Skserowany debiut – Ryan Gosling – „Lost River” [recenzja]

Kiedy za kamerą staje jeden z najpopularniejszych obecnie hollywoodzkich aktorów, Ryan Gosling, a przed nią między innymi Christina Hendricks (Mad Men), Eva Mendes (Za szybcy, za wściekli) czy też Matt Smith (Doktor Who), natomiast film reklamowany jest jako drugie Twin Peaks (pod względem klimatu), to czy szanujący się fan kina nie powinien dać mu szansy? Ja dałem szansę reżyserskiemu debiutowi Goslinga, choć ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy była to trafna decyzja. Wizualnie jest to prawdziwa uczta, jednak wielka dziura, którą w innych filmach nazywa się fabułą oraz mnóstwo zapożyczeń, a co za tym idzie brak „własnego ja” w omawianym dziele, niestety obniżają ocenę całości. Przerost formy nad treścią? Być może, jednak nie zaprzeczę, że przykuwa uwagę.

Zacznijmy może od tego, że na dobrą sprawę nie wiadomo, o czym jest ten film. Główną bohaterką Lost River jest Billy (Hendricks), samotna matka wychowująca dwóch synów w mieście zwanym Detroit; jednak nie jest to Detroit, jakie znamy obecnie. Gosling serwuje nam coś na wzór apokaliptycznej wersji tego miasta, w którym panuje bieda, terror i wszechobecne przygnębienie. Nad Billy i jej dziećmi wisi groźba eksmisji oraz wyburzenie domu (swoją drogą, w mieście pozostała już w zasadzie tylko garstka mieszkańców), aby więc zdobyć pieniądze na czynsz, kobieta rozpoczyna pracę w tajemniczym nocnym klubie, podczas gdy starszy z jej synów – Bones (w tej roli Iain De Caestecker), zbiera złom, okradając przy okazji miejskiego tyrana (świetna rola Smitha) i psychopaty, który z przyjemnością ucina nożyczkami wargi wszystkim tym, którzy mają czelność mu się przeciwstawić. No i tak to z grubsza wygląda. Naprawdę. Głównym, kłującym w oczy niedociągnięciem scenariusza jest odpowiedź na proste pytanie – dlaczego Billy i jej dzieci nadal tam mieszkają, skoro wszyscy inni myślący ludzie, dawno już opuścili miasto? Nie chcę spoilerować, ale uprzedzę – tego nie dowiecie się nawet po napisach końcowych. Oczywiście można na siłę podpiąć dom i walkę o niego jako metaforę walki o ten zrujnowany, zdegradowany świat, jednak wszystko to jest grubymi nićmi szyte.

bully

Gołym okiem widać, że Gosling stawia nie na zawiłą fabułę, którą stanowi tu zlepek luźnych scen i motywów, a na wizualną stronę swojego dzieła i za to można mu już przyklasnąć. Zdjęcia są po prostu fenomenalne. Z jednej strony zalane, pełne dzikich roślin, opustoszałe miasto, z drugiej kontrastujący z nim klub, w którym pracę podejmuje Billy (tu spotykamy Evę Mendes, w roli Cat), pełen świateł i błyszczących neonów; nawiasem mówiąc, jest to klub dla miłośników dziwnych scenicznych występów, w których miesza się erotyka oraz gore. Całości dopełnia natomiast świetna, niepokojąca ścieżka dźwiękowa, będąca zdecydowanie jedną z najmocniejszych stron Lost River. Tak więc mamy tu ucztę dla oczu i uszu, wydawać by się zatem mogło, że dostajemy od reżysera niesamowity klimat… i tak – dostajemy, szkoda tylko że odtwórczy. Wszystko to, naprawdę świetnie się ogląda, jednak podczas seansu, gdzieś z tyłu głowy cały czas kołacze się myśl: „Przecież to już było!”. I rzeczywiście było. Aż nazbyt rzucają się w oczy nawiązania do Tylko Bóg wybacza Refna (w którym to zresztą główną rolę zagrał… tak, tak – Ryan Gosling), Drive (również Refn, ponownie Gosling) czy Stalkera Tarkowskiego; przede wszystkim jednak debiutant stara się wzorować na Lynchu. Problem jednak w tym, że brak u młodego reżysera umiejętności oddania tej głębi, jaką w swych dziełach tworzył jego mistrz, wydaje się jakby Ryan chciał od razu wepchnąć wszystkie znakomite pomysły do jednego worka, co niestety daje tylko i wyłącznie efekt chaosu. Do zalet Lost River można z kolei zaliczyć aktorstwo, przynajmniej w znacznej jego części. Jak już wspomniałem, wcielający się w rolę Tyrana, Matt Smith, jest niezwykle przekonującym psycholem, na tyle przekonującym, że przy jednej ze scen wzdrygnąłem się nawet ja, a jestem odporny na różnego rodzaju filmowe okrucieństwa. Świetnie spisała się także Hendricks, która powala samą mimiką, a rola walczącej o lepsze jutro, pełnej lęków matki, jest chyba jedną z lepszych w jej karierze. Na wyróżnienie zasługują także Ben Mendelsohn jako bankier, który sprowadza Billy do klubu, by urzeczywistnić swe chore fantazje, oraz Mendes, jednak jej rola jest prawie że epizodyczna.

eva

Trudno jest coś więcej powiedzieć o Lost River, chyba że ktoś miałby ochotę rozbierać każdą scenę na czynniki pierwsze i wyjaśniać, do jakiego dzieła ona nawiązuje. Fabularnie jest naprawdę dość kiepsko, z kolei ciasny klimat okraszony fantastycznymi zdjęciami i jeszcze lepszą muzyką, robi o niebo lepsze wrażenie. Czy jest to debiut udany? Wbrew temu, co być może można wywnioskować z powyższej opinii, uważam że summa summarum – tak, jest całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę, na co porwał się młody reżyser. To prawda, że chciał za jednym zamachem zaczerpnąć z twórczości wszystkich swoich idoli i stworzyć coś spektakularnego; to prawda, że nie do końca się udało, jednak widać u Goslinga dobre wzorce i śmiem twierdzić, że idąc tą drogą, być może za rok, może za pięć lat, może za piętnaście uda mu się stworzyć coś niesamowitego i niepowtarzalnego. Póki co, wziął jednak trochę za dużo na swe barki, przedobrzył i w efekcie zbyt mało było tu samego Ryana, jednak jak mawiają – trening czyni mistrza.

dwie

Fot.: Warner Bros

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.