Komiksy,Recenzje

Miasteczko, które nie daje drugich szans – Jeff Lemire – „Royal City – 1 – Krewni” [recenzja]

royal city
royal city

Żałoba to niezwykle skomplikowana i indywidualna sprawa. Każdy przechodzi ją na swój sposób, ale też każdy musi ją przejść – nie da się od niej uciec, a nawet, jeśli spróbujemy, to owa ucieczka również będzie swoistym rodzajem żałoby. Może trwać latami, co więcej – może nigdy się tak naprawdę nie skończyć. Wtedy jest już raczej przeżywaniem straty – ciągłym, nieustannym i w sposób diametralny wpływającym na życie nasze i naszych bliskich. Mimo niezwykłej uniwersalności, jaką jest temat żałoby i straty, twórcy wcale nie tak często po niego sięgają; nic jednak dziwnego – jest to niełatwe zarówno dla autora, jak i później dla odbiorcy. O dekonstruktywnym i znaczącym wpływie przeżywania straty i niepogodzenia się z nią zdecydował się natomiast opowiedzieć ceniony twórca komiksów, Jeff Lemire, w cyklu zatytułowanym Royal City. Krewni, pierwszy tom serii, to niesamowity i zapadający w pamięć czytelnika portret rodziny, którą jednocześnie łączy i dzieli nieustająca żałoba po stracie jednego z bliskich.

Rodzinę Pike’ów poznajemy w momencie, kiedy jej głowa, starszy już mężczyzna, trafia do szpitala w stanie śpiączki po zawale. Nie byłby to pierwszy raz w historii popkultury, kiedy rodzinę zjednacza czyjś niepokojący stan zdrowia. Jednak w Royal City nic nie jest takie proste, jak by się chciało. Owszem, jedyny żyjący z dala od rodzinnego miasteczka syn, Patrick Pike, wraca na wieść o ojcu, ale poza tym niewiele się zmienia. Każde z nich – przepełniona wewnętrznym gniewem matka, zapijaczony i zadłużony u podejrzanych typów Richie, kłócąca się z mężem Tara, a także powracający do miasteczka, przeżywający kryzys twórczy pisarz Patrick – z jednej strony żyje w świecie własnych problemów, rozgrywających się w większości na tle szarego, smutnego i stojącego już niemal u kresu sił, robotniczego Royal City; z drugiej strony każde z nich nękane jest bezlitośnie przez przeszłość, przez ducha pewnego chłopca – dla jednych syna, dla innych brata – o imieniu Tommy, który zginął kilkanaście lat temu w tragicznych, choć nieznanych czytelnikowi okolicznościach. Jedyne, czego możemy się domyślać z onirycznych kadrów Lemire’a, to że Tommy Pike utonął.

Kiedy piszę, że zarówno matka, ojciec, jak i rodzeństwo – Tara, Richie i Patrick – nękani są przez ducha… mam na myśli właśnie to. Nie jest to z mojej strony metafora, lecz faktyczny stan rzeczy, jaki widzimy w komiksie. Oczywiście, możemy spierać się jako czytelnicy, czy bohaterowie naprawdę widzą widmo Tommy’ego, czy jedynie autor wizualizuje go, byśmy byli w pełni świadomi lęków, tęsknot i wyrzutów sumienia, a także wspomnień, jakie nieustannie ciągną za sobą postaci tej historii. Jednak na płaszczyźnie podstawowej i wizualnej, zmarły pojawia się niejednokrotnie przed oczyma bohaterów, a co za tym idzie widzi go także czytelnik. Co więcej – każdy z członków tej posępnej rodziny widzi Tommy’ego w zupełnie innym wieku i w zupełnie innej roli. Robi to piorunujące wrażenie na czytelniku, a z początku nawet wprowadza go w stan lekkiej konsternacji. Dla apodyktycznej i przepełnionej hipokryzją matki Tommy to dorosły mężczyzna, który poświęcił swoje życie Bogu, zostając księdzem. Czy kobieta liczyła na to, że dzięki temu łatwiej będzie się jej spowiadało z własnych grzechów? Dla Tary młodszy brat pozostał kilkuletnim chłopcem, którym opiekowała się przed laty i robiła ulubiony makaron z serem. W tym przypadku możemy domyślać się, że siostra próbuje wypełnić pustkę, jaka zieje w jej sercu tam, gdzie spodziewała się, że zaleje ją macierzyństwo. Richie widzi najstarszą chyba wersję Tommy’ego (choć trudno nam ocenić wiek księdza) – brat przemienił się w jego wizji w kompana, który zawsze namówi do wypicia kolejnej porcji wódki, do udania się na balangę, do opuszczenia dnia w pracy. Wydaje się natomiast, że to właśnie Patrick, który przyjechał do Royal City ze względu na stan ojca, widzi zmarłego dokładnie w tym wieku, w którym chłopak umarł. Choć oczywiście nie możemy być tego pewni, ponieważ w komiksie (a przynajmniej w pierwszym tomie) nie jest powiedziane – ani jak zginął Tommy, ani ile miał wtedy lat. Coś jednak każe mi wierzyć, że nastolatek, którego widzi Patrick, to właśnie jego brat w dniu śmierci – jedyny, który nie jest wyobrażeniem i kompanem, lecz niełatwym do zniesienia widmem, które czegoś się od Patricka domaga.

Royal City jako miasteczko, na tle którego dzieją się wydarzenia, spisuje się rewelacyjnie, stając się niemal jego kolejnym przybitym i złamanym przez życie bohaterem. Upadająca fabryka, której zamknięcie grozi bezrobociem dla niesamowitej ilości mieszkańców, puste, zlane deszczem ulice, wypełnione samotnością korytarze szpitala, przygnębiające wnętrze zapomnianej kawiarni – wszystkie te elementy tworzą niesamowity klimat Royal City. Miasteczka, z którego trudno się wyrwać, a jeśli już się to komuś uda – tak jak Patrickowi – nie znaczy to, że wypuszczą go z objęć jego szare, zimne i ziejące pustką ramiona.

Jeff Lemire, który odpowiada zarówno za scenariusz, jak i za rysunki, doskonale oddał za sprawą strony graficznej klimat Royal City i nastroje jego mieszkańców. Pełnostronicowe kadry pojawiają się tu tylko kilka razy, ale każdorazowo dają efekt przytłoczenia bohaterów. Budynki Royal City zdają się górować nad mieszkańcami, wyrastają ponad nimi niemalże jak groźba. Jakby samo miasteczko i jego elementy mieli do powiedzenia przynajmniej tyle, ile ludzie je zamieszkujący. Kolorystyka i kreska, na jaką zdecydował się Lemire, idealnie oddają charakter zarówno Royal City, jak i nastroje członków rodziny Pike. Szczegółowe, ale przy tym nieco jakby niedbałe, linie tworzą postaci i przedmioty na tyle realne, byśmy uwierzyli w ich istnienie, ale również na tyle senne i majaczące, by nie oprzeć się wrażeniu, że całość odbywa się gdzieś na granicy świadomości bohaterów. Również nie bez znaczenia okazuje się dobór kolorów – w pierwszym tomie Royal City próżno szukać żywych, intensywnych i wesołych barw. Wszystko jest szare, rozmyte, blade i po prostu pesymistyczne. Najostrzejsze i jednocześnie najweselsze kolory, jakie znajdziemy w komiksie, to te, które zdobią ubranie Tommy’ego. I tu świetnym zabiegiem Lemire’a okazuje się to, że choć każdy z członków rodziny widzi zmarłego w innym wieku i w innym stroju, to za każdym razem ma on na sobie jakiś element z kolorami: żółtym i czerwonym. Możemy się jedynie domyślać, że właśnie ubranie w takich kolorach miał na sobie chłopiec w dniu śmierci. Zabieg ten prowadzi również do wrażenia (zapewne słusznego), że cała radość rodziny Pike’ów, cała paleta barw i uśmiechów odeszła wraz z Tommym.

Krewni, pierwszy tom Royal City, to lektura niezwykle przygnębiająca, ale przy tym fascynująca i wciągająca. To jeden z tych komiksów, które czyta się jednym tchem, ale nie przez wzgląd na wartką akcję czy niebanalny humor, lecz dla angażującej czytelnika emocjonalnie fabuły i problematyki. Każdy z przedstawionych nam bohaterów wciągany jest przez własne bagno, każdy ma swoje grzechy i troski; każdy wydaje się w jakiś sposób stracony dla świata, zapadający się w nieubłaganym Royal City – miasteczku, które zdaje się nie dawać drugich szans. Czy jednak na pewno tak jest? Być może choć połowicznie Jeff Lemire odpowie nam na to pytanie w drugim tomie, którego osobiście nie mogę się już doczekać. Rzadko zdarza się, by w powieści graficznej autor z taką dbałością podszedł do strony emocjonalnej swoich bohaterów, a w Royal City nie dość że mamy ich kilku (w dodatku tak samo ważnych), to jeszcze możemy się domyślać, że pierwszy tom jedynie zarysował ich osobowości, wewnętrzne rozterki i dramat, jaki od lat rozgrywa się w ich sercach. Dramat, który tak mocno nadszarpnął tą rodziną i jej więziami. Dawno nie spotkałam się z dziełem, które w sposób tak intensywny, ale i nietypowy opowiadałoby o problemie nieradzenia sobie ze stratą; o tym, jak śmierć członka rodziny wpływa na pozostałych i na całe ich życie. Czy jest dla tego cyklu choć iskierka nadziei na to, że coś tutaj bohaterom się uda? Czy widmo Tommy’ego na zawsze zdefiniuje ich jako osoby? Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy.

Fot.: Non Stop Comics

Podobne wpisy:

Avatar

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!