Murem podzieleni – Sven Bohse – „Ku’damm 56’/ 59’/ 63’”

Pewnego razu, nie tak dawno temu, przeglądałam ofertę HBO GO w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego tytułu będącego nowością, który z powodzeniem by mnie wciągnął w opowiadaną historię. Nie miałam ochoty ani na fantastykę, ani na (wyjątkowo) żaden kryminał. W oczy rzucił mi się nic niemówiący tytuł Ku’damm 63. Odpaliłam więc pierwszy odcinek, będąc pewną, że jest to zupełnie nowa produkcja (oznaczenie: sezon 1, odcinek 1 ani lapidarny opis nie wyprowadziły mnie z błędu). I choć pierwszy epizod wydał mi się dość chaotyczny, a wiele rzeczy zbyt tajemniczych, to półtoragodzinna historia wciągnęła mnie i uznałam, że pewnie wszystko zostanie wyjaśnione w dalszych odcinkach. Jednak coś cały czas nie dawało mi spokoju, więc zaczęłam szukać informacji o tym tytule. Okazało się, ku mojemu zdumieniu, że historię trzech sióstr i ich niereformowalnej matki zaczęłam oglądać od końca, od ostatniego (jak mi się zdaje), trzeciego sezonu. Tak szybko jednak wsiąknęłam w świat toczący się na ulicach Berlina lat 60., że nie zastanawiałam się długo i zaczęłam oglądać Ku’damm od początku, czyli od Ku’damm 56, potem przyszła pora na Ku’damm 59, a na koniec wróciłam do Ku’damm 63 – jeszcze raz obejrzałam pierwszy odcinek, zrozumiałam o niebo więcej i przeszłam do dwóch ostatnich odcinków. Dawno żaden serial mnie tak nie wciągnął, zwłaszcza jeśli chodzi o typowe dramaty, bez wątków kryminalnych. Niemiecki serial okazał się perełką, na którą trafiłam przez zupełny przypadek i którą, oglądając od końca, pokochałam być może jeszcze bardziej, niż gdybym przygodę z nią zaczynała od samego początku.

Ku’damm to skrót od nazwy Kurfürstendamm, która z kolei jest niczym innym, jak główną ulicą zachodniej części Berlina. Bije tu nie tylko serce tej części miasta, ale także całego serialu, ponieważ właśnie przy Ku’damm 56 znajduje się Galant – szkoła tańca prowadzona przez elegancką i trzymającą się sztywnych ram i zasad (nie tylko w tańcu) Caterinę Schöllack, która samotnie wychowuje stojące u progu dorosłości córki – Monikę, Helgę i Evę. Galant to jednak nie tylko szkoła tańca ciesząca się renomą, ale także dom rodziny Schöllack, której głowa, a więc mąż i ojciec, nie wróciła z zesłania. Największym marzeniem i celem życia Cateriny jest wydać córki za mąż – oczywiście w miarę przyzwoicie, a także bez asysty skandali i mezaliansów, które wystawiłyby ją na nieprzychylną opinię publiczną i spojrzenia pełne wyższości i pogardy. Caterina natomiast to chodzący kij od miotły. Kobieta nie pozwala sobie na ani jedną chwilę wytchnienia od wyprostowanej postury, eleganckiej miny i dumnej postawy. To, co pomyślą inni, wydaje się dla niej najważniejsze, ważniejsze od szczęścia swojego, a już tym bardziej swoich córek, które wychowywane w reżimie i pojmowaniu przeznaczenia kobiety jako gosposi będącej zawsze na skinienie mężczyzny, gosposi, która nie jest godna tego, by mieć własne potrzeby, powoli, stopniowo, wraz ze zmianami zachodzącymi na świecie, zaczynają mieć odwagę, by żyć życiem własnych pragnień i marzeń, a nie tym, co umyśliła sobie dla nich ich matka.

