Newsy,Recenzje

Strach przed pustą planetą – Steven Wilson – Hand. Cannot. Erase. [recenzja]

Powiem szczerze, że od momentu albumu The Incident akcje Stevena Wilsona u mnie malały. Obawiałem się poważnie, że artysta już nigdy nie wzniesie się na poziom, jaki prezentował na Fear of Blank Planet czy Lighbulb Sun. Z trzech dotychczasowych solowych krążków muzyka wracałem jedynie regularnie do Grace for Drowning. The Raven That Refused to Sing (And Other Stories) okazał się rozczarowaniem; za mało było tam Wilsona, za dużo pokłonów dla klasyki rocka progresywnego i jazz rocka. Na Hand. Cannot. Erase. znajduje się muzyka, do której nas Stefek przyzwyczaił przez lata kariery. Zebrał na jednej płycie wszystko to, co najlepsze z twórczości Porcupine Tree, jak i jego własnej, solowej.

Jednak Steven Wilson dalej robi wielkie ukłony dla prog rockowej klasyki, jak w otwierającym krążek First Regret/3 Years Older, który z jednej strony przywołuje mocno klimaty spod znaku Camel; z drugiej strony mam wrażenie, że Wilson w czasie tworzenia zasłuchiwał się w Houses of The Holy Led Zeppelin. Ot tak mi się skojarzyły akordy gitar, które zaczynają wybrzmiewać od początku 3 Years Older. Dalej jednak utwór jest przepełniony klimatem muzyki Andy’ego Latimera (te motywy i solo gitary!), jednak zdecydowanie jest to dobrze znany słuchaczom Steven Wilson, szczególnie w tych spokojniejszych fragmentach na głos i gitarę akustyczną.

Tytułowy kawałek to Wilson, do którego, szczerze mówiąc, trochę tęskniłem. Brakowało mi tak prostych, niepretensjonalnych utworów z czasów Blackfield, jak właśnie Hand Cannot Erase. Bo jak się nie uśmiechnąć, gdy Steven cudownie wyśpiewuje frazę: hand cannot erase this love? Pewnym zaskoczeniem, jeśli już jesteśmy przy piosenkowym obliczu nowego krążka Wilsona, jest Perfect Love, który stylistycznie pasowałby bardziej do Massive Attack niż do lidera Porcupine Tree. Jednak ten rytm perkusji niczym Aphex Twin z recytacją niejakiej Katherine Jenkins tworzy doskonałe tło do anielskiej drugiej części utworu, w której wokalista powtarza, można rzec, uparcie: we have got the perfect life. Lecz nikt tego nie robi tak pięknie, jak Steven Wilson.

Walczykowaty Routine  ma w sobie coś z dawnej muzyki. Intryguje słuchacza, lecz trochę powoduje spadek napięcia na płycie, które momentalnie powraca z pierwszymi dźwiękami Home Invasion. Pierwsze nuty tej kompozycji nieodłącznie przynoszą mi na myśl początek suity Lizard w wykonaniu King Crimson, lecz utwór w dalszej części to interesujący heavy prog z szalenie melodyjną końcówką rodem z piosenkowych czasów Porcupine Tree. Kontynuacja kawałka czyli Regret 9 przynosi space rockowe motywy, no ale nie ma co się temu dziwić, skoro doskonale solo na minimoogu zaprezentował równie doskonały klawiszowiec – Adam Holzmann.

Steven Wilson – Perfect Life

Po krótkim, akustycznym cudeńku Transience przychodzi czas na najdłuższy na płycie Ancestral, który od samego początku wprowadza duszny, niepokojący klimat. Wilson tutaj stara się połączyć różne żywioły. Spokojny, leniwy wstęp z przytłumionym głosem wokalisty wraz ze smyczkami zostaje zastąpiony fragmentem pełnym dramaturgii i przeszywającym słuchacza solo Guthriego Govana, aby przejść w połamane, prawie metalowe granie od razu kojarzące się z czasami albumu Deadwing. Momentami miałem wrażenie, że Wilson celowo autoplagiatuje Arriving Somewhere Not Here z tamtego krążka. Płyta mogłaby się skończyć tak mocnym uderzeniem, lecz muzyk na sam koniec funduje nam delikatny – z pięknym wokalem Wilsona – Happy Returns/Acendant Here On.

Warto wspomnieć, że cały krążek to concept album osnuty wobec smutnej i ponurej historii 38-letniej Brytyjki Joyce Carol Vincent, która samotnie zmarła w swoim domu i nikt przez dwa lata o tym nie wiedział. Bo po tym czasie znalezione jej ciało, mimo że miała przyjaciół i była popularną osobą wśród znajomych. Wilson po raz kolejny podejmuje już wcześniej eksploatowany przez niego temat (chociażby  na albumie Porcupine Tree – Fear of Blank Planet), czyli życie człowieka we współczesnym świecie, które pomimo ogromnej ilości nowoczesnej technologii, a co za tym idzie mnóstwa kanałów komunikacyjnych ze światem, w którym ludzie są tak naprawdę niesamowicie samotni i odcięci od realnego życia.

Z czterech solowych krążków Hand. Cannot. Erase. stanie się chyba najbardziej cenionym przeze mnie dziełem Stevena Wilsona. W końcu Steven przypomniał sobie o tym, co robił najlepiej i chyba dobrze, że porzucił trudne (jak na razie!), jazz rockowe granie jak na The Raven… Są melodie, jest przepych aranżacyjny, są przeboje i wielowątkowe, rozbudowane i zapierające dech w piersiach kompozycje. Czekałem na takie dzieło Wilsona od czasów Fear of Blank Planet i w końcu się doczekałem.

 Fot.: rockserwis.pl

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Gustuje w każdym gatunku oprócz rapu, jednak im większy gitarowy hałas, tym lepiej.