Muzyka,Recenzje

Duże cojones – Stonerror – “Rattlesnake Moan” EP [recenzja]

stonerror
stonerror

Debiutująca EP-ką Rattlesnake Moan krakowska formacja Stonerror pokazała, że ma duże cojones. Panowie pozwoli sobie na sporą ekstrawagancję, wydając na swoim fonograficznym debiucie materiał zarejestrowany na koncercie. Żadne studio nagraniowe nie odda energii i mocy muzyki tak, jak właśnie brzmienie uchwycone w warunkach koncertowych. Stonerror strzelili zatem w dziesiątkę.

To nie jest płyta dla tych, którzy lubią wymuskane, wyszlifowane, czytelne i selektywne brzmienie. Surowy, brudny, wydający się momentami celowo niechlujnie zrealizowany miks autorstwa Roberta Nastali (współpracował w przeszłości z kapelami takimi jak Hey, Püdelsi, De Press, Homo Twist) uwypukla dziką, nieokrzesaną momentami energię, jaką emituje Stonerror. Pięć utworów, które składają się na epkę, nie nada się dla grzecznych i ułożonych chłopców.

Rattlesnake Moan to świadectwo zespołu, który się dopiero hartuje, bowiem Stonerror ma bardzo krótką historię. Formacja założona została w 2015 roku przez krakowskich muzyków związanych z lokalną sceną, a grających wcześniej w bandach, wśród których wymienić można: ZOOiD, Warstadt, Kind of Venus i Strach Uszu. Koneserzy krakowskiej sceny muzycznej z pewnością mają doskonale opanowane te nazwy, natomiast nowemu słuchaczowi, będącemu daleko od Krakowa i tego, co się dzieje w jego małych klubach, daje świadomość tego, że Stonerror, mimo że jest kapelą o krótkim stażu, posiada odpowiednie doświadczenie, aby móc poważnie zwrócić na siebie uwagę.

Do kogo jest skierowana muzyka Stonerror? Na pewno do tych, którzy lubią stonerowe i grunge’owe granie. Zespół jest hybrydą tych dwóch stylistyk, bowiem z jednej strony na płytce odnajdziemy pustynny ciężar i sound, z drugiej strony z kompozycji wylewa się grunge’owy mrok i klimat. Stonerror zręcznie balansuje pomiędzy różnymi stylistykami, nie dając się zaszufladkować i zasadniczo wszelkie próby tego rodzaju skończą się fiaskiem.

Do wymienionych wcześniej określeń spokojnie można dodać również słowo „psychodeliczny”, szczególnie że Stonerror popisują się ciężkim jak diabli coverem Beatlesowskiego Tommorow Never Knows. Niełatwa to sztuka wziąć się właśnie za ten kawałek Wielkiej Czwórki, lecz zespół Stonerror swojej wersji nadał własny, autorski posmak, który zdecydowanie nie gryzie się z pozostałym repertuarem. A potrafi być on różny. Na początek kwartet serwuje nam oparty na początkowym riffie gitary basowej Jericho. Ta dłuższa, siedmiominutowa forma to dowód, że zespół lubi postawić na powolne, hipnotyzujące, rozwijające się niespieszne, wręcz doomowe kompozycje, które przeszywają słuchacza w momencie, gdy wokalista Łukasz Mazur lubi sobie mocniej krzyknąć. Utwór tytułowy również powoli, stopniowo narasta, aż do przełamania, aby w odpowiednim momencie zostać wyciszonym. Bardzo mi się podobają takie zabawy dynamiką. Wrath to dowód na to, że Stonerror potrafi zagrać szybciej, a Zombie Train, moim zdaniem, to trochę zmarnowany potencjał; początkowy riff zapowiadał doomowy walec, ale okazało się, że kawałek jest szybki, krótki i niestety bez większej historii.

Oby Rattlesnake Moan był początkiem czegoś wielkiego, bo potencjał wyczuwam, i to niemały.

Fot.: Stonerror

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Gustuje w każdym gatunku oprócz rapu, jednak im większy gitarowy hałas, tym lepiej.