Szept diabła – Donato Carrisi – „Zaklinacz” [recenzja]

Zaklinacz to debiutancka powieść Donato Carrisiego, a zarazem tytuł, który niespodziewanie szturmem zdobył szczyty list bestsellerów w większości europejskich krajów. Niezbyt popularny w Polsce autor tej przebojowej książki to z pochodzenia Włoch; znany w swym rodzinnym kraju, głównie jako ceniony scenarzysta popularnych seriali, za swe literackie dzieła, wyróżniony został wieloma prestiżowymi nagrodami, a do jego największych fanów zalicza się między innymi sam Ken Follett. Karierę pisarza rozpoczął od mocnego uderzenia czyli omawianej tu powieści, którą wydawca porównuje do takich kultowych thrillerów dużego ekranu jak Milczenie owiec, Siedem czy Szósty zmysł. Czy słusznie? Czy Zaklinacz rzeczywiście jest tak dobry? Zdecydowanie NIE! Nie jest to powieść „tak dobra”, jest jeszcze lepsza – jest rewelacyjna!

Czasami zło nas okłamuje, przyjmując kształt najprostszych rzeczy. O tym, jak wiele prawdy kryje się w tych słowach, już wkrótce przekona się Mila Vasquez, młoda pani policjantka, specjalistka w odnajdywaniu zaginionych dzieci. Piąty lutego, nieokreślonego roku, w bliżej nieokreślonym miejscu, dwóch chłopców wychodzi na spacer z psem; zwykły wieczorny spacerek, mogłoby się wydawać. Jak się jednak okazało, do zwyczajności będzie tu daleko, kiedy pełen energii nowofundland, grzebiąc radośnie dziurę w ziemi, dokopuje się do odciętej ręki młodej dziewczyny. Natychmiast wezwane zostają wszystkie niezbędne w takich wypadkach służby, które bez chwili wahania zabezpieczają teren i rozpoczynają oględziny miejsca. Nie zajmuje wiele czasu ustalenie okropnego faktu – nie jest to miejsce pogrzebania jednej ręki, a coś na wzór małego cmentarzyska, w którym policjanci odnajdują aż sześć odciętych (lewych) rąk dziewczynek w wieku od ośmiu do trzynastu lat. Okazuje się również, że nie od dziś specjalna grupa, w skład której wchodzą Boris, Goran, Sarah Rosa oraz Stern, została powołana, by odnaleźć pięć dziewczynek, uprowadzonych w krótkim odstępie czasu. Każdy, kto dotarł do drugiej klasy szkoły podstawowej, już wie, że coś tu się nie zgadza. Tak, tak – pięć porwań, sześć rąk. Po zweryfikowaniu oczywistego faktu, do kogo należy pięć rąk, nasuwają się dwa najważniejsze pytania – kto dopuścił się tak makabrycznego czynu oraz… kim jest szósta dziewczynka? I w tym właśnie momencie pojawia się główna bohaterka omawianej powieści – Mila, wezwana, by wspomóc zgraną przez lata grupę śledczych. Tak zaczyna się lektura debiutanckiej książki Donato Carrisiego, tak też rozpoczyna się gra, w której karty dawno już zostały rozdane, a ostateczny wynik rozgrywki zna tylko On. Zaklinacz.

Jak łatwo domyślić się ze wstępu niniejszego tekstu, Zaklinacz to powieść, która mnie osobiście oczarowała i porwała na całego. Dlaczego? Co należy do jej zalet? Uhh, aż nie wiem od czego zacząć, pójdę więc po linii najmniejszego oporu i zacznę od początku. Przede wszystkim autor nie bawi się w długie wprowadzenia, od razu rzuca czytelnika na głęboką wodę, w – wydawałoby się – samo centrum koszmaru. Tyle tylko, że koszmar dopiero się zacznie, a doświadczy go praktycznie każdy bohater tej powieści. To z kolei prowadzi do kolejnej cechy książki – Carrisi dawkuje emocje niczym najwięksi mistrzowie gatunku; w tym wypadku cytat z Hitchcocka o trzęsieniu ziemi na początku i rosnącym w miarę upływu czasu napięciu, bardziej pasuje tutaj niż do samego kultowego reżysera. Włoski pisarz wodzi czytelnika za nos, bawi się z nim, rzucając niby mimochodem podejrzenia na większość bohaterów, i kiedy nawet obeznany w gatunku czytelnik myśli: „nieźle pan to wykombinowałeś, panie Carrisi, ale nie ze mną te sztuczki, już ja wiem, kto jest tym złym, wyczytałem między wierszami”, autor znów z nas drwi, w momencie kiedy każda kolejna teoria, jaką możemy wysnuć podczas lektury, rozpada się niczym domek z kart. Powieść wciąga, i to naprawdę mocno. Niedawno zdarzyło mi się napisać, że nowe dzieło Harlana Cobena Nieznajomy było wciągające, muszę jednak zweryfikować opinię, bo nowy Coben to nic w porównaniu do Zaklinacza! W tym miejscu jestem nawet w stanie się do czegoś przyznać – czytam książki tylko w określonych godzinach, nie lubię czytać rano i po nocach, i nigdy (no, może poza sagą Pieśni lodu i ognia ;)) nie robiłem od tej reguły odstępstw. Dla tej powieści zrobiłem. Więcej zalet? Proszę bardzo! Zawiła, nietuzinkowa fabuła? Odhaczone! Zaliczyć tu można również świetnie skonstruowanych bohaterów, na czele z Milą Vasquez, której nie da się nie polubić, żeby nie powiedzieć: „nie pokochać”. To jednak rozumie się chyba samo przez się, przejdę więc do kolejnej cechy. Donato Carrisi to absolwent prawa ze specjalnością w kryminologii i behawiorystyce. I to widać! Pisarz niezwykle umiejętnie wplótł w powieść wiadomości na temat strategii działań seryjnych morderców oraz zespołów śledczych. Nie zrobił tego jednak łopatologicznie i nie przynudzał, wszystko tutaj to elementy składowe, które nie dość, że dopełniają historii,  to powodują w czytelniku dodatkowy wzrost zainteresowania lekturą (o ile jest możliwe, jeszcze bardziej wczuć się w tę książkę). No, ale dobrze, zalety zaletami, dość jednak tych słodyczy, przejdźmy do wad debiutu Włocha. Pierwszym, co należałoby w tym momencie wymienić jest… o Boże, nie ma takiej rzeczy! Autentycznie! Mógłbym napisać, że niektórym może nie spodobać się zakończenie, choć nie przejdzie mi to przez gardło, me palce również nie napiszą tego na klawiaturze, ponieważ to właśnie zakończenie stanowi kolejny, nie wiem nawet czy nie największy plus Zaklinacza! Aczkolwiek, będąc choć trochę obiektywnym, przyznaję, nie wszyscy muszą być nim tak zachwyceni jak ja.

Dotarliśmy już prawie do końca, za chwilę skończy się ta lawina komplementów. Lawina lawiną, jednak jedna jeszcze rzecz, żeby wszystko było jasne. Oczywiście cała ta recenzja to morze pochlebstw, aczkolwiek – co chyba logiczne – Zaklinacz nie jest książką doskonałą, w sensie – nie niesie ze sobą życiowych mądrości, które odmienią życie czytelnika, to nie Orwell, to nie Steinbeck. Debiutancka powieść Donato Carrisiego to thriller/kryminał, a co za tym idzie, ma on wywołać uczucie niepokoju, w którym zagadka będzie złożona, w którym ostatni as z rękawa zostanie wyciągnięty w finałowej scenie, który nie pozwoli zasnąć. I taka to właśnie jest książka; nie wybitne arcydzieło pokroju Szekspira, jednak wybitne (śmiem twierdzić) w swoim gatunku. Mnie powieść ta uwiodła i po przekartkowaniu ostatniej strony mógłbym nawet się załamać, że to już koniec; jednak nie, nie muszę! Mam powody do radości, ponieważ na rynku pojawił się właśnie sequel ZaklinaczaHipoteza zła, po który mam zamiar czym prędzej sięgnąć, a Wam gorąco polecam lekturę „części pierwszej”.

Fot.: Wydawnictwo Albatros

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.