Aż zatkało mnie gdy sprawdziłem, że ostatnia część Strasznego filmu powstała 13 lat temu. Jak mogło dojść do takiego niedopatrzenia? To mechanicznie zadane sobie pytanie może wydawać się mniej zasadne, gdy spojrzy się na trendy we współczesnym kinie. Parodie nie są tak chętnie oglądane przez młode pokolenie, a współczesna fala odnowienia starych serii filmowych może wynikać tylko z tego, że ich odbiorcy już dorośli i wiele zrobią, aby ponownie poczuć się jak nastolatkowie. Właśnie dlatego wygrzebano z grobowca Straszny film, który dla mnie był kiedyś symbolem jazdy po bandzie, a niektóre części potrafiłem oglądać aż zbyt namiętnie. I chociaż idąc do kina zdawałem sobie sprawę, że może to być trudna podróż w czasie, to i tak cieszyłem się, że zobaczę kolejną odsłonę tej świetnej serii.
I wiecie co? Przez pierwszych kilkanaście minut nie mogłem powstrzymać śmiechu. W sumie to nie wiem, czy wystarczyło zobaczenie znanych twarzy, czy może bezczelne złamanie czwartej ściany rozbroiło wszystkie moje systemy zabezpieczenia. Michael Tiddes rozpoczął swój film z przytupem, ale niestety nie potrafił mnie utrzymać w zachwycie na dłużej. Klimat poprzednich Strasznych filmów przestał na mnie działać, gdy po wprowadzeniu znanych postaci i przedstawieniu nowych, produkcja przeszła do wykorzystanej w pierwszej części sekwencji spotkań z Ghostfacem. Mimo wszystko liczyłem, że scenariusz Keneena Ivory Wayansa i Ricka Alvareza będzie opierał się na jakimś nowym pomyśle, a nie na odgrzewanym kotlecie.
Bo trzeba przyznać wprost, że nowych pomysłów jest tu niewiele. Niektóre sekwencje wydają się żywcem wyjęte ze scenariuszy poprzednich filmów i to z biegiem czasu coraz częściej irytowało. Gdy pokazano na przykład kolejną fazę Shorty’ego na haju, który tym razem w swojej głowie parodiował k-popowe Golden, to czułem zażenowanie. Sam Shorty zresztą wydaje się wśród całej plejady starych znajomych najbardziej denerwującą osobą i jak kiedyś bawił, tak teraz wkurza. Podobnie miałem z odegraniem słynnej sceny Anny Faris („what are you waiting for?!”), jak i samym zakończeniem, które niestety już trochę przewidywałem, widząc tendencję scenarzystów do kopiowania poprzednich pomysłów.
Rodzaj żartów w Strasznym filmie nie powinien nikogo dziwić – jest tu mnóstwo rynsztokowego humoru, który odnosi się do organów intymnych, kompletnej głupoty bohaterów i seksu. Swoistą nowością są gagi na tle rasowym, i chyba za to można pochwalić twórców: w czasach ogromnej wrażliwości na akty nierówności, ruch woke i Black Lives Matter, zadziwiająco dużo jest tutaj mocnych żartów z prześladowania osób czarnoskórych, a dialogi z użyciem „zakazanych” słów szybko przestały być tu czymś dziwnym. Nie sprawiło to jednak, aby któryś żart wybitnie zapadł mi w pamięć – mówię to wciąż mając w pamięci, że początek filmu mnie rozwalił na łopatki. Bo faktycznie, początkowo dałem się porwać nostalgii. Później widziałem jednak coraz więcej mankamentów. Nie zachwyciła mnie chociażby żadna parodia innej produkcji popkultury. Żałuję zwłaszcza, że tak nijaka okazała się być scena z klaunem Artem z serii Terrifier, która była raczej dosłownym odegraniem jednej z akcji z trójki, niż jakimś błyskotliwym pastiszem.
Mam zresztą wrażenie, że twórcy nie mogli się zdecydować, czy ich targetem jest przede wszystkim nowa publika, czy starzy widzowie. Do tych drugich ma przemawiać obsada z pierwszych części (wspomniana już Anna Faris, bracia Wayans, Regina Hall i pomniejsze występy pamiętnych postaci) oraz liczne odniesienia do pierwowzorów i znany już antagonista. Jednocześnie jednak film stara się odnieść do fenomenów kulturowych współczesnej młodzieży (np. k-pop), a także z premedytacją nie ma kolejnej cyfry w tytule, sugerując nowe otwarcie. I owszem, pozwolili sobie pośmiać się i z tego – łamanie czwartej ściany to chyba najlepsze, co udało się w tym filmie osiągnąć – ale nie przekonali mnie, że mieli dobry powód, aby to robić. Straszny film przez niektóre współczesne nawiązania był dla mnie już niezrozumiały, a z kolei dla nowego odbiorcy był przez dłuższy czas żenujący. To chyba jednak nie był zbyt udany powrót, tym bardziej że ostatnia Naga broń udowodniła, że w tym podgatunku komedii da się wrócić z klasą.
Fot.: United International Pictures Sp z o.o.
PS. Na film wybraliśmy się dzięki Cinema City.




![Zaskoczenie goni brutalność i głupotę – Patryk Vega – „Pitbull” [recenzja] Plakat filmu „Pitbull”](https://www.gloskultury.pl/wp-content/webp-express/webp-images/uploads/2021/11/7981414.3.jpg.webp)

![Dla tych, którzy lubią się bać - James Wan - "Obecność 2" [recenzja] Obecność 2](https://www.gloskultury.pl/wp-content/webp-express/webp-images/uploads/2016/08/7737099.3-455x300.jpg.webp)



