Nikt nie skarży się na mgłę, chyba że się w niej zagubi – Pablo Larraín – „Spencer” [recenzja]

Kristen Stewart (Personal Shopper, Sils Maria, Lizzie, Śmietanka towarzyska)  to jedna z moich ulubionych aktorek. I choć jej manieryzmy aktorskie stały się już przyczynkiem do powstania setek memów na wszelkich grupkach filmowych, to muszę przyznać, że amerykańska aktorka na przestrzeni lat się zauważalnie rozwinęła. Przy tym, podobnie jak Keira Knightley, należy do grona aktorek raczej charakterystycznych, więc chcąc nie chcąc, zawsze wzbudzać będzie skrajne emocje. Role Stewart, jak wspomniałam, bardzo lubię — nawet te mniej udane. Jednak kiedy usłyszałam, że ta wcielić się ma w księżną Dianę w nowym filmie Pablo Larraína — Spencer — wcale nie byłam przekonana do tego, czy jest to wybór trafiony. Pojawiły się pierwsze zdjęcia promocyjne. Moje nastawienie? Bez zmian. Do sieci trafił pierwszy trailer. Wciąż — choć niesamowicie estetyczny, delikatny i mglisty — uważałam, że w filmie Stewart będzie mi raczej przeszkadzać. Ale po cóż są gdybania, przewidywania i przekonania, jak nie po to, żeby ich nie burzyć? Otóż stało się tak, że Stewart jest w Spencer magnetyczna, żywa, autentyczna. Jej Diana ma coś z tej Diany prawdziwej, ale coś i z tej fikcyjnej, stworzonej na potrzeby filmu Larraína. Spencer z kolei to dla mnie jeden z najlepszych (wybitne dialogi i prowadzenie aktorki), a przy tym najsmutniejszych filmów tego roku. W jaki sposób nowy film chilijskiego reżysera zachwyca i dlaczego Kristen Stewart może zdobyć niemały worek nagród za swoją najnowszą rolę?

Smutek pełną gębą

Pablo Larraín, który po Jackie (historii skupiającej się na Jackie Kennedy, a raczej wycinku z jej życia, zaraz po zabójstwie jej męża Johna F. Kennedy’ego) i zapowiedzi stworzenia kolejnej biografii opierającej się na niewątpliwie znanej w większej części świata i kultowej już – podobnie jak Jackie Kennedy – postaci, jaką była księżna Diana, szybko został zaszufladkowany jako twórca „tych” filmów biograficznych o znanych kobietach. Jednak ani Spencer nie jest w żadnym wypadku filmem biograficznym (jak sam Larraín przyznaje), ani jego wcześniejszej twórczości nie było wcale aż tak blisko do tego, co zaprezentował i w Jackie, i w Spencer.

Stało się tak, że ten pierwszy uważam za film wtórny, nudny, opierający się na zbyt małej eksploatacji postaci, za jaką uchodziła lub mogła uchodzić Jackie; mimo dobrej roli Portman, świetnych zdjęć, melancholijnego klimatu oraz pewnej nienamacalności unoszącej się w ekranowym powietrzu. No i mgła. Z tą duszną, ale i orzeźwiającą mgłą będziemy jeszcze obcować w Spencer. Jackie opowiadała o osobistej stracie, wykluwaniu się traumy i wszechogarniającym smutku. Mnie jednak nie poruszyła. Spencer opowiada z kolei o pustce, braku, depresji, rozdwojeniu żyć, nieśpiesznie duszącym i zabierającym dech poczuciu, że to nie jest moje miejsce. To historia o zwyczajnej w swojej niezwykłości osobie, która chciała żyć życiem, jakie nie było jej dane. Miała jednak odwagę, żeby po to, czego faktycznie pragnęła, sięgnąć. 

 

Jeszcze nigdy nie zapuściłam się tak daleko we mgłę, jak teraz

Spencer tak, jak w Jackie, przyglądamy się tylko małemu fragmentowi z życia bohaterki. Pablo Larraín przybliża nam postać Diany w momencie, gdy ta spędza kilka świątecznych dni z rodziną królewską. Trafiamy do zapomnianego już dawno świata twardych zasad, tradycji, oczekiwań, niepisanych i niemówionych reguł, które jednak, gdy złamane, szybko okazują się regułami jakże kategorycznymi. Ale Diana jest Dianą i choć wcale nie ma w głębokim poważaniu tych dziwacznych konwenansów i duszących dogmatów, to pewnych rzeczy nie chce i nie będzie robić. Przy tym szanuje obyczaje panujące w rodzinie królewskiej, rozumie je i nie sabotuje ich – a przynajmniej nie robi tego z zimną krwią. Jednak rysy na jej wizerunku twardnieją, stają się bardziej ostre. Znalazła się przecież w potrzasku. W miejscu, którego nie znosi i w którym umiera. Co gorsza, wkroczyła w nie w pełni świadomie.

Diana nie czuje się dobrze. Często się zamyśla, przenosi ze świata realnego do świata swoich myśli, ale i do świata strachu oraz smutku. Ten smutek szczególnie widać w jej oczach. Cały ciężar istnienia, utraconych szans i tej wiecznej niepewności, niezrozumienia, ciągłych sprzeczności, bólu, który tak trudno nazwać, skupia się właśnie tam. To wszystko tworzy niezwykle ciężki ładunek, jaki spada na mnie w trakcie seansu. Ta prawdziwa, rzeczywista Diana była tajemnicza — im bardziej starano się ją poznać i zrozumieć, tym więcej sprzeczności wychodziło z tych poszukiwań. Diana nakreślona przez Pablo Larraína i Kristen Stewart ma sporo z tej Diany realnej. Nie tylko jeśli chodzi o fizyczne podobieństwo, które się udało Stewart uzyskać: podobne spojrzenia, gesty, sposób poruszania się, ton i rytm wypowiedzi. Przede wszystkim w tej filmowej, fikcyjnej Dianie jest tajemnica i to ona powoduje, to ona sprawia, że jej postać jest tak fascynująca i pociągająca. Diana na ekranie żyje i to jak. Przez to życie przenika jednak smutek. Larraín tak perfekcyjnie poskładał swój nowy film, że ja to wszystko czuję.

 

Nie kultowa ikona, a postać z krwi, bólu i kości

O życiu księżnej Diany do dzisiaj powstało tak wiele filmów, książek, legend i teorii spiskowych. W sieci można znaleźć zapiski wywiadów z lat dziewięćdziesiątych (jak ten tutaj), które nawet dzisiaj szokują szczerością, z jaką Diana się w nich wypowiadała. Księżna, członkini rodziny królewskiej, żona Karola księcia Walii, a zarazem syna królowej Elżbiety opowiadała w telewizji publicznej o swoich zmaganiach z depresją, o tym, jak w pewnym momencie przestała sobie radzić, jak wszystko ją przerosło. Nawet dzisiaj ten wywiad przeprowadzony z kimś pokroju Diany budziłby duże zaskoczenie, wtedy — prawie trzydzieści lat temu — musiał być ogromną kontrowersją, wywołującą w rodzinie królewskiej istne roztrzęsienie i popłoch. 

Pablo Larraín nie chciał robić biografii. I nie zrobił. W wywiadach twierdzi wręcz, że Spencer jest filmem antybiograficznym. Fikcją opartą wyłącznie na skrawku prawdy wyciętym z życiorysu, w której równie ważne, jak to, co dzieje się wokół Diany i jak wszystko to z nią rezonuje i wpływa na nią, jest to, co dzieje się wewnątrz. Kristen Stewart, wcielając się w księżną, nie stworzyła wyłącznie wiernego, perfekcyjnego sobowtóra. Larraín chciał uniknąć takiej sytuacji, wiedział bowiem, dokąd może zaprowadzić go ta droga. Tworząc kopię, łatwo zapomnieć o emocjach, autentyzmie. Diana Stewart jest osobną pełną życia i sprzeczności — tak życiowych przecież, tak bardzo uosabiających istoty ludzkie. Charyzmatyczną, bardzo lubianą, troskliwą, czułą i wrażliwą na innych osobą, ale i kobietą stanowczą, ryzykowną, lubiącą się droczyć, wiecznie na granicy jawy i snu, zagubioną w swoich myślach, mówiącą „nie” wtedy, kiedy chce powiedzieć „nie”. Prawdziwą i szczerą.

Aktorstwo Kristen Stewart w Spencer może zaskoczyć wszystkich przyzwyczajonych do tego, co Amerykanka prezentowała w swoich wcześniejszych rolach. Mnie zaskoczyło. Stewart zwalnia, łagodnieje i hamuje. Jest minimalistyczna, jej gra opiera się na niuansach, drobnych gestach, spojrzeniach. Nie ma tu wielkich popisów, aktorskich nawałnic i szarż. Jest spokój, emocje wypisane w ruchach ciała i subtelnej mimice. Postać Diany przy tym porywa, tętni szałem życia, ale i przeżarta jest na wskroś bólem. Emanuje emocjami, jest mocna, intensywna i spokojna. To właśnie ten specyficzny spokój — choć nie do końca w jego pierwotnym sensie — czasem złudny, czasem nie, nadaje ostatecznej mocy całej tej postaci. W Spencer są dwie wybitne sceny, w których bierze udział Stewart (pierwsza, rozgrywająca się w trakcie świątecznego obiadu, kiedy Diana ma na sobie mącące myśli perły podarowane jej przez męża, ten takie same wręczył swojej kochance — Kamili; druga, przedstawiająca rozmowę Diany z Karolem przy stole bilardowym, kiedy ta w końcu niemo, ale jakże boleśnie wybucha).

