Pozbawić samotności – Bakopoulos, Lee – „Stworzona do miłości”

W końcu polski widz doczekał się premiery HBO Max. Wraz z długo wyczekiwaną platformą streamingową światło dzienne w naszym kraju ujrzały produkcje do tej pory niedostępne. Niektóre z nich swoje światowe premiery miały już jakiś czas temu, jak właśnie serial Stworzona do miłości (Made for Love), w której główną rolę odgrywa znana przede wszystkim z epizodycznej, ale niemalże legendarnej już, roli matki w serialu Jak poznałem Wasza matkę  Cristin Milioti. Produkcja ta zadebiutowała pierwszego kwietnia 2021 roku, a data ta być może nie została wybrana przypadkowo, bo życie głównej bohaterki, Hazel Green, od dziesięciu lat, delikatnie mówiąc, przypomina żart.

Pierwsza scena wrzuca widza na głęboką wodę – tak głęboką, z jakiej przed chwilą wynurzyła się Hazel Green. Wychodząc z czegoś na kształt śluzy kanałowej, kobieta prezentuje się co najmniej niepokojąco, niemal jak z horroru. Ciemne, mokre włosy oblepiają jej twarz, po której spływa mocny makijaż, a zielona, błyszcząca, elegancka sukienka dopełnia całości w tym niecodziennym, dziwacznym obrazie. Za Hazel widać rezydencję, z której, jak się domyślamy, uciekła. Środkowy palec, który kobieta pokazuje budynkowi, dobitnie daje nam do zrozumienia, że nie była tam szczęśliwa. Sam fakt ucieczki również. 

Musimy się jednak cofnąć o tydzień, by zrozumieć, co doprowadziło Hazel do tak desperackiego kroku. Od tego czasu zresztą będziemy wielokrotnie lawirować pomiędzy czasem teraźniejszym a wspomnieniami kobiety. Kobiety, która poślubiła znanego na całym świecie miliardera. Byron Gogol, bo tak nazywa się ów bogacz, bryluje w branży nowych technologii, nie tylko opracowując je i zarabiając na nich, ale także otaczając się nimi na co dzień. Jego zamiłowanie do technologii ułatwiającej życie jest tak ogromne, że niemal całkowicie zrezygnował z normalnego życia i świata na rzecz wizualizacji, sprytnych oszustw, zamienników i urządzeń, które niemal ze wszystkiego usuwają czynnik ludzki. Hazel ma dość życia nie tylko w zamknięciu, ale także w ścisłym rygorze, zgodnie z którym o określonej godzinie ma drzemkę, posiłki i orgazm, który winna oceniać w odpowiednio przygotowanej do tego skali, ale kroplą przelewająca czarę goryczy jest moment, w którym Byron prezentuje na spotkaniu inwestorów swój najnowszy wynalazek o nazwie Stworzeni do miłości. Jego działanie opiera się na wszczepieniu dwóm osobom będącym w związku chipów, dzięki którym połączą się one w uczuciach, doznaniach, spojrzeniach na świat. W dodatku na owym spotkaniu okazuje się, że Hazel i Byron mają być pierwszymi, którzy wypróbują na sobie jego działanie. 

Hazel, jak już wiemy, ucieka, ale tak naprawdę jedynie wydaje jej się, że ucieka. Ograniczający jej wolną wolę mąż zdecydował bowiem za nią, w dodatku kilka dni wcześniej, że to właśnie ona będzie użytkownikiem numer jeden. Hazel ma już zatem wszczepiony chip. Staje się więc żywym eksperymentem, w dodatku nie ma przed nią żadnej drogi ucieczki od męża, bo on słyszy wszystko, co kobieta mówi, i widzi wszystko to samo, co ona. Wie więc, gdzie jest, gdzie zmierza, z kim i o czym rozmawia. Monitoruje także jej stany emocjonalne, takie jak strach, zdenerwowanie czy podniecenie. Schronienie się u od dekady niewidzianego ojca nie daje jej więc żadnego gwarantu bezpieczeństwa. W dodatku ojciec, jak się okazuje, uważany jest za lokalnego zboczeńca po tym, jak związał się z… syntetyczną partnerką.  

