statek widmo

Latający Holender: Początek – Frederick Marryat – „Statek widmo”

Dla wielu współczesnych zjadaczy popkuktury opowieść o Latającym Holendrze rozbłysła najjaśniej dzięki filmowi Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka. Należy jednak pamiętać, że opowieść o protoplaście postaci Davy’ego Jonesa krąży po tym globie od znacznie dłuższego czasu. Morskie legendy o widmowym okręcie, który napotkanym marynarzom przynosi pecha, trwożył niejednego szczura lądowego setki lat temu. Pierwszym zaś dziełem literackim, które na szeroką skalę opowiedziało tę historię, jest Statek widmo z 1839 roku. Jako że Frederick Marryat sam był marynarzem, to można podejrzewać, iż na swoim kursie napotkał tajemniczy okręt, który budzi grozę. 

Kapitanem przeklętego statku-widmo jest niejaki Vanderdecken, który odważył się skalać boskie imię, więc jego karą stała się wieczna tułaczka po morzach i oceanach. Jest oczywiście dla niego nadzieja – jeśli jego pierworodny syn dostarczy mu drogocenną, rodzinną relikwię to jego dusza zostanie zbawiona i odnajdzie spokój w zaświatach. Bohaterem Statku widmo jest więc oczywiście młody Vanderdecken, który przypadkiem poznaje rodzinną tajemnicę i postanawia ratować swego ojca. Czas więc na niebezpieczną podróż. 

Jeśli legendę o Latającym Holendrze znacie właśnie z wyżej wymienionego filmowego dzieła, to możecie się bardzo zdziwić podczas lektury powieści Marryata. Kapitan Vanderdecken nie jest Davym Jonesem, który kradnie show niesamowitą charyzmą i sporym czasem antenowym. Ba, jego obecność jest tu wręcz marginalna. Autor moim zdaniem chciał raczej oddać ducha tej morskiej legendy i jak oddziaływała ona na ówczesnych żeglarzy, niż fantazjować o starciu dobra ze złem, upadłych piratów z Bogu ducha winnymi marynarzami. Nie napotkacie tu więc ani przeklętych truposzy czy rybo-piratów, ani nawet trzymających w napięciu starć z załogą tytułowego statku-widmo.  

Filip Vanderdecken wiele razy odczuwa przykre skutki ze spotkaniem z mrocznym okrętem, jednak Latający Holender jest tutaj raczej symbolem pecha, niż bezpośrednim zagrożeniem. Jest niczym czarny kot, który przebiegnie nam drogę – jeśli na horyzoncie ujrzysz statek wypływający z gęstej jak noc mgły, to spotka cię nieszczęście. Syn przeklętego kapitana jednak się nie poddaje i z uporem maniaka wypływa w kolejne rejsy, chociaż rozum każe cieszyć się z uratowanego cudem życia. 

Statek widmo może wynudzić czytelników, którzy nie przywykli do rozległych opisów, krasomówczej narracji i powtarzających się schematów. Rozczaruje z pewnością tych, którzy oczekują wartkiej akcji i wielu spotkań z przeklętym okrętem, bowiem jest on tylko języczkiem u wagi. Trzeba zdać sobie sprawę, że jest to jednak opowieść o nieuchwytnym duchu, który budzi lęk wśród marynarzy. Rozwinięcie morskiej, może i zabobonnej, ale jednak legendy, która mroziła krew w żyłach wielu pokoleniom żeglarzy. W kontekście klasyki literatury marynistycznej, jest to bardzo ważny przystanek portowy, chociaż dla współczesnych może oferować mniej, niż byśmy tego chcieli. 

Fot.: Vesper

statek widmo

Overview

Ocena
6 / 10
6

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *