Książki,Recenzje

Portret portrecisty – Haruki Murakami – “Śmierć Komandora. Tom 1. Pojawia się idea” [recenzja]

Śmierć Komandora
Śmierć Komandora

Długo kazał nam czekać Haruki Murakami na swoją nową, pełnoprawną powieść (przez ostatnie kilka lat raczył nas zaledwie opowiadaniami i esejami). Czas oczekiwania dobiegł jednak końca i na szczęście okazało się, że nie był to czas stracony. Już od pierwszych stron (ba, nawet od pierwszego zdania) można bezbłędnie rozpoznać unikalny styl japońskiego pisarza. Co więcej, Śmierć Komandora to, podobnie jak 1Q84, powieść wielotomowa, a tom drugi ukazuje się na rynku z zaledwie miesięcznym odstępem. Jest to dla mnie zabieg trochę niezrozumiały (oba tomy spokojnie zmieściłyby się w jednej książce, która wcale nie byłaby taka gruba), ale przynajmniej oznacza to, że dość szybko będzie można poznać dalszy ciąg opowieści, która już zdążyła mnie wciągnąć.

Pierwsza część, opatrzona podtytułem Pojawia się idea, jest zaledwie wstępem, nakreślającym główne postaci i wątki, czekającym jednak na wielki finał. Niemniej jednak od samego początku widać, z czyją powieścią mamy do czynienia. Elementy stylu Murakamiego widoczne są niemal na każdej stronie – mamy więc małomównego protagonistę, któremu autor tradycyjnie nie nadał żadnego imienia. Nasz bezimienny bohater jest malarzem portrecistą i zarabia na życie, wykonując portrety na zlecenie. Poznajemy go w dość burzliwym momencie życia, kiedy rozstał się z żoną i zamieszkał samotnie na kompletnym odludziu, w domu słynnego japońskiego malarza, Tomohiko Amady. Już od pierwszego zdania powieści nie jesteśmy pewni, czy mamy do czynienia ze snem czy rzeczywistością, bohatera odwiedza bowiem w środku nocy Mężczyzna bez twarzy, który żąda namalowania swojego portretu. Jednak autor przewrotnie nie wraca już do tego wątku (przynajmniej w tym tomie) i przez całą resztę książki poznajemy historię i drogę malarza, która doprowadziła go do tego punktu.

Jak to u Murakamiego zwykle bywa, nasz bohater jest osobą wyjątkowo bezkonfliktową, niewiele mówiącą, uwielbiającą muzykę klasyczną, jazz i gotowanie (czyli klasyczne alter ego autora). Zakończenie sześcioletniego małżeństwa przez żonę bohatera, która stwierdza tylko, że nie może już z nim dłużej być, nie skutkuje wybuchem furii ani żadną płomienną dyskusją i żądaniami poznania powodów (co raczej miałoby miejsce w przypadku normalnych ludzi). Bohater po prostu godzi się z tym faktem, opuszcza mieszkanie i wyrusza w podróż po całej Japonii. Ostatecznie, kiedy kończą mu się fundusze, osiada w domku w górach, należącym do ojca jego najlepszego przyjaciela. Ów ojciec, tak się akurat złożyło, jest także bardzo znanym artystą i kiedy bohater przypadkiem znajduje na strychu nieznany dotąd i bardzo sugestywny obraz, zatytułowany Śmierć Komandora, wokoło zaczynają dziać się bardzo dziwne rzeczy.

Murakami w Śmierci Komandora wprowadza całą gamę oryginalnych postaci, od bezimiennego malarza zaczynając, poprzez tajemniczego i bogatego Menshikiego, który wyciąga bohatera z artystycznego i finansowego dołka, oferując niebotyczną sumę za namalowanie swojego portretu, aż po tytułowego Komandora, o którym nic więcej nie napiszę, aby nie psuć niespodzianki. Autor snuje opowieść w swoim własnym tempie, nierzadko popadając w liczne dygresje i retrospekcje, które pozornie odciągają nas od głównego wątku, lecz tak naprawdę mają dość duże znaczenie dla całej historii (no, może poza kolejnym klasycznym zagraniem à la Murakami – kiedy bohater gotuje sos pomidorowy, oczywiście poznajemy przy tym cały przepis).

Tom pierwszy bardzo rozbudził mój apetyt (nie tylko za sprawą sosu), fabuła jest bowiem bardzo wciągająca, mimo tego że tak naprawdę nie obfituje w żadne spektakularne wydarzenia. Czytając Śmierć Komandora, da się wyczuć tę specyficzną atmosferę czegoś niezwykłego. W opisach zwyczajnych czynności czai się element nadnaturalny, który momentami wychyla głowę i wprowadza zamęt w głowie zarówno bohatera, jak i czytelnika. Właśnie za takie zabiegi lubię Murakamiego i cieszy mnie fakt, że na dalszy ciąg tej opowieści nie trzeba będzie długo czekać.

Fot.: Muza

Ocena7.5
7.5Ocena ogólna

Miłośnik lat 80., komiksów Marvela, horrorów i kina klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.