Są zespoły, które lubisz od pierwszego odsłuchu. Są takie, których twórczość doceniasz, bo potrafią dobrze grać, świetnie pisać i rozumieją swoje brzmienie. Ale raz na jakiś czas trafia się ktoś, kto trafia dokładnie tam, gdzie trzeba – w samo sedno Twojego emocjonalnego świata. Taką grupą jest dla mnie Heima. Od debiutanckiego W domu, przez zeszłoroczny Świat z tektury, aż po świeże single zapowiadające EP-kę Koniec świata (która miała swoją premierę 27.08.2025) – ta grupa łodzian konsekwentnie udowadnia, że gitara, szczery tekst i odrobina melancholii to wciąż najpiękniejszy przepis na muzyczne katharsis.
Poznałem ich kilka lat temu. Szybko przestali być tylko kolejnym zespołem w moich słuchawkach – stali się głosem mojego pokolenia, mimo że sami są nieco młodsi. Ich teksty rezonują ze mną na wielu poziomach, ich muzyka bywa azylem, w którym chowam się w trudniejszych chwilach. I choć nasze drogi nie krzyżują się na co dzień, to kiedy pojawia się nowy singiel Heimy – zatrzymuję się. Słucham. Czuję. Jestem wdzięczny.
Dlatego dziś – jako fan, ale też redaktor naczelny Głosu Kultury – oddaję Wam wywiad z Olgą Stolarek, wokalistką zespołu, którego twórczość uważam za jedną z najbardziej autentycznych na polskiej scenie alternatywnej. Rozmawiamy po koleżeńsku, bez dystansu, z pełnym bagażem sympatii, ale też z reporterską ciekawością. Oddaję Wam rozmowę, która – mam nadzieję – będzie brzmiała tak, jakbyście siedzieli z nami przy kuchennym stole.
Mateusz Cyra: 20.06.2025 ukazał się Wasz singiel Jestem. Jakie emocje towarzyszyły Wam w dniu premiery i co chcielibyście, aby słuchacze poczuli, słuchając Jestem? Czy ten utwór to swego rodzaju zaproszenie słuchacza do wspólnego zastanowienia się nad tym, kim się jest we współczesnym świecie?
Olga Stolarek: Jestem to utwór o tym, że warto się zastanowić przed powiedzeniem komuś „Chciałabym być jak ty” „Chciałabym mieć takie życie jak ty”. Ludzie często pokazują tylko dobre strony swojego życia, zwłaszcza w Internecie, więc nigdy nie znamy pełnego bagażu ich doświadczeń. Może wcale ich życie nie jest takie piękne?
Skoro sami mówicie, że Koniec świata to naturalna kontynuacja Świata z tektury, to zdradźcie: jakie wątki z poprzedniej EP-ki rozwijacie najgłębiej, a które dopiero teraz nabierają prawdziwej mocy? Czy jest motyw-klucz, który scala oba wydawnictwa w jedną historię?
Oba wydawnictwa tak naprawdę od samego początku są ze sobą scalone. To miała być jedna płyta – 10 utworów. Ale z uwagi na to, że nie znaleźliśmy dla niej wydawcy i uznaliśmy, że wydajemy te rzeczy sami postanowiliśmy podzielić ją na dwie Epki. Także „Koniec Świata” i „Świat z tektury” są jednością :)
Wasza zeszłoroczna EP-ka Świat z tektury poruszała współczesne lęki i delikatne tematy (zdrowie psychiczne, relacje, AI) w bardzo refleksyjny sposób. Jak reakcje odbiorców na ten materiał wpłynęły na Was jako twórców? Czy byliście zaskoczeni tym, jak słuchacze odczytali Wasze intencje?
Najbardziej nas chyba ucieszyła reakcja na tytułowy utwór „Świat z tektury” i akcje z nim związane. Promowaliśmy wtedy numer zaufania. Wiele osób napisało do nas w tej sprawie, żeby nam podziękować. To wiele dla nas znaczyło.
Utwór Koniec świata powstał z inspiracji surrealistycznymi snami Olgi. To bardzo osobista historia – potwory, bliscy, lęki. Czy przelewanie takich sennych koszmarów i lęków na język piosenki było dla Ciebie formą terapii? Jak reaguje publiczność, gdy dzielicie się tak osobistą historią – zdarzyło się, że ktoś powiedział: „mam podobnie, nie jestem sam(a) z takimi odczuciami”?
