Zaraza, o której szybko zapomnimy – Johny Campbell – „Skażenie”

Jak zrobić widzów w balona? Skażenie bardzo dobrze przeprowadzi nas przez ten proces. Trzeba mieć katastroficzną opowieść, ale taką która nie wymaga zbyt wiele wysiłku – przeciętna powieść świetnie się nada jako materiał źródłowy. Kto teraz czyta książki, a zwłaszcza te mniej popularne? Musimy mieć przede wszystkim znane twarze, one przyciągną widzów do kina. Liam Neeson wiadomo, klasyka. Ale weźmy też kogoś młodego, ładnego, żeby młodzieży chciało się wydać na bilety. Joe Keery świetnie się nada, grzejmy temat póki Stranger Things jeszcze gorące! No i wiadomo, efekty specjalne muszą być. Nie stać nas? Trudno, i tak będą. A teraz zmontujcie mi zwiastun z najlepszymi scenami, niech ludzie zobaczą że będzie i śmiesznie, i strasznie; i hicior gotowy. Jest super, no nie?

No super to nie jest, panie Campbell. Dawno nie czułem się tak oszukany, gdy opuszczałem kinową salę. Jedną z najczęstszych uwag wobec Skażenia napotkaną w internecie było to, że najciekawsze momenty były już pokazane w trailerze. Trudno nie odnieść wrażenia, że film miał przyciągnąć widzów przede wszystkim znanymi twarzami i zabawnymi scenkami gore. Niestety, w momencie skasowania biletów przestał się starać o to, żeby dać od siebie więcej. Skażenie zachowuje się trochę jak dziewczyna na pierwszej randce, która w sumie to przyszła tylko po to, żeby zjeść coś dobrego.

Skażenie

Żeby nie było, że jestem taki bezwzględny – film miał nawet dobry początek. Tajemnicza katastrofa na australijskim pustkowiu przez chwilę budziła zaciekawienie, ale gdy tylko akcja wskoczyła w swoje docelowe miejsce, czyli sieć magazynów, zaczęliśmy być faszerowani nijaką fabułą. Bo kto by się spodziewał, że zrobienie pod starą bazą wojskową infrastruktury magazynowej to zły pomysł? Mamy wprowadzenie kilku postaci, z góry też możemy założyć kto będzie później sprawiał problem, ponieważ Skażenie prostą łopatą tłumaczy nam, na kogo trzeba uważać. Grany przez Joe Keery’ego Teacake ma skupiać na nas całą swoją uwagę i nawet sprawia wrażenie gościa, którego da się polubić. Co więcej, gdy nowo poznana Naomi zaczyna mu w pracy truć cztery litery, że powinni sprawdzić co to tak dziwnie pika w ukrytej części magazynu, chłopak ma odwagę powiedzieć, że nie chce zgrywać bohatera. Nawet wzbudził mój szacunek buntując się i mówiąc, że przez całe życie ludzie wymagali od niego podjęcia natychmiastowej decyzji, a on chce się zastanowić zanim znowu tego pożałuje. Czar jednak pryska, gdy ulega pod twardym spojrzeniem koleżanki i postanawiają zejść do zamkniętej, wojskowej strefy, wypuszczając niebezpiecznego grzyba.

Po tym emocjonalnym wprowadzeniu bohaterów w końcu pojawiają się pierwsze zmutowane istoty i w oczy razi tandetne CGI, które spóźniło się o jakieś 10 lat. Śmiem twierdzić, że większość budżetu poszło na garze Neesona i Keery’ego, bo na animacje już zabrakło. Animowane cyfrowo zwierzęta wyglądają źle, zwłaszcza te biedne jelenie, które stały się pierwszymi ofiarami zarazy. Ale jeszcze gorzej wyglądają animacje, które mają widzowi dosłownie wyjaśnić, w jaki sposób grzyb się przedostaje z ubrania do krwioobiegu, albo przechodzi z pękniętej fiolki na karalucha, ten następnie zaraża kota, który z kolei ma kontakt z człowiekiem. Nie dość, że przypomina to film edukacyjny dla najmłodszych, to jeszcze jest wykonany tandetnie. Już podczas seansu Skażenia miałem wrażenie, że te efekty specjalne źle się zestarzały.

Skażenie

Znacznie lepiej wyglądają zarażeni grzybem ludzie, ale to akurat efekt solidnej charakteryzacji, którą dla odmiany należy tu pochwalić. Groteskowo rozdęty i szczękający nienaturalnie zębami chłopak Naomi w końcu dał namiastkę tego, czego się można było o Skażeniu spodziewać. Ludzie wszak chcieli jatki z zombie w roli głównej, i chociaż technicznie są to opanowani przez grzyba ludzie (właśnie sobie przypomniałem, że spece od animacji postanowili ukazać ludzkie neurony, słyszące polecenia tegoż grzyba… litości!), to wciąż wpisują się w kanon filmów o żywych trupach. Wtedy też na scenę z urokiem Liama Neesona wpada Liam Neeson, który raz stara się być luzakiem, raz twardzielem, a później to już chyba nie umie się zdecydować, bo przede wszystkim bolą go plecy (serio, ważną cechą tej postaci jest to, że kiedyś mu coś strzeliło w kręgosłupie). Parę groteskowych scen patriotycznych z nikomu niepotrzebnymi postaciami, parę dziwnych dialogów między Teacakem a Naomi – gdy już wiadomo, że wpadli sobie w oko – i dochodzimy do kulminacji, w której wybucha dużo trupów, a na ekran wracają wcześniej zapowiedzeni bandyci. Tyle że nic z tych rzeczy nie budzi już emocji, bo najciekawsze dawno za nami.

Gdyby Skażenie nie miało na swojej liście płac takich nazwisk jak Neeson i Keery, to prawdopodobnie od początku byłoby zakwalifikowane jako amatorskie kino grozy, które przecież ma swoją niszę – któż wśród swoich znajomych nie ma przynajmniej jednej osoby, która fascynuje się tego typu tandetą. Efekty specjalne robione przez garstkę zapaleńców, których nie stać na dobry sprzęt, scenariusz napisany od linijki, dużo latających flaków – takich filmów było już dziesiątki i zapewne jeszcze będzie ich więcej. Tyle że Skażenie mogło się pochwalić głośnymi nazwiskami i sporą reklamą, a okazało się być smutną wydmuszką, która przede wszystkim rozczarowuje, niezależnie od tego czy do kina zaciągnęli was znani aktorzy, czy żywe trupy.

Fot.: Kino Świat

PS. Na film wybraliśmy się dzięki Cinema City.

zwierzogród 2

Overview

Ocena
4 / 10
4

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *