Zbyt ciasny świat – Rafał Kosik – “Różaniec” [recenzja]

Różaniec

Gdy przy zapowiedzi powieści Różaniec sam opis sugerował fantastykę socjologiczną z krwi i kości, niejeden zatwardziały czytelnik Zajdla czy innego Brunnera mógł z zaciekawieniem zacierać rączki. Mnie bardzo cieszy, że Rafał Kosik sięgnął właśnie po ten rodzaj powieści, bo nieśmiało odnoszę wrażenie, że tego typu książki powstawały głównie w drugiej połowie XX wieku, gdzie wyobrażenia na temat społeczeństwa przyszłości w dobie zimnej wojny były szczególnie wybujałe. Autor Kameleona odświeżył zajdlowską wizję z ogromnym rozmachem, o czym świadczy racjonalnie skonstruowany świat i mnogość wątków poruszonych w powieści. I chwała mu za to, chociaż w tym momencie moja babcia by powiedziała, że jeśli za szybko będę pił gazowany napój, to dostanę czkawki.

Czkawka naturalnie nie zaatakowała na początku, bo start powieści to wyborne wprowadzenie czytelnika w świat przyszłości, który kiedyś może okazać się nie aż tak wybajdurzoną fantastyką. Dla mnie to jest najprzyjemniejszy moment w lekturze wszelkiego rodzaju powieści z nurtu fantastyki socjologicznej – krok po kroku poznajemy reguły rządzące światem przedstawionym, w którym z pozoru sprawy oczywiste i naturalne zdają się mieć drugie dno. Warszawa Rafała Kosika umieszczona w tajemniczym Pierścieniu różańca to aglomeracja tętniąca życiem, w której pomimo czającej się zza sztucznej bariery ciszy kosmosu ludzie funkcjonują niemal jak my. W Różańcu można odnieść wrażenie, że tak naprawdę obecny świat niczym się nie różni, więc o co tyle hałasu, po co tyle stron książki? W tym momencie autor (tak to sobie oczywiście wyobrażam) winien uśmiechnąć się pod nosem i powiedzieć: i właśnie o to chodzi.

Patrząc na Warszawę oczami Harpada, wybitnego i prawdopodobnie jedynego prawdziwego nuzzlera (o tym później), stopniowo odkrywamy, co tak naprawdę różni mój ówczesny Lublin czy Twój ówczesny Kraków od jego miasta. Swoją drogą jestem ogromnie wdzięczny autorowi, że nie potraktował czytelnika jak idioty, dla którego trzeba tworzyć sztucznie spreparowane dialogi, aby niby to w rozmowie dwóch starych wyg w skrócie zreferować całość zasad i schematów panujących w Pierścieniu Warszawa. Okej, pojawiła się jedna rozmowa, która brzmiała bardzo sztucznie, ale poza tym pochwalić muszę, że to świat wyobrażony przez Kosika sam z siebie ukazywał mi reguły panującej w nim gry. Narracja nieustannie opowiada bieżące wydarzenia jakby czytelnik był mieszkańcem Pierścienia i zdawał sobie sprawę, dlaczego z Warszawy nie da się pojechać do Krakowa (i gdziekolwiek indziej) i dlaczego nuzzler to na tyle tajemniczy zawód, że każdy chce mieć Harpada na wyłączność.

Nie chcąc Wam zepsuć przyjemności z lektury, nie będę tu tworzył streszczenia, na czym ten cały galimatias polega, ale oczywiście domyślacie się, że wszelkiego rodzaju zamknięte społeczeństwa poszukują sposobu na kontrolowanie obywateli i – przede wszystkim – ich liczebności. Akcja Różańca nieubłaganie dąży do tego, aby pokazać czytelnikowi właśnie działanie systemu tzw. Eliminacji, która jest podstawowym elementem regulacji życia w Pierścieniu, a nasz umiłowany nuzzler to właśnie człowiek, który w niezbyt legalny sposób jest w stanie włamać się do Pewnego Systemu z Dużą Ilością Cyferek i wydłubać z niego informację, kto zbliża się w objęcia tejże Eliminacji. Z rozmachem przedstawiony świat oczywiście kusi czytelnika, aby między wierszami doszukiwać się również informacji na szerszą skalę – dlaczego w ogóle Pierścienie musiały powstać i jak one w rzeczywistości funkcjonują. Autor kilkukrotnie daje ku temu okazję, wspominając np. o chroniącej Pierścień barierze czy o katastrofie mającej miejsce w innej aglomeracji. Harpad natomiast, jak to bywa w przypadku głównego bohatera, wpada w sam wir wydarzeń, dowiadując się wielu zaskakujących rzeczy, które oczywiście popychają go jeszcze dalej, w głębszą otchłań szalonej wizji świata niczym Sneer w Limes inferior. I tu niestety powraca powiedzenie z czkawką i zbyt dużym tempem spożywania.