Hah, akurat jak napisałam ten tekst to takie sny nagle zaczęły się pojawiać rzadziej, więc pewnie była to pewnego rodzaju terapia. „Koniec Świata” jest o tym, że przyjaciele śnią mi się zawsze jako źli ludzie, a nieprzyjaciele jako najlepsi znajomi, to trochę zaburza obraz rzeczywistości po przebudzeniu. Niestety, a może w sumie stety, nikt nie powiedział w tym przypadku, że ma tak jak ja – to chyba moja, specyficzna przypadłość.
W Może morze krzyczycie „ratuj się, kto może”. Gdy patrzysz na świat w 2025 roku, masz więcej nadziei czy więcej goryczy – i jak ta proporcja wpływa na Twoje pisanie piosenek? To dość gorzka wizja, zwłaszcza zestawiona z Waszym wcześniejszym utworem Echo z albumu W domu, gdzie pobrzmiewała jeszcze nadzieja, że „wszystkie nasze zaniedbania można naprawić”. Jak zmieniło się Wasze spojrzenie na te problemy na przestrzeni ostatnich lat? Czy jako młodzi artyści czujecie potrzebę i odpowiedzialność, by głośno mówić o takich sprawach jak klimatyczny niepokój czy apatia społeczna?
Myślę, że ważne jest aby artyści wypowiadali się na takie tematy. To najłatwiejsza droga dotarcia do młodych ludzi. Nasze podejście się chyba nie zmieniło, jednak na płycie „W domu” znajdowały się zdecydowanie łagodniejsze i mniej „drastyczne” teksty, bo to były moje pierwsze teksty w życiu, nie umiałam jeszcze wtedy pisać dosadnie. Teraz staram się nie owijać w bawełnę i bardziej mówić to, co faktycznie chcę powiedzieć.
Interesująca jest ewolucja tytułów Waszych wydawnictw: od „W domu”, przez „Świat z tektury”, aż po „Koniec świata”. Brzmi to trochę jak droga od bezpiecznego azylu, poprzez kruche konstrukcje naszej rzeczywistości, aż po jakiś ostateczny kres. Czy to zamierzony koncept czy raczej przypadek? Jak myślicie, co te tytuły mówią o etapach Waszego życia i twórczości, na których znajdowaliście się, nagrywając kolejno album, EP-kę i nowy materiał?
Na pewno w dużej mierze jest to przypadek – jak większość rzeczy które robimy, ale staramy się stwarzać pozory haha. W domu jest po prostu przetłumaczoną nazwą naszego zespołu, ale też odnosiło się do tego, że album nagraliśmy w pandemię, kiedy wszyscy siedzieliśmy w domach. Tak jak mówiłam kolejne dwie Epki, są tak naprawdę całością. „Świat z tektury” zatytułowano tak, żeby przedstawić kruchość życia i fakt, że wszystko jest ulotne, a kolejny tytuł „Koniec świata” wynika z tego, że tymi Epkami chcemy zakończyć pewien etap naszej działalności. Co to znaczy? To się okaże.
Nazwa „Heima” znaczy dom, a Wasz debiutancki album też nosił tytuł W domu. Co dziś znaczy dla Ciebie dom? Czy to konkretne miejsce, relacja, muzyka, scena? A może wspólne granie i bycie w zespole to właśnie Wasz dom – niezależnie od miejsca? Czy czujesz, że tworząc muzykę budujecie pewnego rodzaju azyl – najpierw dla siebie nawzajem, a potem dla słuchaczy, którzy mogą się w niej schronić (tak jak wielu z nas schroniło się w dźwiękach W domu w trudnych momentach)?
Heima dokładnie znaczy „W domu” – właśnie dlatego tak nazywa się album. Dla mnie osobiście dom jest wszędzie tam, gdzie dobrze się czuję. Nie lubię siedzieć w swoim dosłownym „domu”, lubię podróżować więc to pojęcie jest dla mnie płynne i mogę nim oznaczyć wiele miejsc, w których na dany moment się znajduję. Ale chyba możemy tez powiedzieć, że ten dom to dla nas scena, uwielbiamy grać, zagraliśmy już chyba ze 160 koncertów. My budujemy z naszej muzyki dach, ściany i zapraszamy do niego najpiękniejszych mieszkańców – naszych słuchaczy.
Zaczynaliście od grania na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, dziś gracie koncerty na dużych scenach i festiwalach oraz supportujecie legendy. Czy pamiętasz moment, w którym pomyśleliście sobie: „Wow, to dzieje się naprawdę – udało nam się”? Jak się wtedy czuliście? Opowiedz o tym, jak spełniały się Wasze małe marzenia na scenie.
Na Piotrkowskiej grywałam samotnie gdy miałam 14-16 lat bodajże, tak się zaczęła moja prawdziwa historia z muzyką. Tam tez zaczepił mnie jeden chłopak i powiedział „Wow, koniecznie musisz założyć jakiś zespół” i te słowa stały się moim impulsem do stworzenia zespołu. W czasie istnienia naszego zespołu z pewnej tęsknoty do tej ulicy wzięłam też chłopaków kilka razy na Piotrkowską, żebyśmy pograli wspólnie.
Takim WOW było dla nas głównie podpisanie kontraktu na debiutancką płytę z Agorą i chyba każda sytuacja gdzie znana gwiazda zapraszała nas na support. Te WOW jednak niestety mają bardzo krótki termin ważności. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i po chwili znowu w myślach wraca się do momentu gdzie myśli się „Za mało robię”, „Nic nie osiągnąłem”.
Wiem, że Olga i Paweł są zaręczeni od 2023 roku, więc jesteście nie tylko zespołem, ale też parą. Jak to wpływa na Waszą muzykę, dynamikę w zespole, na wspólne tworzenie? Czy muzyka staje się jeszcze bardziej osobista, gdy pisze się ją z kimś, kogo się kocha?
Tak naprawdę Heima powstała razem z nami. Na pierwszej randce poszliśmy na salę prób i wtedy faktycznie zaczął formować się zespół haha. Głównym wpływem jest to, że razem przyjeżdżamy na próby i nie musimy się tam pojawiać na 4 auta tylko na 3. Nie wiem czy to wiele zmienia. Fajnie mieć w domu kogoś, z kim można pogadać o bieżących sprawach zespołu i popracować nad nim. Ale muzycznie chyba nie zmienia to wiele.
Wasza twórczość bywa nazywana „słodko-gorzkim spojrzeniem młodego pokolenia na świat”. Co uważasz za najbardziej słodkie, a co za najbardziej gorzkie doświadczenie swojego pokolenia? I czy czujecie się – chcąc nie chcąc – głosem tej generacji, która balansuje między nadzieją a bezsilnością?
Myślę, że dla mojego pokolenia, najbardziej słodkim doświadczeniem jest niespotykany dotąd dostęp do informacji i możliwości, jakie daje nam globalna sieć i technologia. Dorastaliśmy w świecie, gdzie wiedza jest na wyciągnięcie ręki, a granice fizyczne przestały być barierą w komunikacji. Oczywiście ma to też wiele wad, sama mam FOMO i nie umiem odczepić się od telefonu, bo boję się, że coś mnie ominie. Z drugiej strony, najbardziej gorzkim doświadczeniem jest dla mnie poczucie niepewności i presji, które często towarzyszą temu samemu postępowi. Nazywanie się głosem generacji brzmi bardzo wywyższająco się i bucowato, a my nie chcemy stawiać się na żadnym piedestale. Mówimy co myślimy, ubieramy to w utwory, ale daleko nam do bycia głosem pokolenia.
Nie boicie się poruszać trudnych tematów – od lęków i zdrowia psychicznego po technologiczne zagrożenia dla sztuki – i robicie to w bardzo autentyczny sposób. Czy zdarzyło się Wam usłyszeć od kogoś, że Wasza piosenka pomogła mu przetrwać ciężki okres albo poczuć się mniej samotnym? Jak reagujecie na takie sygnały od fanów? Czy świadomość, że Wasze teksty realnie dotykają czyjegoś życia, daje Wam dodatkową motywację czy może bywa obciążająca?
Oj tak, zdarzają się takie sytuacje. Nawet ostatnio dostaliśmy taki list po koncercie. No ja mam zawsze łzy w oczach w takich sytuacjach. Rozklejam się na maksa. Mnie potrafi rozczulić reklama w telewizji, to co dopiero taka wiadomość. Dla mnie jest to chyba największa motywacja jak tak teraz myślę. To piękne i ważne.
W jednym z wywiadów wspominaliście, że temat zabijania sztuki przez sztuczną inteligencję będzie się przewijał w nowych utworach. To temat świeży, kontrowersyjny, ale i bardzo aktualny. Czy czujesz, że AI rzeczywiście odbiera coś muzyce, emocjom, sztuce? A może wręcz przeciwnie – że sztuka potrzebuje teraz bardziej niż kiedykolwiek prawdziwych ludzi?
Myślę, że na dłuższą metę ludzie zmęczą się AI i będą wręcz usilnie szukać sztuki, która jest tworzona w pełni przez człowieka, żeby poczuć prawdziwe emocje. Może to niepoprawny optymizm, ale nie wierzę, że AI zdominuje świat.
Na koniec, wyobraź sobie, że możesz cofnąć się w czasie do 2017 roku i spotkać siebie z początków Heimy. Co byś sobie wtedy powiedziała albo poradziła, mając już doświadczenie nagrania płyty, EP-ek, zagrania tylu koncertów i zdobycia grona oddanych słuchaczy? Czy jest jakaś lekcja z tej całej drogi od „domu” do „końca świata”, którą chciałabyś przekazać młodszej wersji siebie – a może także innym młodym artystom, którzy dopiero marzą o swojej karierze?
Oh, jest pewnie mnóstwo takich rzeczy. Popełniliśmy absolutnie masę błędów, przez które nasza kariera nie rozkwitła tak, jak mogłaby. Oczywiście wiele rzeczy zrobiliśmy też świetnie, np. Odkładanie prawie wszystkich pieniędzy z koncertów na nasz dalszy, zespołowy rozwój – za co dziękujemy wcześniejszym wersjom nas, bo postanowiliśmy to na samym początku. Na pewno powiedziałabym sobie, że ważniejsza jest jakość niż zrobienie czegoś szybko. I że warto jeździć więcej na jakieś kursy, warsztaty, doskonalić siebie w dziedzinach, w których się chcę rozwijać.
Uwielbiam Wasz debiutancki album. Rozpływałem się nad nim w momencie jego publikacji i został ze mną do dziś. Słucham Was regularnie, myślę, że jestem fanem – i w zasadzie na koniec nie tyle chcę zadać pytanie, co po prostu wyrazić swoją wdzięczność za Waszą twórczość. Bo trafiliście w sam środek mojego serduszka. Ale gdybym miał już coś zapytać… to: skąd pomysł na Nie spotkamy się? Ten utwór to dla mnie kwintesencja Waszej melancholii, emocji i tej intymnej atmosfery, którą tak bardzo w Was cenię.
Bardzo nam miło, lubimy słyszeć takie słowa. To zawsze podnosi na duchu, gdy wiemy, że nasza muzyka jest dla kogoś ważna. U nas pytanie „skąd pomysł” jest trochę niezasadne haha. Wydaje mi się, że jestem w mniejszości, bo większość artystów siadając do pisania piosenki wie o czym chce napisać i skądś właśnie mają ten pomysł. Ja w 90% przypadków siadam bez żadnego pomysłu i piszę po prostu to, co nagle ze mnie wypływa – bez żadnego planu, strumień świadomości. Ale też bardzo lubię ten utwór i zgadzam się, że jest kwintesencją tej melancholii. To jeden z niewielu utworów, w którym po czasie chyba nic bym nie zmieniła. Myślę, że wiele temu utworowi dodał głos Patryka i ten dialog między dwoma osobami, co nie zdarza się w innych naszych utworach.
Fot.: Heima / Aleksandra Kosnowicz-Jędruch.



![Moja miłość do ciebie wciąż płonie - Organek - „Czarna Madonna” [recenzja] Organek](https://www.gloskultury.pl/wp-content/webp-express/webp-images/uploads/2017/01/Organek-500x500.jpg.webp)