Helga, Monika i Eva (wymienione w kolejności od najstarszej do najmłodszej, choć różnica wieku pomiędzy nimi nie jest ani widoczna, ani znacząca) różnią się od siebie diametralnie, co czyni serial niezwykle barwną opowieścią, która z każdym kolejnym epizodem wzbogaca się o coraz nowsze, bardziej interesujące i uniwersalne problemy. Kolejne numery, które widnieją przy nazwie ulicy w tytułach poszczególnych sezonów, zdradzają, że obserwujemy losy rodziny Schöllack, ich przyjaciół i ewentualnych wrogów w ciągu siedmiu lat. Przez ten czas zmieni się niewyobrażalnie wiele. Zmieni się niemal wszystko. To, jaką przemianę przejdą niektórzy bohaterowie, zrobiło na mnie tym większe wrażenie, że poznałam wielu z nich w trzecim sezonie – na początku końca tej opowieści. Przeskok jest ogromny, ale żadna postać nie jest sztuczna, a metamorfozy nie są zrobione na siłę. Każda zmiana jest uwarunkowana i uargumentowana – ma na nią wpływ czas, otoczenie, wewnętrzne przemiany, rodzinne sprawy, wychowanie, przebyte traumy i zdobyte doświadczenie. 

Na początku serialu najstarsza z sióstr, Helga, za moment wychodzi za mąż. Jej wybrankiem jest Wolfgnag, który w najbliższych latach, według planu, powinien stać się szanowanym prokuratorem. Helga więc jest przeszczęśliwa – nie tylko spełnia marzenie swoje i  matki, a więc wychodzi za mąż, ale w dodatku za mężczyznę dobrze sytuowanego, który niedługo będzie jednym z bardziej szanowanych w mieście. Monika, średnia z sióstr, wraca z walizkami do rodzinnego domu z okazji zbliżającego się ślubu i wesela. Wkrótce jednak okazuje się, że jej powrót wcale nie jest chwilowy, a instytucja, w której nienadająca się do niczego (zdaniem matki) młoda kobieta miała uczyć się bycia dobrą gospodynią i przyszłą żoną, postanowiła się jej pozbyć. Eva, najmłodsza i zdecydowanie najbardziej atrakcyjna z sióstr Schöllack, pracuje  w szpitalu jako pielęgniarka. Wychowywana w duchu wiary w to, że jej największym sukcesem będzie dobre zamążpójście, dwoi się i troi, by skłonić do oświadczyn dyrektora szpitala, o wiele starszego od niej mężczyznę, który uczyni z niej szanowaną panią profesorową.

Na przestrzeni trzech sezonów, dziewięciu półtoragodzinnych odcinków i siedmiu lat, jakie mijają w świecie przedstawionym, w rodzinie Schöllack dojdzie do niejednego skandalu, mniejszych i większych afer, tragedii, dramatów, rozstań i spięć. Będziemy świadkami narodzin i śmierci. Rozstań i powrotów. Bolesnych upadków i niezliczonych prób podnoszenia się z kolan. Poznamy niejeden rodzinny sekret i odkryjemy bodaj najgorsze oblicze hipokryzji – to, które nam samym pozwala na usprawiedliwianie swoich błędów (lub wypieranie ich bądź niedostrzeganie), jednocześnie dając nam przyzwolenie na bolesne karanie i upokarzanie za podobne błędy naszych najbliższych. To wszystko natomiast toczyć się będzie na tle społecznych i historycznych przemian, na tle niewygasłych konfliktów, majaczącego wrogo Muru Berlińskiego, wspomnień wojny, żarzącej się nienawiści i tlącego się silnie antysemityzmu. Bohaterom przygrywać będzie zmieniająca się, coraz odważniejsza i weselsza muzyka – do akcji wkroczy bowiem szturmem rock and roll.

Muzyka i taniec to zresztą jedno z serc bijących w tym i dla tego serialu. Z jednej strony jest to rzecz oczywista, rodzina Schöllack prowadzi bowiem szkołę tańca, a sama Caterina Schöllack niegdyś zdobywała tytuły na turniejach tanecznych. Z drugiej strony jednak owo serce wybija nie tylko ten jeden rytm. Na zupełnie inną nutę bije bowiem serce Moniki, która jest nie tylko utalentowana (z czasem zacznie pisać i teksty, i muzykę), ale także emocjonalnie odnajduje się w tańcu i śpiewie, które pomagają jej uporać się z wieloma bolesnymi doświadczeniami. Muzyka jest także jednym z pól, na których toczą wojnę matka z córką, pól, na których widać przemiany i kroki świata ku wyzwoleniu, ku lepszemu. Tradycja ściera się tutaj z nowoczesnością, chęć wolności z przywiązaniem do sztywnych ram. W muzyce i tańcu widać także pewną swobodę seksualną, jaka zaczyna się nieśmiało pojawiać, a jaka przyprawia niemal o zawał zapiętą guzikami od stóp od głów starszą panią w kapeluszu, dla której od rock and rolla już tylko pół kroku do tańca erotycznego lub po prostu burdelu.

Berlin lat 50. i 60. to miejsce pełne konfliktów. Miejsce, w którym dla jednych wojna już dawno odeszła na szczęście w zapomnienie, podczas gdy dla drugich skończyła się stanowczo za wcześnie, nie zbierając takiego żniwa, jakiego by sobie życzyli. Pełno tu cwaniaczków i antysemitów, przepełnionych nienawiścią, pogardą i lękiem przed innością; pełno jednak również ludzi, którzy chcą po prostu żyć i kochać, bez względu na to, gdzie żyją i kogo mają za sąsiadów. Ku’damm w jednym ze swoich wątków porusza również temat homoseksualizmu, który wtedy traktowany był jak choroba, na którą trzeba znaleźć odpowiednie lekarstwo; jak wynaturzenie, które wzbudza odrazę; jak wroga, którego trzeba zwalczyć. Od takiego rozumowania prosta droga do życia nie tylko w strachu, ale także zakłamaniu. Przez pojmowanie homoseksualizmu jak zaburzenia, a nie jak miłości – po prostu – ta miłość znika zupełnie: miłość do najbliższych osób, przed którymi albo ukrywamy naszą orientację, albo które nie rozumieją naszych zmagań, miłość do siebie samego, kiedy zaczynamy wierzyć, że skoro przynajmniej jedna osoba na świecie czuje do nas odrazę, to my także powinniśmy, i w końcu miłość do świata, który nie pozwala nam czuć tego, co chcemy i tego, jak chcemy.

Wznoszący się złowrogo Mur Berliński, który jest tłem dla niektórych wydarzeń, zdaje się nie tylko faktycznym, namacalnym i naocznym systemem umocnień, ale także symbolem podziałów, granic i fortyfikacji, jakie nieustannie stawiają przed sobą, między sobą i dookoła siebie ludzie. Zazwyczaj fundamentem takiego muru jest strach, nienawiść, niezrozumienie, niezgoda na to, co dla nas nie jest oczywiste. Mur stoi pomiędzy Berlinem Wschodnim i Zachodnim, ale majaczy także między pokoleniami, które w miarę zachodzących na świecie przemian nigdy tak do końca się nie zrozumieją. Wznosi się pomiędzy poglądami, wyznaniami, kolorami skóry, orientacjami seksualnymi – a raczej pomiędzy ludźmi, którzy swoje poglądy, wyznanie, kolor skóry i orientację seksualną uważają mylnie i nie wiedzieć dlaczego za jedyne słuszne. Za jedyne, których nie trzeba tępić. Mur rozdziela rodziców od dzieci, siostrę od siostry, męża od żony – a przynajmniej będzie rozdzielał tak długo, jak długo nie nauczą się oni rozmawiać, słuchać ze zrozumieniem i pozwolić żyć innym po swojemu, na własnych warunkach, po prostu wspierając ich. Mur zdaje się także rozgraniczać nasze szczęście i swobodę od opinii społeczeństwa i od społecznych oczekiwań, od przyzwoleń i zakazów, które często nie mają żadnego uzasadnienia. Murem podzieleni zdajemy się w jakiś sposób wszyscy – co okazuje się przyczyną wielkiej samotności. Nawet w tłumie ludzi. O samotności Ku’damm opowiada bardzo wyraźnie, choć niedosłownie. W wielu scenach, w wielu wątkach pokazuje jednak, że obecność ludzi, ciepło i bliskość drugiego człowieka to często jedyne, czego nam brakuje. Wszyscy boimy się samotności, nie przyznają się do tego jedynie ci, którzy bardziej boją się tego wyznania niż samej samotności właśnie.

Berlin, który widzimy w trzech odsłonach Ku’damm, nie jest kolejnym bohaterem opowieści, jak to się czasem zdarza w tego typu produkcjach. Jego rola jest niezaprzeczalna, ale nadal ogranicza się do miejsca. Bohaterowie są zresztą zbyt wyraziści, by ustąpić miejsca miastu. Nawet ci drugoplanowi mają wiele do powiedzenia, wnosząc do serialu nie tylko silne lub intrygujące osobowości, ale także ciekawą przeszłość. Ku’damm skonstruowano tak, że trudno kogokolwiek poddać ocenie, trudno wskazać palcem i osądzić: ty jesteś dobry, a ty zły (w przypadku niektórych postaci ta trudność pojawia się dopiero po obejrzeniu wszystkich trzech sezonów). Jednak Ku’damm stworzono tak, że momentami bardzo chce się to zrobić. Poszczególne postaci zdają się czasami niemal podkładać, wystawiać, jakby błagały: „Hej Ty! Tu jestem! Popełniam głupoty, a czasami zrobię coś zaskakująco pozytywnego! Nie ocenisz mnie? Nie skrytykujesz? Nie pochwalisz?”. Problem w tym, że zarówno członkowie rodziny Schöllack, jak i pozostali bohaterowie są bardzo prawdziwi, bardzo realni, bardzo ludzcy, a ich problemy i zachowania bardzo uniwersalne, mimo że dzieją się w Berlinie na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku, w dziwnych czasach, kiedy świat zdawał się dopiero budzić do życia, nabierać kolorów i dawać szanse. To natomiast sprawia, że oceniając ich, ocenilibyśmy po trosze siebie z różnych epok naszego życia, a po trosze naszych bliskich i znajomych. A to już nie jest ani takie łatwe, ani takie przyjemne. 

 

Ku’damm w ogromnym stopniu opowiada o tym, jak łatwo zagubić się w czyichś oczekiwaniach i wychowaniu, z którym nigdy w głębi serca się nie zgadzaliśmy, ale nie mieliśmy odwagi dyskutować, aż wsiąkło w nas tak bardzo, że sami uwierzyliśmy, że jest dobre i słuszne. Opowiada o cholernie skomplikowanych relacjach międzyludzkich – w przeróżnych ich odcieniach: na miłości matki i córki zaczynając, przez związki oparte na miłości i seksie, a kończąc na przyjaźni, siostrzanej miłości i miłości do świata. Nie ulega również wątpliwości, że siła Ku’damm tkwi przede wszystkim w jego kobiecych bohaterkach. To serial w dużej mierze o kobietach, choć niekoniecznie dla kobiet wyłącznie. To opowieść o przemianach, jakie stopniowo zachodziły na świecie, dając kobietom coraz większe poczucie wolności, samodzielności i przede wszystkim równości. Kobiety zaczynały w końcu wierzyć, zdawać sobie sprawę, że nawet jeśli w praktyce jeszcze długo nie będą mogły być w wielu dziedzinach równe mężczyznom, to na pewno powinny, zasługują na to i jest to ich naturalne prawo. Jednocześnie walczyć muszą ze stereotypami i męskim światem, który patrzy na nie z góry – z pobłażliwością lub czasem nienawiścią.

