Czy uniwersum Gry o Tron ma jeszcze coś dobrego do zaoferowania? Po katastrofalnym finale serialu i nieciekawym (według mnie) Rodzie Smoka, HBO zaserwowało kolejną ekranizację pt. Rycerz siedmiu królestw. Czy wariacja historii o błędnym rycerzu w fantastycznym świecie może dorównać epickiej sadze? Okazuje się, że tak.
Muszę przyznać, że nie czytałem powieści, na której oparty był serial, dlatego moją opinię proszę traktować wyłącznie jako ocenę medium telewizyjnego. Od pierwszego zwiastunu Rycerz siedmiu królestw przykuł moją uwagę komediodramatycznym zacięciem. Wielu krytyków wieszczyło produkcji duży sukces jeszcze przed właściwą premierą i cóż, tym razem się nie mylili.
Historia traktuje o rycerzu Duncanie Wysokim, prostolinijnym jak poziomica, który awansował do mężnego stanu tuż po śmierci swego asesora. Pierwsze sceny ukazują nam grzebanie nieboszczyka przez Dunka, który w spadku dostał trzy konie, łachmany zamiast zbroi oraz solidne przekonanie o honorze rycerskiej drogi życia, którą już niedługo przyjdzie mu przetestować w praktyce. I jak to u Georga R.R. Martina, srogo się przejechać na chęci bycia dobrym człowiekiem. Uzbrojony jedynie w miecz, zamierza stanąć w szranki w turnieju rycerskim, gdzie za pokonanie przeciwnika nagrodą jest jego wierzchowiec, ale przede wszystkim – zbroja. Pomaga mu w tym tajemniczy chłopiec o imieniu Jajo, który już teraz zaskarbił sobie serca fanów na całym świecie, a moje nie jest wyjątkiem. Ten niezwykły duet wyruszy na przygodę życia, choć pełną bólu i cierpienia, to także nie stroniącą od śmiechu i zabawy.
Dunk, rycerz, level 1 rusza na przygodę
Właśnie tym prostym zabiegiem Rycerz siedmiu królestw zrobił na mnie największe wrażenie. Scenarzyści serialu, którzy m. in. Odpowiadali za Czarne lustro postawili na historię jednostki, a nie wielkich rodów i skomplikowanych intryg. Duncan i Jajo to bohaterowie wciąż skomplikowani na swój sposób, i mimo, że w późniejszym etapie etos i pompatyczne sceny mają miejsce, wciąż dotyczą bardziej przyziemnych spraw, jak nierówności między wysoko urodzonymi szlachcicami, a motłochem, czy wiary we własne przekonania. Akcja dzieje się sto lat przed Grą o tron, kiedy Targeynowie zasiadają na żelaznym tronie, a pamięć o smokach jest wciąż żywa. Jak ukaże nam Rycerz siedmiu królestw, wielkie rody były ślepe na jednostki i ukazuje, jak samozadowolenie szybko może przerodzić się w pychę.
Jajo, sądzisz, że te zbroje są aż takie potrzebne… ?
Odgrywający główną rolę Peter Claffey doskonale wcielił się w rolę naiwnego, ale wielkiego jak dąb i silnego jak tur półgłówka. Należy podkreślić, że wcielanie się w takie role jest balansowaniem na cienkiej linie między żenującym spektaklem, a płaczliwą chałturą. Na jednym z portali przeczytałem, że Dunk jest porównywany do fantastycznego Forresta Gumpa i rzeczywiście coś w tym jest. Towarzyszący mu Jajo odgrywany przez Dextera Sol Ansella równa mu krokiem jako niechciana przybłęda i bardzo dorośle odgrywa swoje sceny, będąc cennym dodatkiem do każdej z nich. Reszta postaci także nie ustępuje pola i poza ewidentnie złymi, jednowymiarowymi postaciami (Finn Bennet jako Aerion Targaryen postanowił zagrać dorosłego Draco Malfoya, ale mu nie wyszło), reszta obsady trzyma wysoki poziom. Szczególnie zapadł mi w pamięć odtwórca roli rubasznego ser Lyonela Baratheona, Abelard Giza, tfu, Daniel Ings.
Projekt zbroi również przypadł mi do gustu
Nie byłoby opowieści o turnieju rycerskim bez honorowych walk na kopie i miecze. Jednak to w końcu świat Westeros, który przyzwyczaił nas do brudnych zagrywek i nieczystej gry. Nie inaczej jest w tym wypadku. Rycerze skupiają się raczej na skutecznym wykończeniu przeciwnika, posoka wypełniłaby koryto niejednej rzeki a walka nie przypomina wyidealizowanego tańca z mieczem dwóch szlachetnych mężów, lecz bójkę oprychów w ciemnym zaułku. Czy mi to przeszkadzało? Niespecjalnie. Rycerz siedmiu królestw nie upiększa na siłę – ładne mają być widoczki i zbroje, a nie walka na śmierć i życie.
Draco po ukończeniu Hogwartu zapragnął zaznać życia rycerza
Jeśli chodzi o scenografię, niemal cały pierwszy sezon dzieje się na wielkim polu namiotowym położonym na ogromnej nizinie. Krajobrazy są ładne i cieszą oko, tak samo jak kompozycja poszczególnych scen. Światło pochodni pięknie odbija się na płachtach namiotów, błoto nadaje realizmowi brudnego średniowiecza brunatny ton, nieliczne retrospekcje z oblężonego miasta nie wytrącają z klimatu całej opowieści. A nawet muszę przyznać, że Rycerz siedmiu królestw ma jedne z najlepszych (może dlatego, że tak krótkich) retrospekcji jakie widziałem od bardzo dawna. Nie karmią widza ideami twórców za pomocą łopaty, a jedynie wskazują pewne elementy fabularne, które są istotne, nie rozwlekając ich zanadto.
Abelard Giza po roku w Westeros
Mogę z całą pewnością stwierdzić, że Rycerz siedmiu królestw jest jednym z najlepszych seriali, jaki oglądałem od bardzo dawna. Każdemu polecam sięgnąć po tę produkcję, którą możecie obejrzeć na platformie HBO. Odcinków jest zaledwie sześć, a każdy z nich oscyluje w granicach czterdziestu minut, dlatego nawet najbardziej zapracowani mogą się z nim zapoznać, co także uważam za spory plus. Czekam z niecierpliwością na drugi sezon.
Fot.: HBO MAX










![Wielkie powroty – George R. R. Martin – „Nawałnica mieczy. Stal i śnieg” [recenzja] martin](https://www.gloskultury.pl/wp-content/uploads/2020/11/i-nawalnica-mieczy-stal-i-snieg-edycja-ilustrowana.jpg)