Wraz ze zbliżaniem się do finiszu powieści odnosiłem wrażenie, że po świetnym przedstawieniu życia w Pierścieniu Warszawa akcja zmierza do wymuszonego zakończenia. Ostatni etap Różańca pomimo ukazania mrocznej strony głównego wątku nie przypadł mi do gustu, ponieważ tym razem traktowanie czytelnika jako istoty w pełni świadomej otaczającej go fikcji wywarł efekt faktycznego zagubienia. Tak samo jak Harpad bezcelowo krążył po korytarzach swojego świata, tak ja czułem się odgrodzony weneckim lustrem od opowieści. Wątek nuzzlera i jego córki przestał być dla mnie istotny w momencie, gdy powieść nie dała mi szans zrozumieć, co się tam tak naprawdę dzieje. Z racjonalnie prowadzonej fabuły trafiłem nagle do surrealistycznej rzeczywistości, która brzmiała niczym majaki niezbyt łatwe do zrozumienia. Rafał Kosik samą opowieścią chciał mi pokazać swoją wizję, jednak nie potrafiłem jej sobie zmaterializować na podstawie przekazanej narracji. Stopniowo zdawałem sobie sprawę, że multum poruszonych wątków nie znajdzie swego naturalnego rozwiązania i autor nie zaspokoił mojej ciekawości w wielu aspektach. Wspomniany już wcześniej wątek tajemniczej katastrofy w innym Pierścieniu okazał się być tylko epizodycznym zabiegiem mamiącym czytelnika rosnącym niebezpieczeństwem, a równie tajemnicza postać przewijająca się przez karty powieści, która w drugiej połowie otrzymała jeszcze bardziej zadziwiającą rolę, nie została w żaden sposób domknięta klamrą. Abyście nie odnieśli wrażenia, że znęcam się nad Pierścieniem z sadystycznych pobudek, na jego obronę dodać muszę, że część wątków pobocznych znalazła swoje wyjaśnienie – przede wszystkim dobitnie zaznaczono, w jaki sposób faktycznie odbywa się doprowadzanie do miasta przedmiotów codziennego użytku.

Mówiąc więc obrazowo, dostałem bardzo dużo do wypicia naraz, a skończyło się głównie na czkawce i ogromnym żalu, że koniec już nastąpił, chociaż ja bym jeszcze trochę tego pysznego soku się napił, uwierzcie mi – ale nie przy takim tempie narracji, która w pierwszej części mistrzowsko budowała klimat fantastyki socjologicznej najwyższych lotów, gdzie można się spodziewać na końcu gigantycznego uderzenia, sprawiającego, że jeszcze przez tydzień będę zbierał szczękę z podłogi; w drugiej połowie zaczyna pędzić na łeb na szyję, zapominając mi powiedzieć, gdzie tak naprawdę biegniemy. Czułem się raczej zirytowany niż zadowolony. Gdyby powieść miała potencjał na kontynuację, to w ten sposób opowiedziana historia miałaby uzasadnienie – nie wydaje się to jednak możliwe, chociaż zakończenie książki można odczytywać na wiele sposobów.

Moje rozgoryczenie bierze się stąd, że Różaniec nie jest powieścią złą, lecz jedynie dobrą. Rafał Kosik potwierdził, że jest mocnym graczem na rodzimym rynku fantastyki naukowej, chociaż można się zastanawiać, czy kilkuletni proces powstawania książki akurat nie przyniósł efektu odwrotnego od zamierzonego. Nie śmiem oczywiście dywagować, czy wiązało się to z ogromnym researchem, czy pisarską blokadą na pewnym etapie powieści, ale odnoszę wrażenie, że siła narracji Różańca malała wraz z jej końcem. Ogromna szkoda, bo mogła to być powieść wybitna, faktycznie na miarę mistrza Zajdla – złapała ona jednak mistrza tylko za nogi.

Fot.: Powergraph

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *