Szmelc jest jak stare zdjęcie znalezione na dnie szuflady: z pozoru zwyczajne, ale im dłużej patrzysz, tym bardziej masz poczucie, że ktoś w tym kadrze mruga do Ciebie okiem. Wchodziłem w tę książkę z nastawieniem na dość prostą historię o zniknięciu i śledztwie, a wyszedłem z powieścią, której nie da się przykleić jednej etykiety. To thriller, który świadomie miesza rejestry, buduje napięcie ciszą i szczegółem, a przy okazji uderza w strunę bardzo współczesną: w nasze uzależnienie od obrazów. Najlepsze jest to, że Lorenc nie moralizuje i nie robi „eseju w przebraniu”. On po prostu opowiada historię – taką, która sama, krok po kroku, zaczyna wypuszczać macki i wciągać czytelnika pod powierzchnię.
Punkt wyjścia jest prosty, ale nośny jak dobry kadr. Bohater jest fotografem, który próbuje poukładać sobie życie z dala od dawnych spraw — funkcjonuje w Berlinie, pracuje, oddycha jakby pełniej. Do czasu, aż dostaje sygnał od dawnego mentora i wraca do Warszawy. Na miejscu zamiast spotkania czeka go brak: cisza, zaginięcie i uczucie, że rzeczy najważniejsze nie zostawiają po sobie śladu w oczywisty sposób, tylko w drobnostkach. I tu Lorenc robi rzecz mądrą: zamiast wykręcać tempo od pierwszych stron, pozwala nam wejść w relacje, atmosferę i codzienność, poczuć tło, zanim zacznie je rwać na strzępy. Dzięki temu napięcie nie jest wzięte z krzyku, tylko z szeptu. Z tego, że coś „nie pasuje”, ale jeszcze nie umiesz powiedzieć co. Z tego, że w mieszkaniu, w przedmiotach i w zdjęciach jest jakaś obca obecność, która nie potrzebuje głośnych efektów, żeby robić wrażenie.
Najbardziej imponuje mi to, jak dużo fotografii jest w tej powieści — nie w sensie rekwizytu, tylko realnej, konkretnej wiedzy. Lorenc przemyca ją naturalnie, bez wykładów i bez popisywania się. Pojawiają się smaczki z historii fotografii, techniczne niuanse, analogowa cierpliwość i ten specyficzny sposób myślenia o świetle, o materiale, o tym, że obraz powstaje zawsze w napięciu między przypadkiem a kontrolą. Dla mnie to działa jak dodatkowa warstwa immersji: czujesz, że autor nie „udaje” świata fotografii, tylko naprawdę nim oddycha. A jeśli sam kiedyś bawiłeś się analogiem, to złapiesz tu sporo drobnych przyjemności. Takich, które są małe, ale robią całą robotę, bo nadają klimatowi ciężar i wiarygodność.
I to prowadzi do sedna problematyki: fotografia jako pamięć i jako manipulacja. Ta książka pyta, co robi z nami obraz, kiedy zaczynamy traktować go jak dowód, a nie jak interpretację. Lorenc bawi się granicą między udokumentowaniem a kreacją, między „tym, co było” a „tym, w co chce nam się wierzyć”. Pokazuje, że kadr nie jest prawdą, tylko wyborem, a wybór bywa przemocą, bo odcina fragment świata i mówi: „to jest ważne”, zostawiając całą resztę poza ramą. Jest w tym też gorzka obserwacja o współczesności: w epoce, w której robimy zdjęcia odruchowo, a pamięć zastępujemy galerią w telefonie, łatwo pomylić „zapis” z „sensem”. A gdy obraz zaczyna dyktować emocje, człowiek traci własną ostrość.
Fenomenalnym dopełnieniem jest forma rozdziałów. Zamiast klasycznego „rozdział 1” dostajemy „zdjęcie pierwsze”, „zdjęcie drugie” i tak dalej. Brzmi jak detal, a działa jak instrukcja obsługi: masz oglądać, porównywać, dopowiadać, łączyć krótkie ujęcia w większą całość. Każdy fragment ma działać jak kadr: coś pokazuje, coś ukrywa, coś przycina, coś wyostrza, coś zostawia poza ramą. Czyta się to trochę jak przeglądanie rozsypanych fotografii — czasem masz kadr „tu i teraz”, czasem coś, co przypomina wspomnienie, a czasem ujęcie na granicy jawy, w którym nie jesteś pewien, czy to jeszcze rzeczywistość, czy już jej krzywe odbicie. Uwielbiam takie formalne konsekwencje: temat i forma trzymają się tu za rękę.
Tempo jest prowadzone bardzo świadomie. Pierwsza połowa buduje fundament relacji, tła i napięcia — powoli, duszno, z naciskiem na atmosferę. A potem, mniej więcej od połowy, historia zaczyna rwać do przodu. Przyspiesza i nagle dostajesz skręt w stronę onirycznego, surrealistycznego horroru. I to jest skręt, którego się nie spodziewałem, ale który działa, bo wcześniej autor wytworzył we mnie czujność. Oniryzm nie jest tu ozdobą, tylko narzędziem strachu: senna logika dusi, bo nie daje jasnych reguł, a granica między jawą a majakiem zaczyna się rozpuszczać jak obraz w wywoływaczu. Coś, co miało być „sprawą do rozwiązania”, staje się doświadczeniem do przeżycia. I im dalej, tym bardziej czujesz, że bezpieczeństwo gatunku przestaje obowiązywać. Styl Lorenca jest raczej oszczędny, precyzyjny, momentami surowy. Bez puszenia się, bez przesady w ozdobnikach, bardziej na zasadzie: krótkie, wyostrzone opisy, które zachowują się jak fotograficzne ujęcia. I to jest moim zdaniem pięknie konsekwentne: książka o fotografii jest napisana tak, jakby autor kadrował zdania. Gdy trzeba, wyhamowuje, przygląda się detalowi, światłu, ruchowi — a potem nagle dociska spust migawki i robi się duszno, dynamicznie, klaustrofobicznie.
W takich momentach włączył mi się w głowie David Lynch — nie jako kopiowanie stylu, tylko jako skojarzenie z tą miękką, lepko‑niepokojącą atmosferą, kiedy najmniejszy detal potrafi brzmieć jak groźba. Jednocześnie, na poziomie gatunkowej energii, „Szmelc” ma w sobie coś, co kojarzę ze Stephenem Kingiem i Deanem Koontzem: groza wypływa z codzienności, z detali, z neutralnych gestów, które nagle robią się znaczące. Różnica polega na tym, że Lorenc dorzuca do tego własny napęd — fotograficzny, mocno wizualny, momentami niemal namacalny. I właśnie dlatego tej powieści trudno odmówić unikatowości. Naprawdę jest to dla mnie bardzo pozytywne zaskoczenie i kusi mnie, żeby sięgnąć po wcześniejszą książkę autora.
Na koniec muszę pochwalić wydanie, bo ja jestem z tych, którzy lubią, kiedy książka „ma ciało”. Warto też powiedzieć głośno, że Szmelc jest dopieszczony od strony wydawniczej: mamy przyjemną w dotyku miękką matową okładkę ze skrzydełkami i sensowny format, dzięki któremu czyta się to komfortowo, bez walki z czcionką. Projekt okładki i ilustrację przygotował Mariusz Banachowicz, a sama książka wyszła również jako e-book i audiobook (z lektorem Mikołajem Krawczykiem). Do tego Mięta dorzuciła drobne gadżety pasujące do klimatu powieści i ja takie inicjatywy zawsze będę podkreślał — bo budują doświadczenie jeszcze zanim otworzysz pierwszą stronę. Szmelc nie jest powieścią dla każdego: nie daje prostych odpowiedzi i nie zawsze prowadzi za rękę. Ale jeśli lubicie historie mroczne, nieoczywiste i uczciwie niepokojące, to warto wejść w ten kadr.
Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.
Na tej stronie wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? ZGADZAM SIĘ
Manage consent
Privacy Overview
This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.