Ciekawostki,Filmy,Publicystyka

Piątkowa ciekawostka o…: Rok 2019 w filmach

rok 2019
rok 2019

No i stało się! Już od prawie miesiąca żyjemy w roku 2019. Patrząc za okno, możemy zapytać – co z tego? Świat z pozoru nadal jest ten sam, niewiele się zmieniło, ale jednak, chcemy tego czy nie, żyjemy w przyszłości! Przynajmniej według twórców filmowych, którzy przed wieloma laty uznali, że jest to data wystarczająco odległa, aby umieszczać w niej swoje futurystyczne, dystopijne i ponure wizje świata.

W niniejszym tekście przytoczę Wam pięć przykładów takich dzieł, których akcja osadzona jest właśnie w roku 2019. Jak bardzo twórcy tych filmów rozminęli się z rzeczywistością, którą obecnie na co dzień oglądamy? Sprawdźcie sami.

Zestawienie zaczynamy od najstarszego i jednocześnie najbardziej kultowego filmu. W 1982 roku Ridley Scott przetarł szlaki gatunkowe, łącząc ze sobą mroczne, cyberpunkowe SF z kinem noir. Świat kina otrzymał wtedy Łowcę Androidów (Blade Runner) i od tej pory nic już nie było takie samo. Obraz Scotta, luźno oparty na powieści Philipa K. Dicka Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, zabiera nas do Los Angeles, które w roku 2019 jest wiecznie zalane deszczem, zasnute smogiem i rozświetlone niezliczoną ilością neonów i banerów reklamowych. Rick Deckard (Harrison Ford) należy do specjalnej jednostki policyjnej, zwanej Blade Runnerami – jego celem jest ściganie i unieszkodliwienie zbiegłych replikantów, na których czele stoi charyzmatyczny Roy Batty (Rutger Hauer). Film, jako jeden z pierwszych, stawia ważne pytania na temat samoświadomości maszyn, rozwoju sztucznej inteligencji i istoty człowieczeństwa.

Niemniej jednak wizja przyszłości Scotta nie do końca się sprawdziła. O ile wizualnie niektóre współczesne metropolie wyglądają zapewne podobnie, o tyle ludzkość nie dorobiła się jeszcze latających samochodów ani obdarzonych świadomością androidów, których nie da się odróżnić od ludzi. Na szczęście nie sprawdził się też scenariusz, w którym wyginęły niemal wszystkie gatunki zwierząt (chociaż niestety jesteśmy na dobrej drodze do tego).

Ridley Scott równie błędnie przewidział panowanie marki Atari.


Kolejnym filmem, starszym od poprzedniego o pięć lat, jest Uciekinier (The Running Man) z 1987 roku, w reżyserii Paula Michaela Glasera. Obraz ten również jest dość luźno potraktowaną ekranizacją powieści autorstwa Stephena Kinga (opublikowanej pod pseudonimem Richard Bachman). Co prawda pierwsze minuty Uciekiniera rozgrywają się w roku 2017, lecz akcja dość szybko przenosi się dwa lata w przód, gdzie pozostaje już do końca filmu. Glaser prezentuje nam kolejną ponurą wizję dystopijnych Stanów Zjednoczonych, gdzie w miastach co chwilę wybuchają krwawe zamieszki. Uwagę społeczeństwa odwracają media, a w telewizji szczyty popularności osiąga teleturniej zwany Uciekinier, w którym skazani więźniowie mają szansę odzyskać wolność, muszą tylko przeżyć widowiskowy pościg depczący im po piętach. Do tego telewizyjnego show trafia Ben Richards (Arnold Schwarzenegger), pilot policyjnego helikoptera, który dwa lata wcześniej został niesłusznie skazany za rzekomą masakrę cywilów. Jako że jest to film ze Schwarzeneggerem z lat 80. nie należy się spodziewać czegoś więcej niż klasycznego akcyjniaka SF. Mimo wszystko, Uciekinier pod przykrywką rozpierdziuchy, próbuje przemycić dobrze nam znany przekaz (wtedy jeszcze nie aż tak oklepany), czyli zgubny wpływ mediów na społeczeństwo, które żądne rozrywki, z chęcią ogląda prawdziwą śmierć, na żywo (gra słów zamierzona).

W naszym rzeczywistym roku 2019 na szczęście nie osiągnęliśmy jeszcze takiego dna. Dzisiejsze teleturnieje i reality show żerują raczej na głupocie uczestniczących w nich osób oraz na sprzedawaniu ich prywatności. Na szczęście nadal są pewne granice, których nie przekraczamy i śmierć ku uciesze widzów jest jedną z nich. Podejrzewam jednak, że gdyby Uciekinier powstał naprawdę, rozgrywałby się raczej w Internecie, gdzie każdy mógłby kliknąć lajka, podać dalej albo zostawić idiotyczny komentarz.

Żółty spandeks także się nie przyjął. Sorry, Arnold.


Rok później, prosto z Japonii na ekrany kin zawędrował Akira – anime stworzone przez Katsuhiro Otomo, na podstawie kultowej mangi własnego autorstwa. Do dziś film ten jest jednym z najlepszych reprezentantów japońskiej animacji, a jednocześnie kina spod znaku postapokalipsy i cyberpunka. Otomo zabiera nas prosto do Neo-Tokio A.D. 2019, którego ulice przemierza główny bohater, Kaneda na swoim futurystycznym motocyklu. Historia Akiry skupia się właśnie wokół Kanedy oraz jego przyjaciela z dzieciństwa – Tetsuo, który w wyniku wypadku pozyskał niezwykłe zdolności telekinetyczne. Rozchwianie emocjonalne i zachłyśnięcie się nowymi możliwościami ostatecznie doprowadza Tetsuo do szaleństwa. W wyniku jego działań miasto opanowuje chaos i zamieszki, co kończy się widowiskowym starciem z wojskiem. W środku tego wszystkiego stara odnaleźć się Kaneda, który jednocześnie próbuje powstrzymać i ocalić swojego przyjaciela.

Akira to zdecydowanie kamień milowy w swoim gatunku i razem z o kilka lat starszym Ghost in the Shell, stanowią wzór czystego, stuprocentowego cyberpunka. Wizja Neo-Tokio przedstawiona przez Otomę nieco różni się od prawdziwego Tokio w roku 2019, ale znając Japończyków, którzy praktycznie żyją już w przyszłości, zapewne nie są to różnice bardzo znaczące.


Następny tytuł z fabułą osadzoną w 2019 roku powstał o dziwo już w XXI wieku, konkretnie w roku 2005, kiedy to Michael “Eksplozje” Bay popełnił film o tytule Wyspa (The Island). Jest to nieco przeładowany akcją thriller science fiction, który opiera się na niemoralnym wykorzystaniu klonów do pozyskiwania organów do przeszczepów. W rolach głównych zobaczymy tu Ewana McGregora i Scarlett Johansson, którzy wraz z całą grupą podobnych im ludzi, żyją sobie w specjalnym ośrodku, gdzie niemal każdy ich krok jest monitorowany i kontrolowany. Organizowana jest tam też loteria, w której główną wygraną jest opuszczenie ośrodka i wyjazd na bajeczną, rajską wyspę, gdzie taki wygrany szczęśliwiec będzie sobie żył jak pączek w maśle do końca swoich dni. Wielkim twistem filmu (spoiler) jest odkrycie przez parę głównych bohaterów, że nie ma żadnej wyspy, a oni sami są klonami prawdziwych osób i hodowani są tylko w jednym celu – jako magazyn części zamiennych.

Co też strzeliło do głowy reżyserowi, że założył, iż w ciągu zaledwie 14 lat będziemy hodować w pełni świadome klony ludzi (i to tylko w celu brutalnego ich zabijania), tego nie wie nikt. Na szczęście w prawdziwym roku 2019 klonowanie bardziej skomplikowanych organizmów (a co dopiero ludzi) ciągle jeszcze jest pieśnią przyszłości. Chyba że o czymś nie wiemy?

Scarlett Johansson nic się nie zmieniła. Może rzeczywiście ma klona?


Ostatnią pozycją jest jeszcze nowsze, bo powstałe w 2009 roku, Daybreakers – Świt. Odpowiedzialni za ten tytuł bracia, Michael i Peter Spierig przedstawiają nam świat, według nich oddalony zaledwie o dekadę, w którym nieznana zaraza przekształciła większą część ludzkiej populacji w wampiry. Zwyczajni ludzi są rzadkością i wielkim rarytasem, na który polują krwiopijcy. Takie zaburzone proporcje prowadzą jednak do światowego głodu krwi, co zmusza wampirzych naukowców do opracowania syntetycznego substytutu. Właśnie takim naukowcem – hematologiem jest Edward Dalton (Ethan Hawke), który w pocie czoła pracuje nad przepisem na sztuczną krew. Pewnego dnia jego pracę zakłóca grupa prawdziwych ludzi, dowodzona przez byłego wampira, zwanego Elvisem (Willem Dafoe), który, jak się okazuje, jest w posiadaniu leku, potrafiącego odmienić wampira z powrotem w człowieka. Rozpoczyna się więc wyścig o zbawienie ludzkości, które nie w smak jest wampirzym elitom nowego świata.

Reżyserski duet miał tutaj całkiem oryginalny pomysł wyjściowy, niestety jego realizacja i ostateczny produkt w postaci Daybreakers okazał się porażką. W prawdziwym roku 2019 nie widziałem jeszcze żadnego wampira (nie licząc cosplayerów), tak więc szach mat bracia Spierig!

Powyżej: cosplayerzy – Ethan jako amisz i Willem jako Daryl z The Walking Dead.


A to dopiero początek, bowiem już za rok przekraczamy kolejną granicę, wkraczając w czasy, w których rozgrywa się oryginalny Cyberpunk 2020 – gra fabularna Mike’a Pondsmitha. Nie wiem jak Wy, ale ja już odkładam pieniądze na chromowaną cyber-rękę.

Może znacie jeszcze jakieś popkulturalne dzieła (niekoniecznie filmy) rozgrywające się w roku 2019?


Fot.: Warner Bros., Braveworld Productions, HBO, TMS Entertainment, Bandai, Kino Świat

Miłośnik lat 80., komiksów Marvela, horrorów i kina klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.