Stworzona do miłości składa się jedynie z ośmiu półgodzinnych odcinków, których każdorazowy seans mija w okamgnieniu. Pierwszy epizod nie był porywający, a cała jego otoczka, chaos i gatunkowy miszmasz sprawiły, że nie porwał mnie ani nie wyrwał z butów. Byłam po nim sceptycznie nastawiona do kolejnych seansów, a jednak również nieco zaciekawiona ciągiem dalszym tej niecodziennej historii. Tego spektaklu, który, jak się z czasem okazuje, odgrywa Milioti, a wychodzi jej to, nawiasem mówiąc, naprawdę nieźle. Serial momentami mocno ociera się o podobieństwo do innego futurystycznego serialu, a mianowicie Czarnego lustra (Black Mirror), który również w dużej mierze skupia się na nowych technologiach, ich wpływie na świat i człowieka, na jego jestestwo, ważność i metamorfozę relacji międzyludzkich. W Stworzonej do miłości z pewnością nie ma czasu na nudę, bo akcja po prostu na to nie pozwala. Ubolewam jednak nad tym, że retrospekcje, w których widzimy niecodziennie życie Hazel w bańce, jaką stworzył dla nich Byron, zostały przedstawione bardzo zdawkowo, jedynie po to, by podkreślić więzienniczy charakter tego miejsca względem kobiety, a także spaczony umysł jej męża. Jednak zabrakło metamorfozy, jaką przechodzi Hazel. Przecież, kiedy poznaje ona Byrona, jest przebojową, pewną siebie młodą kobietą, która, choć pragnie wyrwać się z biedy i marazmu, nie da sobie w kasze dmuchać. Tymczasem bardzo szybko zmienia się nie do poznania – w usłużną, cichą, potakującą i dopasowującą się do rytmu dnia żoną, która z jednej strony ma wszystko, z drugiej nie ma nic. Gdzie nastąpiło załamanie? W których momentach Hazel przestawała być starą wersją siebie? I przede wszystkim – dlaczego? Nie widzimy jej małych załamań, jej wcześniejszych wątpliwości. Jedynie pęknięcie na lodzie, które łamie całą taflę. 

Stworzona do miłości w pokrętny sposób zadaje pytania o granice bycia człowiekiem, jednostką, o prywatność, intymność i samotność. Ta samotność jawi się tu, wyjątkowo na tle wielu innych tytułów, jako coś pożądanego, coś, co w pewnej dawce jest nam potrzebne, z czego nie można nas odrzeć, bo godzi to w podstawowe prawa człowieka. Mowa tu wreszcie o miłości. Czy musi ona unosić się ponad wszystkimi granicami? Ponad sekretami, wątpliwościami, pytaniami? Czy całkowite zespolenie między dwojgiem ludzi, którzy brną razem przez życie, jest niezbędne, by to życie było prawdziwe? Czy odzierając związek z drobnych sekretów, z prywatnych myśli, z odrobiny niepewności, nie tworzymy czegoś sztucznego, co po prostu nie ma prawa istnieć, a już na pewno istnieć szczęśliwie? W kontrze do relacji Hazel i Byrona, których związek, sztucznie tworzony i kontrolowany przez jedno z partnerów, sypie się, rozpada i zdaje się jedynie umową pełną drobnych druczków, stoi związek ojca Hazel z… syntetyczną partnerką czy też może, gwoli ścisłości, lalką. Związek, gdzie jedno z partnerów jest po prostu sztuczne, jest kukłą, manekinem pozbawionym życia, woli, umysłu i duszy maluje się na tle wcześniej wspomnianego – paradoksalnie i śmiesznie – naturalnie i szczęśliwie. Choć jest to oczywiście śmiech pusty, bo wisi nad nim przekonanie, że to również nie jest związek ani przyszłościowy, ani prawdziwy. Nawet jeśli pozornie wydaje się szczęśliwy.

Szukając miłości i porozumienia dusz, jak najtrwalszej relacji pozbawionej konfliktów, całkowitego zespolenia z drugą osobą, brniemy donikąd, czy może wręcz prosto w przepaść, bo taki związek, nawet, jeśli byłby możliwy poprzez zastosowanie nowoczesnych technologii, byłby po prostu katastrofalny w skutkach? Nie możemy pozostawać nadal ludźmi, jeśli wyeliminujemy z naszego życia właśnie ów ludzki czynnik. A czymże, jeśli nie usunięciem go, jest monitorowanie orgazmu partnerki i analizowanie go pod każdym możliwym względem? 

produkcji Stworzona do miłości największy nacisk, co oczywiste, położony jest na Hazel Green, główną bohaterkę uciekającą przed swoim ultrabogatym, kontrolującym i zniewolonym przez technologię mężem. Jednak Byron Gogol (brzmienie nazwiska, jak sądzę, nieprzypadkowo kojarzące się tym, z czym się kojarzy) z każdym odcinkiem wyrasta na bardzo intrygującego bohatera, pełnego nerwic, lęków i zaburzeń, które w tym pierwszym sezonie zostały w pewien sposób zbagatelizowane, zmarginalizowane, jakby twórcy nie chcieli dopuścić do tego, by w jakikolwiek sposób go usprawiedliwiać, tłumaczyć, żałować. Mam jednak nadzieję, że drugi, potwierdzony już, sezon weźmie pod lupę psychikę tego bohatera, a także doświadczenia i wydarzenia, które doprowadziły go do miejsca, w którym się znalazł i do czynów, do których jest zdolny. Nie mam jednak na myśli tego, jak dorobił się imperium, bogactwa i sławy, lecz co wpłynęło na jego lęki przed ludźmi, przestrzenią, hałasem, dotykiem czy ogólnie mówiąc – bodźcami, które są normalną częścią życia.

Aktorstwo w Stworzonej do miłości jest zaskakująco dobre, zwłaszcza biorąc pod uwagę miszmasz gatunkowy, jaki czasami wkrada się do serialu, wywołując początkowo konsternację. Cristin Milioti dźwiga na barkach większość serialu, ale nie tylko ona wykazuje się zaangażowaniem i prawdziwością emocji – nawet w scenach kuriozalnych. Równie wiarygodne, choć dziwaczne i niecodzienne postaci, wykreowali jej ekranowi partnerzy – Ray Romano jako Herbert (ojciec Hazel) i Billy Magnussen jako Byron Gogol. Zwłaszcza ten ostatni w kilku scenach, głównie pod koniec sezonu, wykazał się niezłym wachlarzem emocji i umiejętności aktorskich. Jego Byron jest odstręczający i nienaturalny jak technologia, za której stworzenie odpowiada, jednak z czasem pojawiają się rysy, przez które podglądamy człowieka z krwi i kości – przez coś zepsutego, złamanego, zniszczonego. Jednak nie wiemy jeszcze, przez co. Pozostali aktorzy zapełniający plan serialowy nieźle dopełniają całość, w tym między innymi Noma Dumezweni (Fiffany) czy Caleb Foote (Bennett).

Serial nakręcony został z dynamizmem, pozbawiono go zbędnych dłużyzn, a fabuła, którą obmyślili sobie twórcy, idealnie wpasowała się w ten ośmioodcinkowy format. Po nie do końca przekonującym pilocie produkcja wciąga w swój świat i intryguje zarówno na poziomie czysto fabularnym, jak i intelektualnym, choć tutaj (o co obecnie nietrudno) nie oferuje żadnych nietypowych rozmyślań, które byłyby dla nas jakimkolwiek novum. To, jak powinna wyglądać miłość, relacja dwojga osób, na ile mogą sobie pozwolić i jak mocno technologia powinna ingerować w te najbardziej intymne rejony naszych żyć, jest niestety zagadnieniem, które nurtuje nie od dzisiaj i nie od dzisiaj również wiadomo, że ilu ludzi, tyle odpowiedzi na to pytanie padnie. A koniec końców i tak dopiero żywe, realne sytuacje weryfikują prawdziwość naszych deklaracji i poglądów.

Stworzona do miłości to serial, który może spodobać się fanom Czarnego lustra, z zastrzeżeniem jednak, że wcale nie musi. Mamy tu zupełnie inny sposób narracji, inne podejście do spajającego obie produkcje tematu i problematyki. Nie brakuje tu dziwactw, humoru i akcji. To, co nie do końca mi w serialu HBO Max pasuje, to fakt, że przy całej nabrzmiałej od nowoczesności technologii, jaka otacza Byrona i jeszcze do niedawna otaczała Hazel, zdaje się ona zamykać jedynie do ich życia. To stwarza wrażenie (być może słuszne, ale jeśli tak, tym gorzej), że do przodu nie poszedł świat, na którym niewiele się względem naszego zmieniło, bo owa technologia zamyka się jedynie w gronie Gogola. Reszta świata zdaje się nie różnić od naszego, a przecież imperium Byrona prosperuje od lat, oferując kolejne kroki milowe ku nowoczesności, ku przyszłości. Czyni to wizję świata niespójną i nie do końca dla mnie zrozumiałą, jednak być może ten niewielki wycinek świata, który został nam przedstawiony w pierwszym sezonie, nie dał nam po prostu okazji na przyjrzenie się zmianom, jakie zaszły na świecie.

Świat, w którym dwoje ludzi na zawsze połączonych zostaje nie tylko uczuciem, papierkiem czy przysięgą przed bóstwem, ale także realnie swoimi emocjami, odczuciami, myślami i wizjami – odziera nas z intymności i samotności. A, o ile nie jesteśmy do tej ostatniej stworzeni, to jednocześnie jej choćby drobna namiastka jest nam niezbędna do normalnego funkcjonowania. Stworzona do miłości podejmuje tę tematykę, choć bardziej na razie skupiając się na atrakcyjności opowiadanej historii, niż zagłębiając się w samą problematykę. Liczę jednak na to, że kolejny sezon rozwinie bardziej psychologiczny aspekt swojej opowieści, bo serial ma potencjał i może być obok niezłej rozrywki także czymś więcej, jeśli dostanie taką szansę od samych twórców.

Serial Stworzona do miłości obejrzycie na HBO MAX

Overview

Ocena:
6 / 10
6

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.