Filmy,Patronat,Recenzje

Psychoterapeuta na kozetce – Justine Triet – „Sybilla” [recenzja]

Film Justine Triet to kino ultrakobiece, co oczywiście brzmi w tym miejscu jak truizm, ale wymaga jednak podkreślenia, że świadectwem tego jest nie tylko żeński tytuł oraz osoba reżyserki. Obraz ten był prezentowany w ubiegłym roku na festiwalu w Cannes w konkursie głównym, do Polski zaś trafia ze znacznym opóźnieniem jako jeden z ostatnich już tytułów selekcji głównej tej imprezy. Jako taki pozostaje zresztą w cieniu innego francuskiego filmu o feministycznym wydźwięku, tj. kostiumowego dramatu Portret kobiety w ogniu. Co więcej, oba dzieła są diametralnie różne, nie tylko zresztą ze względu na ulokowanie w czasie. Sybilla to portret kobiety, której życie ulega stopniowej erozji. Zresztą nie tylko o tym jest ten film, albowiem multum wątków podejmowanych tutaj przyprawia o zawrót głowy. Obraz Sybilla wprowadza na ekrany polskich kin firma Aurora Films, a Głos Kultury objął go swoim medialnym patronatem.

Plakat do filmu, wskazujący na jakąś dwutorową narrację, jest bałamutny, albowiem bohaterka jest jedna i jest to właśnie tytułowa Sybilla grana przez Virginie Efirę – aktorkę znaną do tej pory przede wszystkim z ról komediowych. Rozhisteryzowana Margot w interpretacji Adele Exarchopoulos (jej najlepsza kreacja od czasów Życia Adeli) jest tu zaledwie fantomem. Do pewnego momentu, w którym jej losy konkretyzują się w relacji wobec innych postaci, można wręcz odnieść wrażenie, że to wytwór wyobraźni Sybilli, pozwalający jej sublimować własne lęki. Główna protagonistka jest psychoterapeutą, co jest szczególnie symptomatyczne tak z punktu widzenia przebiegu fabuły na jej dalszym etapie, jak i wiwisekcji poharatanej psychiki tejże postaci, która nie dość, że musi zmagać się z problemami swoich pacjentów, to nadto liże rany po nieudanym związku oraz wychodzi z alkoholizmu.

Trudno pisać o tym filmie w jakikolwiek spójny sposób, bo też sprawia on wrażenie nazbyt chaotycznej i niepotrzebnie pojemnej opowieści. Początek, tj. scena przeintelektualizowanych rozmów paryskich elit, przypomina bowiem choćby Podwójne życie Oliviera Assayasa, a szerzej rzecz ujmując – neurotyczne komedie Woody’ego Allena. Pojawienie się Margot diametralnie zmienia konwencję w kierunku Prawdziwej historii Romana Polańskiego. Jest to zatem w tym momencie historia o manipulacji i sukcesywnym zawłaszczaniu życia prywatnego przez inną jednostkę. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę dziwny symbiotyczny wymiar tej relacji, świadectwa Margot stają się pożywką dla pasożytniczej twórczości literackiej Sybilli. Wówczas reżyserka formułuje pytania o granice sztuki w kontekście przetwarzania osobistych doświadczeń na modłę literackiej pulpy. Przyobleczone to zostaje w konwencję tandetnego „harlekina”, w czym należy upatrywać mniej lub bardziej świadomego zabiegu twórcy. Na pewnym etapie skręca to zresztą w kierunku komediowej farsy.

Najciekawsza w filmie Triet jest jednak nie zabawa gatunkowymi formułami, ale dramat złamanej kobiety, która zaangażowała wszystkie swoje emocjonalne siły w związek z mężczyzną, który okazał się doń niedojrzały. Notabene, także z uwagi na to, że mamy do czynienia z obrazem francuskim, reżyserka zgrabnie zaciera granice między miłością a pożądaniem. Seksu jest tutaj dosyć dużo, a wobec tego zasadne jest formułowanie pytania o utożsamianie miłości romantycznej ze sferą kobiecej seksualności i sensualności. Stopniowy proces odzyskiwania równowagi przez przedstawicielkę profesji, która w założeniu ma pomagać innym, został w filmie przedstawiony wiarygodnie, a jednocześnie świeżo, tj. przez pryzmat tłumaczenia każdego ludzkiego zachowania psychologią. Wskazać też należy, że wszystko to odbywa się z udziałem kwiatu francuskiego aktorstwa, także w wydaniu męskim.

Fot.: Aurora Films

Podobne wpisy:

Gra aktorska7.5
Scenariusz6
Reżyseria6
Strona wizualna6
Muzyka5.5
Emocje8
6.5Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *