Return to Monkey Island

Nazywam się Guybrush Threepwood i jestem piratem! – „Return to Monkey Island”

Guybrush Threepwood, niespełniony pirat i zawadiaka, mistrz miecza i ciętej riposty powrócił! I mam tutaj na myśli, że naprawdę powrócił – nie w formie popłuczyn po niegdyś wielkiej serii, ale jako bohater pełnoprawnej kontynuacji franczyzy Monkey Island. Sequela podejmującego wątek z finału części drugiej – do tej pory ostatniej stworzonej przez duet: Ron Gilbert i Dave Grossman. Do tej pory, gdyż Return to Monkey Island to taki symboliczny powrót wszystkiego, za czym miłośnicy serii tęsknili najbardziej.

W dzisiejszych czasach takie powroty do dawnych popkulturowych świetności to nic nowego. Zazwyczaj wszelkiej maści rebooty, remastery czy sequele nie są zbyt udane i kończą raczej w galerii wstydu niż na piedestale. Takie naprawdę udane przypadki powtórek z rozrywki można policzyć na palcach jednej ręki. A wielkie produkcje z lat 90., na których powrót osobiście czekałem z zapartym tchem, to zaledwie dwa tytuły – Twin Peaks, które David Lynch w swoim charakterystycznym stylu wskrzesił w 2017 roku, oraz The Secret of Monkey Island – które po odejściu Gilberta z Lucasfilm Games, miało co prawda kilka kolejnych części, umówmy się jednak: nie były to dobre produkcje (do dziś wzdrygam się, jak przypomnę sobie koszmarne Escape from Monkey Island, ze swoim chybionym przejściem w grafikę 3D). Ron Gilbert zresztą wielokrotnie powtarzał, że do tej pory nie poznaliśmy prawdziwego Sekretu Małpiej WyspyTM  oraz że gdyby miał okazję jeszcze kiedykolwiek pracować przy grze z tej serii, mógłby po swojemu dokończyć historię. Przez wiele lat było to jednak tylko takie gdybanie, fani już dawno pogodzili się ze smutną prawdą, kiedy nagle, zupełnie niespodziewanie, Gilbert na swoim Twitterze oznajmił wielką nowinę – żeby było śmiesznie, news ten pojawił się dokładnie 1 kwietnia. Jak się wkrótce okazało, nie był to wcale primaaprilisowy żart, a Return to Monkey Island ukazało się ostatecznie 19 września 2022 roku na platformach Steam i Nintendo Switch (a wiadomością z ostatniej chwili jest to, że już za chwilę, bo 8 listopada, gra pojawi się także na PS5 i w Xboxowym Game Passie), wyprodukowane przez niewielkie studio Terrible Toybox (czyli de facto przez Gilberta i Grossmana) i wydane przez Devolver Digital.

Return to Monkey Island - screen z gry

Jak już wspominałem, Return to Monkey Island podejmuje wątek dokładnie w momencie, w którym zostawiliśmy Guybrusha i LeChucka w formie dziecięcej, w finale Monkey Island 2: LeChuck’s Revenge. Wszystko wskazywało na to, że cała dotychczasowa przygoda była tylko ich fantazją, a odwiedzone lokacje okazały się częścią wielkiego lunaparku z pirackim tematem przewodnim. Kolejne części powstałe po dwójce jakoś niechętnie podejmowały ten temat i udawały, że to w ogóle nie miało miejsca. Jednak Return rozwija ten motyw w iście mistrzowski sposób. Jaki? Nie będę tego zdradzał, mimo że to właściwie sam początek gry i nie byłby to wielki spoiler. Wspomnę tylko, że dla mnie było to idealne zagranie scenariuszowe i fajnie odkryć to samemu.

W każdym razie, w pewnym momencie znów przyjdzie nam kierować poczynaniami dorosłego Guybrusha, który po latach postanawia w końcu odkryć prawdziwy sekret Małpiej Wyspy. Powrót na stare śmieci jest dla niego jednak niemałym szokiem, a odtworzenie dawnej przygody może okazać się nie lada wyzwaniem. Wyspa Melee, od której po raz kolejny rozpoczynamy podróż, nie jest już tym samym miejscem, co kiedyś. Elaine – żona naszego bohatera – od dawna przestała być gubernatorem (to jakże odpowiedzialne stanowisko pełni teraz Marla – dawna Mistrzyni Miecza), przedsiębiorczy Stan siedzi za kratkami (w towarzystwie dobrze nam znanego Otisa), starzy piraccy kapitanowie nie rządzą już Scumm Barem – zajmują się teraz prowadzeniem sklepu rybnego, a ich miejsce zajęła młoda, prężna i dynamiczna ekipa… Ogólnie cała wyspa popada w ruinę, nie stanowi to jednak przeszkody dla kogoś takiego jak Guybrush Threepwood – potężny pirat!

Return to Monkey Island - screen z gry

Return to Monkey Island to piękne połączenie starego z nowym. Z jednej strony mamy klasyczną przygodówkę point’n’click, ale podaną w nowoczesnej formie (kultowy interfejs Scumm, zastąpiony został nowym, zwanym Dinky). Zagadki bywają wymagające, ale jednocześnie są intuicyjne i starzy wyjadacze serii bez problemu domyślą się, co trzeba zrobić (a dla tych, którzy wolą mniej myśleć, pozostaje tryb ułatwiony i księga podpowiedzi – czyli coś, co znają już gracze Thimbleweed Park, wcześniejszej gry od Terrible Toybox). A wszystko to okraszone jest przepiękną, malowaną grafiką – co swoją drogą jest bardzo miłym zaskoczeniem, pierwsze screeny i zapowiedzi bowiem bardzo podzieliły fanów. W komentarzach przewijały się zarzuty odnośnie do formy i stylu – no bo, jak to, nie będzie klasycznego pixelartu, tylko jakieś dziwactwa? Zapewniam Was jednak, że w ostatecznym produkcie sprawdziło się to znakomicie. Na żywo gra wygląda wyśmienicie i z wielką przyjemnością ogląda się kolejne postacie i lokacje. A tych ostatnich przyjdzie nam odwiedzić całkiem sporo – zarówno znanych, jak i zupełnie nowych.

Return to Monkey Island - screen z gry

Ron Gilbert nie stracił też nic ze swojego specyficznego poczucia humoru, które było znakiem rozpoznawczym dwóch pierwszych odsłon serii. W niektórych momentach parskałem śmiechem, co nie zdarzało mi się już dawno, przy żadnej grze. Niesamowita liczba gagów i mrugnięć okiem do fanów pozwala poczuć się, jakby spotkało się z dawno niewidzianym przyjacielem, a niektóre z questów potrafią rozbawić do łez (niesamowicie skomplikowana wyprawa w celu zdobycia mopa, to prawdziwa perełka!).

Cały czas rozprawiam o tym, żeby wszystko to, co wydarzyło się pomiędzy dwójką a Return wyrzucić do kosza, jednak chyba są też jacyś fani chociażby trzeciej odsłony, czyli The Curse of Monkey Island. Również oni znajdą w najnowszej części coś dla siebie, powraca bowiem Murray – gadająca czaszka, której celem jest zapanowanie nad światem (Mwahahaha!). Nie jest więc tak, że Gilbert całkowicie odciął się od wszystkiego, do czego nie przyłożył ręki – w menu gry znajdziecie specjalnie przygotowany pamiętnik Guybrusha, gdzie w telegraficznym skrócie przypomnieć można sobie dotychczasowe przygody (nie pomijając przy tym ani Curse, ani Escape, ani odcinkowych Tales of Monkey Island – w które szczerze mówiąc, nawet nie miałem okazji zagrać).

Return to Monkey Island - screen z gry

Trudno mi obiektywnie wczuć się w rolę gracza, który nigdy wcześniej nie grał w żaden tytuł z serii – czy dla takiej osoby będzie to równie wciągająca, rozśmieszająca, a momentami nawet wzruszająca rozgrywka? Obawiam się, że odpowiedź może nie być twierdząca, za dużo tu bowiem nawiązań, które wyłapią tylko zaznajomieni z serią gracze. Wiem tylko, że jako wieloletni fan dostałem dokładnie to, na co czekałem od bardzo dawna – piękną, nostalgiczną przygodę, stanowiącą domknięcie całości. A w finałowych scenach poleciało nawet kilka łez. No bo, hej, Guybrush może i jest piratem, ale serce ma we właściwym miejscu.

A teraz, nie oglądajcie się, ale stoi za Wami trzygłowa małpa!

Fot.: Terrible Toybox, Devolver Digital

Return to Monkey Island

Write a Review

Opublikowane przez

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *