Truciznę można serwować z wielu kubków – Robert McCammon – „Zew nocnego ptaka”

Może się wydawać, że uwielbienie do twórczości jakiegoś pisarza po przeczytaniu zaledwie dwóch jego dzieł to spora przesada i całkowicie nieobiektywne stwierdzenie. Jednak czasami po prostu wie się, że to jest właśnie to, że wszystko, co wyjdzie spod pióra tego autora, do nas trafi, porwie nas, zauroczy, wchłonie. Kiedy kilka lat temu przeczytałam Magiczne lata nieznanego mi do tamtej pory Roberta McCammona – przepadłam. Później pełna nadziei, ale i obaw sięgnęłam po Łabędzi śpiew i przepadłam ponownie. Po lekturze jednak przyszło mi zderzyć się z okrutną rzeczywistością polskiego rynku wydawniczego, który nie miał swojemu czytelnikowi do zaoferowania nic więcej z bogatej prozy amerykańskiego pisarza. I choć przez następne lata przeczytałam wiele fantastycznych książek, poznałam wielu utalentowanych pisarzy i pisarek, a także sięgałam po książki bardzo bliskie Magicznym latom (mowa oczywiście o moim równie ukochanym To Stephena Kinga, jak i o Letniej nocy Dana Simmonsa, która jednak nie urzekła mnie w takim stopniu, jak dwie poprzednie), to raz po raz wracałam myślami do McCammona, niecierpliwie wypatrując jego kolejnych książek przetłumaczonych na język polski. I kiedy już niemal traciłam nadzieję, weszło wydawnictwo Vesper, całe na biało, z najlepszą dla mnie literacką nowiną od wielu, wielu lat. W końcu oto polski czytelnik otrzymał gwarancję, że w najbliższym czasie nie tylko ukażą się wznowienia wydanych już w naszym kraju książek McCamona, ale – przede wszystkim – zostaną wydane te, które do tej pory były niedostępne w polskich księgarniach. Jako pierwsza, dokładnie 16 lutego, premierę miała powieść Zew nocnego ptaka – 900-stronicowa historia będąca pierwszym tomem cyklu, w którym śledzimy przygody Matthew Corbetta. Oczekiwania były gargantuiczne, rozmiar powieści podobnie (choć ani jednego, ani drugiego nie określiłabym mianem rubasznych). Siadłam do lektury z bijącym mocno sercem, by już po kilkunastu sekundach zanurzyć się w bagiennym klimacie i przemierzać niespokojne tereny wraz z głównym bohaterem.

Zew nocnego ptaka to opowieść, która toczy się w 1699 roku, a rozpoczyna w niezbyt bezpiecznych dla podróżujących lasach brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej. Umęczeni podróżą i niesprzyjającym bagiennym klimatem Matthew Corbett, sekretarz sędziego, a także ów sędzia, Isaac Woodward, pokonują kolejne kilometry, by dotrzeć do niewielkiej osady zwanej Fount Royal. Czeka ich tam nie byle jakie zadanie – mają bowiem przeprowadzić śledztwo w sprawie Rachel Howarth, która oskarżona została nie tylko o zabójstwo swojego męża, Daniela, a także tamtejszego pastora, ale także, co gorsza, cała wioska (wraz z jej założycielem, niełatwym w relacjach międzyludzkich, Robertem Bidwellem) przekonana jest, że obdarzona niewątpliwą, egzotyczną urodą młoda kobieta jest czarownicą z krwi i kości, która nie tylko zamordowała dwóch członków ich niewielkiej społeczności, ale także z rozkazu swojego mrocznego pana robi wszystko, by doprowadzić Fount Royal do ruiny. Wioskę nawiedzają więc pożary, roślinność nie chce dawać plonów, a kolejne nieszczęścia czają się za rogiem.

Zanim jednak Matthew i sędzia Woodward dotrą do feralnej wioski, czeka ich nocleg w zapomnianej przez bogów gospodzie, w której zmuszeni są zatrzymać się ze względu na warunki pogodowe, zmęczenie i nie do końca oszacowaną odległość, jaka dzieli ich jeszcze od celu podróży. Tam właśnie bliżej zaczniemy przyglądać się naszym bohaterom, a w szczególności zaś młodemu Corbettowi, co ma związek z naszą wiedzą o tym, że będzie on również główną postacią w następnych tomach. To właśnie w owej gospodzie zaczyna zagęszczać się klimat. Niemal na samym wstępnie zatem robi się mroczno, niebezpiecznie, duszno i parno. I czytelnikowi, i Matthew od samego początku wszystko wydaje się podejrzane, na czele ze świadomością, że do Fount Royal z niewiadomych przyczyn nie dotarło dwóch poprzednio wyznaczonych sędziów. Losy jednego z nich wkrótce przyjdzie poznać naszym strudzonym podróżnikom. Cudem uchodząc z życiem, ogołoceni z całego bagażu, ostatkiem sił Matthew Corbett i Isaac Woodward stają w końcu u bram Fount Royal, gdzie nikt nie wydaje się tym, kim naprawdę jest, gdzie szatan zdaje się urządzać sobie lubieżne pokazy i orgie, a ludzie na poły przerażeni, na poły przepełnieni nienawiścią, głusi są na wszystko, co przeczy choć w minimalnym stopniu im wierzeniom, przeświadczeniom i poglądom.

Zew nocnego ptaka napisany jest w narracji trzecioosobowej, ale fabuła prowadzona jest z perspektywy Matthew Corbetta. Wszechwiedzący narrator daje nam dostęp do jego myśli, rozważań, wątpliwości, refleksji, obaw i lęków. Dzięki temu także zaglądamy na tyle głęboko w jego myśli, że w pewnym momencie wnikamy we wspomnienia, które na chwile przenoszą nas wiele lat wstecz, kiedy to Matthew był wychowankiem domu dziecka. Z punktu widzenia całej powieści, a także tego, że to właśnie on jest bohaterem kolejnych tomów, okazuje się to fantastycznym posunięciem, które przybliża nam postać i charakter Corbetta, a także unaocznia, co mogło wpłynąć na jego dość już ugruntowaną, choć nadal w pewnym stopniu (ze względu na młody wiek i nikłe doświadczenie w zawodzie) kształtującą się moralność. Robert McCammon perfekcyjnie wykorzystuje czas, jaki ofiarował sobie na tych dziewięciuset stronach, by jak najlepiej zarysować nam postaci, na czele właśnie z Corbettem. Co ważne jednak, przy tak onieśmielającej objętościowo historii, nadal pozostawia on czytelnika z uczuciem niedosytu. Pozytywnego niedosytu.

Pierwszy tom przygód Matthew Corbetta mógłby liczyć i dwa tysiące stron, a czytałoby się go równie dobrze, wciąż byłoby mało i nawet nie odczulibyśmy upływającego przy lekturze czasu. Zew nocnego ptaka po prostu pożera swojego czytelnika i przyzywa, gdy tylko odłożymy książkę, której z oczywistych względów nie da się przeczytać w jeden lub dwa wieczory. W przypadku tej powieści jednak następuje tak dobrze znana zapalonym czytelnikom sytuacja, kiedy z jednej strony gnamy za fabułą książki, chcąc jak najszybciej chłonąć kolejne rozdziały, a z drugiej nie chcemy dotrzeć do finału, który będzie oznaczał koniec przygody i emocji. Śledztwo dotyczące domniemanej czarownicy, a także poznawanie kolejnych mieszkańców Fount Royal (mniej lub bardziej nietypowych), pochłania doszczętnie, sprawiając, że poświęcałam książce dosłownie każdą wolną minutę, nawet jeśli miała to być faktycznie tylko minuta. McCammon misternie skonstruował fabułę, w której, choć nie ma może na pęczki przyprawiających o zawrót głowy zwrotów akcji, to nie brakuje zagadek, zawiłości, przypuszczeń, domniemań i wciąż narastających podejrzeń co do mieszkańców, które raz rosną, by chwilę potem maleć, a potem znów wzbić się na wyżyny.

Warto zaznaczyć, że choć Zew nocnego ptaka rozgrywa się w roku 1699, to ewentualny dyskomfort związany z ewidentną różnicą czasów, zwyczajów, obyczajów, pokoleń, wierzeń i problemów, został sprowadzony niemal do minimum. McCammon porusza się bowiem po problematyce w taki sposób, że często można wręcz zapomnieć, że rzecz nie dzieje się tu i teraz. Jednocześnie jednak, mimo ponadczasowej problematyki, uniwersalnego przekazu i nieprzemijających prawd o nas, ludziach, autor w fantastyczny sposób operuje językiem, który nie przeszkadzając w odbiorze, pozwala nam przenieść się do minionych już czasów. Amerykański pisarz fantastycznie operuje zarówno subtelnym, acz momentami ciętym humorem, jak i może popisać się erudycją, która jego bohaterom pozwala mówić i myśleć o niezwykle przyziemnych sprawach (żeby nie napisać: fizjologicznych), w sposób, który wydaje się wręcz elegancki, co niekiedy zdumiewa, a innym razem wzbudza szczery uśmiech wynikający przede wszystkim ze zmian, jakie zaszły nie tylko w języku, ale przede wszystkim w obyczajach i tym, co i jak można mówić, by nie wzbudzić ogólnego oburzenia. Język, którym operuje Robert McCammon, jest więc nie tylko spójny z czasami, w jakich rozgrywa się akcja powieści, ale także przyjazny czytelnikowi, a nawet więcej – uzależniający wciągający, przyzywający. Styl pisarza jest niezwykle giętki, plastyczny, przebogaty, co przekłada się z kolei na to, że nasza wyobraźnia podczas lektury pracuje na najwyższych obrotach, sprawiając, że przed nami wyrastają gęste lasy, parujące bagna, stare gospody, ulewne deszcze, diabelskie stworzenia i nietypowe erotyczne sceny, które według słów mieszkańców mają miejsce w Fount Royal za sprawą wiedźmy Rachel i tego, któremu służy.

Zew nocnego ptaka tylko powierzchownie opowiada o polowaniu na czarownice, o zabobonach i dawnych wierzeniach. Tak naprawdę jest to opowieść o ludzkiej naturze, która nie zmienia się od stuleci, która pozwala, by rządził nami strach, który szybko przekształca się w nienawiść. Bo przecież najlepszą obroną jest atak, czyż nie? Fount Royal to nie tylko niewielka społeczność w zapomnianej, choć próbującej dążyć do wielkości i świetności osadzie. Fount Royal to przekrój człowieczeństwa, to opowieść o ludzkich charakterach, słabościach i odwadze. O potrzebie dążenia do prawdy za wszelką cenę, o próbie walki z demonami, ale nie tymi, które pysznią się fantazyjnymi rogami czy niecodziennym przyrodzeniem, lecz tymi, które tkwią w nas samych, które każą nam osądzać, skazywać, bać się innego i nienawidzić. Strach przed tym, co inne, nieznane, nietypowe to zresztą fundament tak wielu konfliktów, zbrodni, katastrof i nieszczęść… To bodaj najczęstszy rodzaj strachu, z którego zresztą wyrastają najtrudniejsze do wyplenienia chwasty naszych charakterów i naszej moralności.

Robert McCammon zadbał o to, by w jego powieści nie zabrakło przeróżnych ludzi, całego spektaklu charakterów, którym charakteryzują się niewielkie społeczności. Są tu ludzie przepełnieni nienawiścią, których zaślepia miłość do samego siebie i gardzą wszystkim, co w jakikolwiek sposób odstaje od ich własnych wyobrażeń o świecie i o tym, co według nich jest dobre i przyzwoite, a co nie. Są tu tacy, którzy z pokorą wykonują swoje obowiązki i przyjmują z godnością to, co przyniósł i jeszcze przyniesie im los. Są również tacy, którzy nie godzą się z tym, jak się ich traktuje, ale ich walka zdaje się z góry skazana na porażkę, w świecie, w którym każdy przejaw odchylenia od normy jest tożsamy z brataniem się z samym panem ciemności. Są tu również ludzie, których przepełnia samouwielbienie, którzy pławią się w bogactwie i zdają się nie rozumieć tych, którzy mają mniej szczęścia i luksusów. Są tacy, których pcha przez kolejne lata życia ból, gniew i chęć zemsty, których napędza głęboko skrywany żal i rozdarte serce, którzy nigdy nie pogodzili się z tym, co ich spotkało. Są także ci, którzy wstydzą się swojej przeszłości, którzy dźwigają swój bagaż w milczeniu, licząc, że uda im się rozpocząć nowe życie nie na zgliszczach starego, ale w zupełnie nowym świecie, na nowych zasadach i korzystając z przywileju swoistej amnestii. Najważniejsze jest jednak to, że Zew nocnego ptaka to w dużej mierze ludzie wielowymiarowi, których ostatecznie nie jesteśmy w stanie postawić po ciemnej lub jasnej stronie. Przesuwamy ich więc raz w jedną, raz drugą, finalnie jednak lądują na granicy, na której robi się coraz bardziej tłoczno.

