Komiksy,Recenzje

Rozpierducha w świetnym stylu – D.L. Marzec, Ł. Lalko, M. Murawski – “Nasz przyjaciel Szatan” [recenzja]

Nasz przyjaciel szatan
Nasz przyjaciel szatan

Wyobraźcie sobie, że Szatan i piekło istnieją naprawdę. Zdaję sobie sprawę, że wielu z Was ma o tym jako takie wyobrażenie, dlatego moja prośba skierowana jest do tych, którzy do tej pory uważali to za absolutną bujdę, opowieść, mit, legendę, zabobon – zwał jak zwał, wszyscy wiemy, o co chodzi. A teraz niech wszyscy, także Wy, którzy w taką personifikację zła wierzycie, wyobraźmy sobie, że Szatan tak naprawdę wcale nie jest ziejącym ogniem potworem, nie ma rogów ani racic. Nie macha do nas szyderczo filuternie zakończonym ogonem i nie wymachuje w naszą stronę żarzącym się od ognia pogrzebaczem. Wyobraźmy sobie, że Szatan wygląda jak najnormalniejszy mężczyzna po pięćdziesiątce, chodzi po swoim domu w szlafroku, cały dzień czeka na mecz, w którym będą grali Niemcy, a do tego pasjonującego spektaklu zamierza zajadać spaghetti z klopsikami. Przyrządzone przez Hitlera – ale to już szczegół. Jeśli udało Wam się wyimaginować to sobie, to gratuluję – Wasza wyobraźnia wykonała śmieszny ułamek roboty, jaką odwaliły wyobraźnie twórców komiksu Nasz przyjaciel Szatan.

Komiks otwiera scena, która przenosi nas w mroczne zakamarki komnaty pod pewnym cmentarzyskiem. To właśnie tam odziani w przerażające szaty i zamaskowani Sataniści, na widok których włosy mogą stanąć dęba, z pradawnej księgi (czyli Wikipedii), z wyłowionego z odmętów zła i siarki zaklęcia, przywołują mocą swojego kręgu samego Szatana. Uzbrojeni w zło, gotowi na widok najgorszego, pełni przerażenia, ale jednocześnie fascynacji po raz pierwszy spotykają go oko w oko – …zniesmaczonego łysola w szlafroku. Ich zdziwienie, które szybko przeradza się w rozczarowanie, sięga zenitu, kiedy okazuje się, że nie nastąpiła żadna pomyłka, że to właśnie on, Szatan we własnej osobie. Z mrocznych zaklęć, krwi, czarnej magii, płomieni i jęków skazanych na wieczne tortury potępieńców wyłonił się on – stary pierdziel w bokserkach w romby i kapciach, jakich nie powstydziłby się sam Ferdek Kiepski. Zdenerwowany nieautoryzowanym przywołaniem i zawodem na twarzach ludzi, szybko załatwia sprawę i na prośbę Satanistów dyktuje im zaklęcie (czy może raczej numer telefonu…) do niejakiego Cthulhu. Być może kojarzycie gościa – wielkie macki, miejscówka w R’lyeh, lubi obserwować przez sen gwiazdy, czekając na nie wiadomo co. Sataniści zadowoleni, Szatan może wracać do domu na mecz. Ale rozczarowanie i wręcz niesmak, jaki pojawił się na twarzach ludzi, wryły się w pamięć naszego przyjaciela Szatana. Nie może pogodzić się z wymaganiami, jakie postawili przed nim ludzie, a przede wszystkim Kościół Katolicki. Jak ma sprostać wyobrażeniom o złu, skoro, po pierwsze: sami ludzie są tak wredni, źli i perfidni, że trudno za nimi nadążyć; po drugie – co bezpośrednio wiąże się z pierwszym – Kościół, żeby nad nimi zapanować, potrzebuje nie lada straszydła, przez co wymyśla bzdury o pokracznej i w dodatku nietrzymającej się kupy postaci Szatana. Do tej pory nasz przyjaciel jakoś to znosił – Ziemianie, dopóki nie trafiali do kóregoś z kręgu, mało go obchodzili, a Prezes był zadowolony z jego rządów. Nie bez powodu w końcu dał mu dożywotnią koncesję na Piekło! Ale tym razem miarka się przebrała! Szatan postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, a jego diaboliczny plan zakłada… wniesienie do sądu pozwu o zniesławienie. Pozwu przeciwko Kościołowi Katolickiemu. Wieść rozchodzi się lotem błyskawicy. Dziennikarze i cywile już zacierają ręce na to spektakularne widowisko. W jednym narożniku przedstawiciel Zła, największy skurczybyk znanego nam świata – Szatan, w drugim natomiast przywódca i lider Dobra, uwielbiany przez tłumy i niesiony na rękach – Papież Urban. Czy Szatan ma jakiekolwiek szanse w tym procesie? Przecież od zawsze jesteśmy uczeni, że ostatecznie, w tej odwiecznej walce, musi wygrywać Dobro. Inaczej się nie liczy, prawda?