Aktorki wcielające się w role sióstr Schöllack i ich matki wykonały fantastyczną robotę. Ich bohaterki są żywe, pełne emocji, pasji, sprzeczności i dysonansów. Są wiarygodne przez to, że nigdy nie dają się albo całkowicie polubić, albo całkiem znienawidzić. Choć w przypadku Cateriny Schöllack często jesteśmy na granicy znienawidzenia jej i wyklinania przez cały seans kolejnego odcinka. To jednak świadczy o fantastycznej robocie, jaką zrobiła ta aktorka, wcielając się w rolę matki trzech córek. Claudia Michelsen stworzyła postać, której momentami się wręcz nienawidzi, o której marzy się, by córki raz na zawsze się od niej odsunęły. Te jednak wracają raz po raz, nawet kiedy wydaje się, że tym razem kontrolująca ich życia rodzicielka posunęła się za daleko. To jednak świetnie pokazuje, jak skomplikowanie są relacje dzieci z rodzicami, jak silna jest więź, która ich łączy. Michelsen na tyle dobrze jednak odgrywa również te fragmenty, w których powinna poruszyć serce widza, że udaje jej się to, a my dostrzegamy wtedy, że nie jest tak jednowymiarowa, jak byśmy sobie tego życzyli (moglibyśmy wtedy z czystym sumieniem jej nienawidzić). Również aktorki wcielające się w siostry Schöllack zrobiły to rewelacyjnie. Trudno tutaj wyróżnić którąś z nich, bo każda ma zupełnie inną rolę. Sonja Gerhardt (Monika), Maria Ehrich (Helga) i Emilia Schüle (Eva) – to one w głównej mierze, razem z Michelsen, tworzą z Ku’damm widowisko pełne emocji, poruszające i niepozostawiające widza obojętnym. Jest między nimi świetna chemia na ekranie, ale również wtedy, kiedy odgrywają swoje role bez serialowych sióstr, sprawdzają się fenomenalnie. Ich postaci są bardzo wiarygodne, z krwi i kości – podążamy ich życiem, ich losami pełni obaw i nadziei na zmianę na lepsze. Czasami nie dowierzamy im wyborom, czasami mamy ochotę nimi potrząsnąć, a czasem po prostu przytulić. W Ku’damm nie ma idealnych postaci, każdy dąży do szczęścia, ale każdy też po drodze kogoś krzywdzi, robi coś wbrew swoim przekonaniom, ulega hipokryzji… Gerhardt, Ehrich i Schüle genialnie oddały ambiwalentność swoich postaci. Mogłoby się wydawać, że skoro ich postaci były tak bardzo ludzkie, to miały ułatwione zadanie, ale nic bardziej mylnego. Film i serial rządzą się swoimi prawami, a to, co naturalne i życiowe najtrudniej jest oddać na ekranie. Aktorki wykonały więc świetnie swoją pracę, budząc do życia kreacje Moniki, Helgi i Evy. O ich postaciach nie zapomina się tak łatwo, ich losy żyją w widzu jeszcze po seansie. Nie wiem, jak długo, bo we mnie wciąż wybrzmiewają.

Również reszta aktorów radzi sobie bardzo dobrze. Męska część obsady, na przekór czasom, w których dzieje się akcja serialu, jedynie wtóruje kobietom, ale robi to wyśmienicie, z pełną mocą Berlina tamtych lat. Na szczególne wyróżnienie zasługuje chociażby Sabin Tambrea, który w roli Joachima Francka przechodzi gigantyczną przemianę, zachowując jednak cały czas typowe dla swojej postaci cechy. Również Trystan Pütter jako Freddy Donath stworzył żywą, do tego emanującą ciepłem postać, która po czasie odkrywa swoje lęki i demony. Warto wspomnieć także o takich aktorach jak August Wittgenstein (jako Wolfgang von Boost, niemal tragiczny bohater, którego każdy wybór będzie zły), Heino Ferch (który ze swoją aparycją mógłby spokojnie wcielić się w jakąś ciepłą, przesympatyczną postać, tymczasem odegrał zimnego, gburowatego Profesora Doktora Jürgena Fassbendera) czy Uwe Ochsenknecht (jego Fritz Assmann jest może i dość jednopłaszczyznowy na przestrzeni trzech sezonów, ale bardzo w swojej postawie wiarygodny, za co również dla aktora należą się brawa).

Oprócz aktorów na uwagę zasługują również muzyka, o której już wspominałam, że stanowi bardzo ważny element serialu, ale także rewelacyjna scenografia i kostiumy. To dzięki nim bez zastanowienia przenosimy się do zupełnie innego miejsca i – przede wszystkim – do zupełnie innych czasów. Twórcy zadbali o szczegółowe oddanie realiów epoki. Elementy wystroju, fryzury, stroje, makijaże – wszystko zmienia się wraz z upływającym czasem, z aktualnymi trendami i nastrojami. Kolory są coraz żywsze, stroje coraz odważniejsze. W pierwszym sezonie nie uświadczyliśmy żadnej kobiety w spodniach, by w trzecim obserwować coraz częściej pojawiające się zarówno materiałowe spodnie (do niedawna jeszcze męski atrybut), jak i jeansy. Oglądając Ku’damm, nie czujemy się, jak wrzuceni w środek scenografii, ale raczej jakbyśmy wsiedli do maszyny czasu i naprawdę znaleźli się w Berlinie tamtych lat. Oczywiście mnie, jako osobie, która wtedy jeszcze się nie urodziła, trudno ocenić w stu procentach wiarygodność całej scenografii, kostiumów czy charakteryzacji, ale w takim stopniu, w jakim mogę ocenić, robię to bardzo pozytywnie. Zresztą klimat serialu to w dużej mierze właśnie te elementy, które przenoszą nas w przeszłość, wierzę wiec, że twórcy zadbali o nie należycie.

Ku’damm to – przynajmniej dla mnie – perełka, którą odkryłam zupełnie przypadkiem. Nikt mi tego serialu nie polecał, nigdzie o nim nie słyszałam, nie natknęłam się na jakąkolwiek jego promocję. Tymczasem bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, wciągnął do swojego świata momentalnie i całkowicie. Wsiąknęłam w życie rodziny Schöllack, przeżywałam z nimi ich dramaty, winiłam ich za błędy i cieszyłam się z ich sukcesów. Ku’damm to umiejętnie i z wyczuciem poprowadzona opowieść o kobietach, które walczą o swoje szczęście. Każda robi to na swój sposób, każda w innym momencie do tej walki dojrzała, każda finalnie zostaje z inną jego definicją. Jestem zdziwiona, że ten serial jest tak mało popularny, bo myślę, że niejednej osobie spodobałby się przynajmniej w połowie tak jak mnie. Niemiecka produkcja porusza wiele arcyważnych problemów, w tym takich, które są aktualne do dzisiaj  (niestety). W pewnym sensie jest też minisagą rodzinną (co prawda rozgrywającą się na przestrzeni jedynie siedmiu lat, ale są to lata intensywne i obfitujące w wydarzenia i emocje), a wiem, że takie tytuły cieszą się popularnością. Ku’damm to moje serialowe odkrycie 2021 roku i aż żal, że serial najprawdopodobniej już się definitywnie zakończył. Historia sióstr i ich matki wzruszała mnie, wzburzała i przede wszystkim emocjonalnie angażowała – a to jest zawsze w cenie. Wykorzystywałam każdą wolną chwilę, by wrócić do ich Berlina. Do ich murów. Do ich miłości. Do ich samotności.


Serial dostępny na HBO GO

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

1 Komentarz

  • Świetny serial! Również natknęłam się na niego zupełnym przypadkiem na polskiej platformie vod, gdzie obejrzałam 1 sezon i 2. Trzeci natomiast jak tylko się pojawił, zobaczyłam na platformie VOD stacji, która wyświetlała Ku’damm – Z NIEMIECKIMI NAPISAMI – mimo braku znajomości języka… Nie mogłam się powstrzymać. Teraz gdy jest u nas dostępny na HBO w całości, chętnie do niego wrócę ;)

    PS Bardzo możliwe, że powstanie kolejna część.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.