 

To ja, Diana Spencer

Rzeczywistość pisana przez media kontra rzeczywistość pisana w głowie. Diana stoi w rozkroku, jest zagubiona. Nie potrafi być inna dla tych, którzy ją obserwują, dla mediów z całego świata czujnie śledzącego każdy jej krok; nie potrafi być inna dla rodziny, dla najbliższych. Karol w jednej ze scen mówi jej, że musi znaleźć balans, założyć maskę, wykreować siebie. Być taka i taka, w zależności od aktualnych potrzeb. Jej? Nie. Potrzeb ludzi z zewnątrz, osób wokół niej. Diana tego nie chce, choć może raczej po prostu nie potrafi? Ten rozkrok, ten brak balansu i poczucia bezpieczeństwa, spokoju, prowadzi ją do zguby. Jeśli się podda działającemu tak dobrze i jakże sprawnie naoliwionemu procesowi wtłaczania zasad, fałszu i fasad, jaki kultywowany jest od lat w rodzinie królewskiej, zatraci siebie. A Diana potrafi żyć, będąc tylko sobą.

Larraín, twórca takich filmów jak: Jackie, Ema czy Nie, właśnie zaprezentował swoje najlepsze dzieło. Opowieść pełną subtelności i delikatności, którą umiejscowił w baśniowej, sennej i mglistej przestrzeni. Diana nieustannie przechadza się pośród nieprzejrzystych, rozmytych scenerii. Przenika przez kolejne mętnawe obszary, aby wyłonić się gdzieś dalej, w miejscu, w którym nikt jej nie znajdzie. Taka już jej rola i niestety miejsce, że schować jej na długo nawet mgła nie potrafi. Cały film opowiedziany jest z perspektywy Diany. Kamera ani razu nie skupia się na tym, co nieistotne, a więc wychodzące poza obszar głównej bohaterki. Chwilami śledzimy przygotowania do świąt w królewskiej kuchni, oglądamy pejzaże okalające olbrzymią posiadłość, ale co rusz wracamy do Diany. To ona jest centrum tego wszechświata, to ona jest tutaj najważniejsza, to wyłącznie jej perspektywa odgrywa tutaj rolę. Jest na końcu taka jedna wyjątkowa – choć niejedyna w całym filmie – scena na plaży. Diana trafia tam ze swoją garderobianą (w tę rolę wcieliła się fenomenalna jak zawsze Sally Hawking). Kobieta wydaje się jedyną, z którą Diana nawiązała bliższą i szczerą relację. To połączenie, które rozciąga się pomiędzy jedną a drugą kobietą, jest niezwykłym, bo wyjątkowo rzadkim zjawiskiem do obserwacji. To relacja szczera, opierająca się na malutkich szczegółach, detalach. To w końcu wspólnota odczuć, charakterów i osobowości. Dwie zupełnie różne, pochodzące z odległych od siebie światów kobiety, które łączy jednak ogromna wrażliwość oraz spojrzenie na świat. Spencer przedstawia właśnie taką historię postaci, która kroczyła pomiędzy światami. To nie jest gorzki, posępny czy pełen zgryzoty film. To film smutny, przepełniony nostalgią i melancholią. Obraz spójny pod względem audiowizualnym, narracyjnym i scenariuszowym. Jackie zarzucałam nudę i niewykorzystany potencjał wydarzeń, na których się opierała, Spencer nie jestem w stanie zarzucić ani nudy, ani niewykorzystanego potencjału (ten został wyeksploatowany z nawiązką), ani jakiegokolwiek grama fałszu. To nie opowieść o monumentalnej, pomnikowej księżnej. To historia o Dianie Spencer.

Spencer - zwiastun PL

Fot.: Forum Film Poland

Write a Review

Opublikowane przez

Magda Przepiórka

Psychofanka Cate Blanchett, Dario Argento, body horrorów Davida Cronenberga, Rumuńskiej Nowej Fali i australijskiego kina. Muzyka to beztroskie, ale i mocniejsze polskie brzmienia – przekrój dekad 70/80 – oraz aktualne misz-masze gatunkowe w strefie alternatywy. Literacko – wszystko, co subiektywnie dobre i warte konsumpcji, szczególnie reportaże podróżnicze. Poza popkulturą miłośniczka wojaży wszelakich.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.