Proces się toczy, Papieżowi robią przejście, a Szatan musi stać w kolejce. Nie zapominajmy jednak o tym, co dzieje się na drugim planie, czyli w samym środku Piekła. Proces procesem, ale smoła sama się nie pomiesza, a łajzy tego świata nie poddadzą się same torturom. Ktoś tego przybytku musi przecież upilnować. Przed wyjazdem nasz przyjaciel mianuje więc Belzebuba swoim tymczasowym zastępcą. A w tym dzielnie pomagają mu jego koledzy. Wszyscy wpadają na plan, aby przed powrotem szatana na błysk wysprzątać miejsce pracy (i zamieszkania). Oczywiście nie kierują nimi pobudki altruistyczne. Pamiętajcie, że mówimy o czeluściach piekielnych. Rzecz w tym, że Szatan obiecał wszystkim zaległe urlopy, jeśli tylko dobrze zajmą się Piekłem pod jego nieobecność. I tak zaczyna się, wybaczcie wyrażenie, totalna masakra i rozpierducha, jakiej ten ognisty jar jeszcze nie widział. Tak więc, wierzcie mi na słowo, że i na drugim planie dzieje się sporo – nudzić się podczas lektury w żadnym razie i  żadnym momencie nie będziecie.

Nasz przyjaciel Szatan to przede wszystkim komiks, w którym na uznanie zasługuje, rzecz jasna, koncept. Na szczęście jednak nie tylko samym pomysłem obronili się jego twórcy. Scenariusz, dialogi, rysunki – to wszystko stoi na naprawdę wysokim poziomie, a kiedy do tego dołożymy jeszcze świetne poczucie humoru, bijące z każdej planszy, otrzymujemy komiks, który nie tylko cieszy oko, ale także absolutnie świetnie poprawia humor, zapewnia rozrywkę, ale też – tak, tak… – daje do myślenia. Chociaż pewnie ci, którym powinien dać do myślenia najbardziej, oburzą się na niego, a tym, których komiks skłoni do refleksji, takie rozmyślania nie były obce wcześniej. A może się mylę? Bez względu jednak na wartość refleksyjną tej publikacji, jedno jest pewne – Nasz przyjaciel Szatan to komiks dopracowany w każdym detalu. Nie ma tu byle jakiej fabuły czy pisanych na siłę dialogów. Nie ma potraktowanych po macoszemu kadrów czy postaci. Są za to żywe kolory, dynamiczna i gibka kreska, genialnie oddana mimika bohaterów, zabawne rozmowy, cięte riposty i – co zasługuje na szczególne uznanie – świetnie oddane absurdy naszej rzeczywistości. Zgubiliście się kiedyś w sądzie czy jakimś urzędzie, mimo że szliście zgodnie ze wskazówkami na planie budynku? Cieszyliście się jak dzieci, kiedy po poszukiwaniach życia w końcu dotarliście do toalety? Uwierzcie mi – twórcy również musieli mieć za sobą takie przejścia, bo świetnie je rozumieją, a do tego bardzo sprawnie posługują się hiperbolą. Na tyle wyraźną, by nas rozśmieszyć, ale nie na tyle przesadzoną, by jej absurd zakrył… autentyczny absurd, który ma opisywać.

Szatan został stworzony tak, aby faktycznie wyglądał jak zwykły, normalny człowiek. Co innego natomiast Papież Urban – ze swoim białym, lśniącym uśmiechem i idealną cerą wygląda niemal jak Ken, który przez przypadek zabłąkał się w Watykanie i dla zgrywy przebrał w papieskie szaty. Jest to niezwykle ciekawy zabieg, w wyniku którego otrzymujemy sfrustrowanego, pełnego wad Szatana, który nie tylko nie grzeszy urodą, ale także ma problemy sam ze sobą, z poczuciem własnej wartości i z satysfakcją z wykonywanej pracy; czuje się oszukany i niedoceniony. Papież natomiast jest “idealny” – może pochwalić się nieskazitelnym wyglądem, bogactwem i uwielbieniem tłumu. Szatan jest więc naszym przyjacielem – utożsamiamy się z nim i rozumiemy jego problemy, z kolei Urban przedstawia sobą, to czym w równym stopniu gardzimy, jak i po cichu zazdrościmy; jest celebrytą, który ma wszystko, ale jego uśmiech i serdeczność wydają nam się za każdym razem podejrzane. W ostatecznym rozrachunku zresztą – nie bez powodu.

Nasz przyjaciel Szatan to rozrywkowy komiks, ale charakteryzujący się zarówno inteligentną fabułą, jak i nie głupszym dowcipem. Autorzy zawarli w nim wiele celnych uwag dotyczących naszego świata, społeczeństwa i jego wszelakich tendencji. Od pierwszych do ostatnich stron czuć i widać, że Dominik L. Marzec, Łukasz Lalko i Michał Murawski włożyli wiele serca i wysiłku w ten projekt. Jak zresztą sami tłumaczą, pomysł narodził się w 2013 roku i pierwotnie historia Szatana pozywającego Kościół Katolicki miała zaistnieć jako film. Zabrakło… cóż, nie pomysłu, nie zapału i nie chętnych do pomocy, ale rzeczy najbardziej prozaicznej, a jednocześnie niezbędnej do wcielenia tego typu planu w życie – pieniędzy. Powstał więc komiks, choć i tu potrzebne było wsparcie finansowe. Na szczęście panowie znaleźli liczne grono ludzi, również spoza granic naszego katolickiego kraju, którzy zachwycili się pomysłem i uwierzyli w niego. I między innymi także dzięki nim w nasze ręce trafia Nasz przyjaciel Szatan. Szczerze mówiąc, cieszę się, że pierwotny plan na sfilmowanie tej historii nie wypalił od razu. Wiemy przecież jak to jest z polską kinematografią – plany i historie często bywają świetne, ale z realizacją bywa już dużo gorzej. Nad komiksem natomiast – jak podejrzewam  – Marzec, Lalko  i Murawski mogli mieć o wiele większą kontrolę, w efekcie czego dostajemy świetny polski komiks – mądry, przezabawny, świetnie narysowany, dynamiczny, z zapadającymi w pamięć postaciami, w dodatku z minami, które rozbawiają mnie do tej pory, kiedy wspomnę niektóre z nich.

Mam nadzieję, że twórcy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, nie napisali ostatniej historii i nie stworzyli ostatnich rysunków. Nie tylko chętnie sięgnę po inne opisane i wyrysowane przez nich opowieści, ale także nie daje mi spokoju myśl, że Nasz przyjaciel Szatan ma ogromny potencjał na to, by nie być tylko jedną historią. Ciekawa jestem, jakie jeszcze przygody mógłby mieć nasz przyjaciel i co zmalowaliby jego podwładni. No cóż, biorąc pod uwagę, do czego pierwszym stopniem jest ciekawość… możliwe, że przekonam się o tym całkiem niedługo ;).

Fot.: Timof i cisi wspólnicy

PS Komiksy to zło!

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".