Zew nocnego ptaka to wciągająca historia o człowieku i jego obowiązku wobec sprawiedliwości. To co prawda przygody Matthew Corbetta, ale mnogość postaci, które się pojawiają na kartach powieści, sprawia, że niejeden problem zostaje tu poruszony i poddany dyskusji. Świat, który wykreował Robert McCammon, jest więc przebogaty zarówno, jeśli chodzi o krajobrazy, klimat i atmosferę, ale także język postaci i ich charaktery. Dzięki temu autor oferuje nam świat kompletny, który nie potrzebuje wsparcia niczego z zewnątrz – egzystuje sam, przy pomocy tego, co stworzył mu pisarz. To, że fabuła, choć jest fikcją, dzieje się w świecie, który wygląda tak, jak nasz wiele lat temu, sprawia, że powieść czyta się w jeszcze większym napięciu, z jeszcze większym poczuciem niesprawiedliwości i żalu. Ilość niewinnych istnień, jakie w tamtych czasach musiały ginąć, przez zabobony i bajania ludzi, którzy nazywali się wysłannikami i przedstawicielami Boga, przeraża i napawa lękiem i obrzydzeniem. Zew nocnego ptaka daje jednak również nadzieję, bo w zastraszonej wizją lubieżnego Szatana i jego pomagierów osadzie znajdują się także – co prawda w znaczącej mniejszości, ale jednak – ludzie, którzy wykazują się zarówno otwartym sercem, jak i umysłem. Tym samym McCammon udowadnia, że ani bogactwo, ani status społeczny czy pochodzenie, ani koneksje, ani (co ważne) wykształcenie nie gwarantują czystego, niezmąconego uprzedzeniami, sugestiami większości i irracjonalnymi obawami umysłu. Ta opowieść to również przypowieść o tym, że, jak mówi sędzia Woodward:

 

Truciznę można serwować z wielu kubków.

 

A kubki te mogą być zarówno słowami ubranego w  łachmany szaleńca, jak i wykształconego, eleganckiego człowieka wysławiającego się z erudycją. Kubki te mogą być cudzym umysłem, oplatającym nasz, ale i naszym własnym, w którego pułapkę, chcąc nie chcąc, wpadniemy – czy to przez fanatyzm religijny, czy to przez zbyt restrykcyjnie przestrzegane normy i zwyczaje, czy to przez zwykły, będący przyczynkiem wielu nieszczęść – lęk. Tak, truciznę stanowczo można serwować i wypijać z wielu kubków. Trzeba uważać, po który się sięga, bo łatwiej się zatruć niż odtruć.

Zew nocnego ptaka najprawdopodobniej będzie najlepszą książką, jaką przeczytałam w tym roku. Z miejsca trafia na listę moich ulubionych, jako kolejna już powieść McCammona i mam nadzieję, że jak każda kolejna, po którą sięgnę, jak tylko pojawi się na półkach polskich księgarni. Autor Magicznych lat ma niesamowity dar do snucia bardzo różnych opowieści, dziejących się w zupełnie innych czasach i opowiadających o najróżniejszych sprawach, podejmując skrajnie inne tematy, ale każdorazowo wnika w głąb serca, umysłu i duszy czytelnika, a udaje mu się to dlatego, że po pierwsze: z czułością podchodzi i do swoich bohaterów, i do świata, który kreuje, niczego i nikogo nie zaniedbując, a po drugie: dysponuje niesamowitym talentem do tworzenia postaci, miejsc i wydarzeń, które jak żywe malują się przed oczami czytelnika, które porywają i wciągają w swój wir niemalże dosłownie, bo nasza zwykła rzeczywistość na czas lektury po prostu przestaje istnieć.

Pierwszy tom przygód Matthew Corbetta to podróż do zupełnie innego, bagnistego, klejącego świata, w którym jednak ludzkie przywary i słabości, ale również cechy godne naśladowania, a także nieustanne poszukiwanie takiej postawy, która nie raniąc nikogo, będzie stała w zgodzie z naszymi przekonaniami i naszą moralnością, nie utrudniając nam codziennego życia, są dokładnie takie same jak w naszym świecie, nieważne, w jakim kraju i w jakim wieku żyjemy. Zew nocnego ptaka ma wszystko, czego możemy oczekiwać, sięgając po tego typu książkę – wciągającą intrygę, śledztwo prowadzone wraz z głównym bohaterem, nietuzinkowe, skrywające swoje sekrety postaci, osadę, której tylko na pierwszy rzut oka „służka szatana” wydaje się największym problemem, ludzkie uprzedzenia, wspaniały, oddający klimat ówczesnych czasów i zwyczajów język, styl pisarza, który podkręca naszą wyobraźnię, akcję, która, nawet gdy zwalnia, nie pozwala się nudzić ani odłożyć książki. To także, choć nie w głównej mierze, opowieść o rodzącej się, nieśmiałej i wzrastającej w bardzo niesprzyjających okolicznościach miłości, która jednak nie przesłania ani na moment akcji i głównej problematyki książki.

Powieść Roberta McCammona, która w końcu ujrzała polskie światło dzienne, to w dodatku pozycja wspaniale wydana, prezentująca się znakomicie w rękach, na półce księgarni i – przede wszystkim – domowej biblioteczki. Objętościowo onieśmielająca, ale i gwarantująca długie godziny spędzone w tajemniczej osadzie Fount Royal, trzymana jest w ryzach przez twardą, solidną oprawę w kolorze głębokiego brązu, którą zdobią w mniejszej ilości bordowe i w większej żółte, przywodzące na myśl złote napisy i zdobienia. Ilustracja na okładce odnosi się zarówno do tytułu, jak i do fabuły, choć sam tytuł zostaje wyjaśniony dopiero po wielu godzinach spędzonych na tej rewelacyjnej lekturze. Zarówno za tę ilustrację okładkową, jak i te, które pojawiają się co jakiś czas w książce, odpowiada Maciej Kamuda i idealnie dopełniają one lekturę. Jest w nich i mrok, i niepokój, i klimat przywodzący na myśl dawne księgi. Dodatkowo każdy rozdział, a także każda numeracja strony ozdobione są niewielkim, ale zauważalnym i podkreślającym klimat ornamentem. To wszystko, w połączeniu ze stronami, które nie są śnieżnobiałe, ale lekko kremowe, jakby pożółkłe, sprawia, że momentami można mieć wrażenie, jakbyśmy trzymali w rękach księgę nie tylko dziejącą się w 1699 roku, ale także spisaną bardzo dawno temu. Grafiki, choć niekoniecznie są odzwierciedleniem wydarzeń z książki, są ilustracją tamtych okrutnych czasów, mrożąc krew w żyłach, kiedy zdamy sobie sprawę, że sceny, które przedstawiają, mogły dziać się naprawdę albo być niemal dosłownym wyobrażeniem ludzi o złu, które się dzieje wokół nich.

Zew nocnego ptaka to wspaniała przygoda i czytelnicza uczta, na którą warto było czekać. Uniwersalne przesłanie i ponadczasowa problematyka, fantastycznie oddany klimat 1699 roku, świetnie zawiązana intryga rozpisana z rozmysłem na 900 stron, niemal niestygnące napięcie, plejada przeróżnych, ciekawych postaci, a co za tym idzie przekrój ludzkich charakterów, wspaniałe wydanie – to wszystko sprawia, że Zew nocnego ptaka utwierdza mnie w przekonaniu, że Robert McCammon to pisarz, którego wszystkie powieści są i będą moim czytelniczym celem. To, że pisze wspaniale, a do tego jest świetnym obserwatorem ludzkich cech i zachowań, to jedno, ale drugą sprawą jest fakt, jak różne książki potrafi stworzyć, nadal trzymając ten bardzo wysoki, roztaczający niesamowite widoki z góry, poziom. McCammon to pisarz, który jest w naszym kraju stanowczo za mało znany. Mam jednak nadzieję, że z każdą kolejną wydaną w Polsce powieścią jego autorstwa będzie się to zmieniać. Ja przepadłam, zakochałam się lata temu, a teraz ta miłość tylko się umocniła. 

Fot.: Vesper

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *