jaką mają historię. Niektórym w ogóle nie przychodzi do głowy, że potrawy mogą w ogóle mieć jakąś historię – a ta potrafi być niejednokrotnie bardzo ciekawa. Są jednak ludzie, dla których zarówno przyrządzanie posiłków, jak i ich spożywanie wychodzi daleko poza napełnienie żołądka i dostarczenia organizmowi niezbędnych kalorii. Czy jednak jedzenie może mieć aż taki wpływ na nasze życie, by przywoływać wspomnienia, zjednać do siebie ludzi i… na nowo zacząć pisać jakąś historię? Ramen. Smak wspomnień dystrybuowany w Polsce przez Aurora Films, który Głos Kultury objął patronatem medialnym, udowadnia, że można, a robi to w sposób niesamowicie – nomen omen – wysmakowany.

Masato to młody mężczyzna, który pracuje w restauracji wraz ze swoim ojcem. Ich kuchnia specjalizuje się w ramenach – czyli jednej z bardziej popularnych zup na świecie. Od sceny przygotowywania tego właśnie dania rozpoczyna się zresztą film w reżyserii Erica Khoo. Zbliżenia na wrzucane do sporego garnka mięso, a także na krojone dodatki, takie jak rzodkiewka czy szczypior, od razu zwracają uwagę widza na to, że jedzenie jest w tym filmie niezwykle ważne, bo stanowi nie tylko część historii życia bohaterów, ale także ich pracę i pasję. To właśnie potrawy i sposób ich przyrządzania, a także poszczególne składniki, będą cieszyły się największym zainteresowaniem kamery, jeśli chodzi o zbliżenia. Nawet Masato, główny bohater, nie będzie z taką pieczołowitością podglądany… Młody kucharz mieszka z ojcem, z którym, jak wnioskujemy z gorzkiej uwagi syna, nie ma zbyt bliskich relacji. Jednak kiedy już na początku filmu Masato i jego wujek odkrywają, że ojciec jednego, a brat drugiego leży bez życia na podłodze restauracji… dla bohatera mimo wszystko jest to szok, a on sam wyrzuca sobie, że zbyt mało czasu poświęcał rodzicowi. Śmierć ojca boli Masato tym bardziej, że w jej efekcie zostaje on sierotą, ponieważ jego matka zmarła, kiedy mężczyzna miał zaledwie 9 lat.

Po pogrzebie Masato wchodzi do pokoju ojca i zaczyna przeglądać jego rzeczy, wśród których trafia na tajemniczy czerwony zeszyt – okazuje się on pamiętnikiem jego matki. Niestety, zapiski Mei Lian prowadzone były w języku mandaryńskim, którego jej syn nie zna, dlatego nie potrafi ich zrozumieć. To znalezisko jednak popycha go do podjęcia decyzji o nagłym wyjeździe. Pakuje plecak, żegna się z rodziną i wyrusza do Singapuru – miejsca, gdzie poznali się jego rodzice, a gdzie jednocześnie mieszka pewna blogerka, z którą koresponduje od jakiegoś czasu Masato. Miki na swoim blogu opisuje kulinarną stronę Singapuru, która bardzo interesuje naszego bohatera; tuż przed wyjazdem dostał on nawet przesyłkę, w której były przyprawy wysłane właśnie przez Miki. Kiedy mężczyzna dociera na miejsce, kobieta zabiera go nie tylko w pełną smaków podróż, ale także obdarowuje go czymś niesamowicie cennym – wspomnieniami jego matki. Okazuje się bowiem, że  blogerka zna język mandaryński i tłumaczy swojemu towarzyszowi zapiski zmarłej po długiej chorobie Mei Lian. W ten sposób syn odkrywa, że matka pragnęła przed śmiercią pogodzić się z jego babką, niestety nigdy do tego nie doszło. Miki, podążając śladem dawnych kucharzy, którzy przyrządzali popularną wtedy wśród ubogich robotników zupę na żeberkach, pomaga mu też odnaleźć wujka, o którym Masato zachował ciepłe wspomnienia. Młody kucharz wnika w świat singapurskiego jedzenia, historii z nim powiązanej, a także przeszłości swojej rodziny, o której do tej pory nie miał pojęcia…

Ramen. Smak wspomnień urzeka przede wszystkim spokojem i subtelnością, z jakimi zostaje poprowadzony. Od tego filmu wręcz paruje smakowite ciepło, mimo że nie brakuje w nim również scen smutnych, zbudowanych z wieloletniego żalu, zadr i wyrzutów sumienia. Przytłoczony stratą ojca Masato, przeżywa ją podwójnie, bo odnalezienie pamiętnika matki i podążanie jej śladami po zatłoczonym Singapurze sprawia, że żal po jej śmierci powraca i chyba dopiero teraz bohater – już jako dorosły mężczyzna, świadom wielu spraw, o których jako dziewięciolatek nie miał prawa rozmyślać – jest w stanie przeżyć tę żałobę tak, by ostatecznie przyniosła mu ona ulgę i pogodzenie się. Jedzenie okazuje się mieć niebagatelną rolę w tej historii nie tylko dlatego, że zarówno ojciec, jak i syn, a także wujek są kucharzami. Zapach i smak potraw, a także metoda ich przyrządzania wywołują w Masato potok wspomnień – są pomostem łączącym go z matką i z czasami, kiedy jego ojciec był innym, szczęśliwszym człowiekiem. To dzięki wspomnieniu wyjątkowej zupy udaje mu się dotrzeć do niewidzianego wiele lat wujka i to właśnie dzięki gotowaniu być może uda mu się dotrzeć do serca tej, która odwróciła się od swojej córki i nie przyjechała pożegnać się z nią nawet ten ostatni już raz. To również wspólne kosztowanie i smakowanie jedzenia połączyło w przeszłości rodziców Masato, co dzięki bardzo umiejętnie wplecionym retrospekcjom jesteśmy w stanie również zobaczyć na własne oczy. Wprowadza to romantyczny, ale nienachalny wątek, który przyjemnie się ogląda – niemal z rozczuleniem.

Eric Khoo stworzył film, w którym smaki i zapachy są równie ważne, co wielkie gesty i wypowiadane drżącym głosem deklaracje. Opowiada nam historię, w której miska zupy może okazać się albo czarną polewką, albo zakopanym toporem wojennym; w której kolejne pokolenie dorzuca do parującego kociołka coś od siebie, nie zapominając jednocześnie, że bazą do esencjonalnego bulionu jest to, co gotuje się w nim już od dłuższego czasu, a co jest wynikiem wieloletniej tradycji, doświadczenia i miłości – tak do jedzenia, jak i do ludzi. Ramen. Smak wspomnień to film, o którym idealnie opowiada jego własne światło – delikatne, subtelne, otulające swoich bohaterów; przywodzące na myśl poranne promienie słońca, wpadające do domu przez zmiękczające je zasłony. Wszystko w tym filmie jest subtelne i miękkie; nie znajdziemy w nim ani gwałtownych ruchów  czy najazdów kamery, ani ostrej, wwiercającej się w głowę muzyki. Również aktorstwo współgra z takim tonem opowiadania – każdy odgrywa swoją rolę powoli i dokładnie, ale skutkuje to naturalnością i pozostaniem w konwencji. Zarówno wcielający się w Masato Takumi Saitoh, jak i partnerująca mu na ekranie Seiko Matsuda stworzyli postacie bardzo żywe, co nie było łatwe przy tak subtelnie opowiedzianej historii. Tymczasem ich bohaterowie są wyraziści, choć teoretycznie niczym szczególnym się nie wyróżniają. Na uznanie zasługuje scena, w której spotykają się po raz pierwszy, kiedy blogerka zabiera Masato do – według niej – najlepszej restauracji serwującej kurczaka z ryżem. I choć bohaterowie mają przed sobą zaledwie kilka potraw, i choć daleko tym daniom do wyglądu tych, które obserwować możemy choćby we wciąż popularnych programach kulinarnych, to scena ta nabiera niesamowitego smaku i wyrazu. Dania nabierają kolorów, kiedy Miki zaczyna o nich opowiadać i zdradzać ich sekrety. A kiedy mężczyzna próbuje kolejnych potraw i z zachwytem przeżuwa kolejne kęsy – niełatwo nie przełknąć śliny z rosnącym apetytem i zazdrością. Na wyróżnienie zasługuje również Mark Lee w roli wujka Wee, który stworzył niezwykle sympatyczną, ciepłą, życzliwą i zapadającą w pamięć postać.

Film, którego oryginalny tytuł brzmi Ramen Teh (w trakcie seansu tytuł ten nabiera sensu), jest doskonała potrawą do delektowania się w spokoju, przy delikatnym świetle i najlepiej z miską parującej zupy – niekoniecznie nawet musi być to ramen. Niech jednak obok nas stoi potrawa, która coś nam przypomina, która jest dla nas ważna nie przez sam smak, a przez to z czym się dla nas wiąże. To film, który świetnie się sprawdzi zarówno oglądany w samotności, jak i w gronie rodziny czy przyjaciół. Dzieło Erica Khoo jest stosunkowo krótkie – trwa zaledwie półtorej godziny, ale w tym czasie zostało zawarte wszystko, co dla tej historii najważniejsze. Sprawnie napisany scenariusz pozwala widzom nie tylko poznać historię rodziny Masato, rozdzielonej przez dawne żale, przez niepotrzebną dumę i złość pomyloną z miłością, ale także napawać wzrok kulinarną odsłoną tej rodzinnej opowieści, w której w misce zupy skrywać potrafi się cały świat i cała miłość.

Wyróżniamy pięć podstawowych zmysłów. Mówi się o szóstym, że jest nim intuicja. Mówi się też, że zmysłów jest więcej- niektórzy wymieniają dziewięć, są również teorie mówiące o dwudziestu jeden… Nieważne jednak, ile by ich było – po obejrzeniu filmu Ramen. Smak wspomnień nie mam wątpliwości, że jednym z nich, równie ważnym jak pięć podstawowych, jest zmysł wspomnień. Nie mam również wątpliwości co do tego, że jest on bezpośrednio połączony ze zmysłem smaku.

Ocena8
8Ocena ogólna

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".